HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Nowy Bowie w starym opakowaniu

88-91 10 2013 01m

„Kontrola lotu do majora Toma” – tak się zaczyna „Space Oddity”, najsłynniejszy utwór Davida Bowie. Po krótkim wstępie słychać odliczanie: 3, 2, 1. Odpalają silniki i kosmiczny pojazd odrywa się od Ziemi, by pomknąć w kosmos...


Bowie nieraz odbył taką podróż; w piosenkach i na ekranie. Niedawno wrócił z kolejnym albumem studyjnym. „The Next Day” przynosi udane nagrania i zaskakuje oryginalną okładką. Artysta znów wyraźnie zaznacza swoją obecność w muzycznym świecie.

Urodził się 8 stycznia 1947 roku w Anglii jako David Robert Jones. Od dzieciństwa pasjonował się muzyką: pierwszy zespół założył w wieku 15 lat! W połowie lat 60. XX wieku regularnie występował, m.in. z zespołami The Konrads i The King Bees. Aby nie mylono go z Davidem Jonesem, członkiem grupy The Monkees, przybrał pseudonim Bowie.

 W 1967 roku wydał debiutancki album solowy, zatytułowany po prostu „David Bowie”, który jednak przeszedł bez echa. W rozwoju kariery pomógł mu pierwszy załogowy lot na księżyc. Niedługo przed nim Bowie zarejestrował utwór „Space Oddity” (tytuł nawiązuje do filmu „Odyseja kosmiczna 2001” Stanleya Kubricka). Singiel trafił do sklepów 11 lipca 1969 roku, czyli tuż przed startem misji Apollo 11 z Neilem Armstrongiem i Edwinem Aldrinem na pokładzie. Kosmiczna wyprawa była wtedy najbardziej nośnym tematem. Piosenka Bowiego opowiadała o podróży w kosmos, z której bohater nie chciał wrócić, oczarowany zapierającymi dech widokami podniebnej przestrzeni. „Powiedzcie mojej żonie, że bardzo ją kocham – śpiewa. – Planeta ziemia jest niebieska...”

Album „Space Oddity” uczynił z niego wykonawcę rozpoznawalnego nie tylko w rodzimej Anglii, choć do międzynarodowego sukcesu było jeszcze daleko.
Drugie znaczące wydarzenie w karierze muzyka także wiązało się z kosmosem; dokładnie z Marsem. Płyta „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” (1972) podbiła serca jego dotychczasowych sympatyków i przysporzyła mu nowych. Piosenkarz nie tylko wydał znakomity zestaw utworów, ale też stworzył dla siebie estradowy wizerunek. Stał się Ziggym Stardustem, przybyszem z Marsa. Nosił kostiumy sceniczne, stanowiące połączenie dekadenckiej mody z wyobrażeniami o strojach kosmitów. Malował włosy na czerwono, nosił buty na koturnach i szalał po scenie. Zdjęcia piosenkarza, który klęczy przed gitarzystą Mickiem Ronsonem i gryzie struny jego gitary, obiegły niemal całą muzyczną prasę.

88-91 10 2013 02m

Płyta połączyła rockowe brzmienia wcześniejszego albumu „The Man Who Sold the World” (1970) z nieco łagodniejszym tonem, obecnym na „Hunky Dory” (1971). Największym przebojem okazała się kompozycja „Starman”. Od premiery „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” popularność artysty systematycznie rosła, a sale koncertowe, w których z pompą i błyskotliwą energią występował, zapełniały się po brzegi. Miał sympatyków po obu stronach Atlantyku. W Ameryce czuł się jak ryba w wodzie. W 1974 roku zamieszkał w Nowym Jorku, a później przeniósł się do Los Angeles. Świetnie czuł bluesa i filadelfijski soul. Nie trzeba było długo czekać, aby sam zaśpiewał w amerykańskim stylu.

Właśnie w Filadelfii nagrał materiał, który znalazł się na jednej z jego najlepszych płyt – „Young Americans” z 1975 roku. Talent kompozytorski i wokalny piosenkarza błyszczy tu praktycznie w każdym nagraniu, z genialnym utworem tytułowym na czele. Jednak to nie on, a kompozycja „Fame” (jej współautorem był John Lennon, który śpiewał też chórki) trafiła na szczyt amerykańskiej listy przebojów. Niemal równocześnie w Wielkiej Brytanii tryumfy święcił wznowiony singiel ze „Space Oddity”. Ta ostatnia kompozycja jeszcze kilka razy wracała na listy i to nie tylko w oryginalnej wersji. Bowie zarejestrował ją ponownie w 1979 roku dla promocji „Scary Monsters (and Super Creeps)” (1980). W kilku nagraniach z tego albumu na gitarze zagrał Robert Fripp, a w „Because You’re Young” – Pete Townshend z The Who. Przebój „Ashes To Ashes” przypomniał fanom postać majora Toma. Bohater „Space Oddity” przechodził trudny okres. Osamotniony szybował w przestworzach, topiąc smutki w narkotykach.
Wróćmy jeszcze na chwilę do „Young Americans”, bo to istna kopalnia atrakcji. Oprócz udanych kompozycji autorskich, mamy tu wyjątkowo zinterpretowane „Across the Universe” Lennona i McCartneya. Niezmiernie rzadko zdarzają się wykonania lepsze od oryginałów The Beatles. Są dwa wyjątki: „With A Little Help From My Friends” w woodstockowej wersji Joe Cockera oraz właśnie „Across the Universe” z „Young Americans”. Podobnie było też w przypadku „Wild is the Wind” Dimitriego Tiomkina i Neda Washingtona. By się przekonać, jak pięknie Bowie interpretuje ten utwór, wystarczy sięgnąć po album „Station To Station” (1976).

W drugiej połowie lat 70. artysta wrócił do Europy i osiadł w Szwajcarii, a później przeniósł się do Berlina Zachodniego, gdzie pracował z Brianem Eno oraz Iggy Popem. Pomógł temu drugiemu w przygotowaniu i zarejestrowaniu materiału na płyty „The Idiot” i „Lust for Life”. Sam też intensywnie nagrywał, pod okiem Briana Eno i Toniego Visconti. Efektem pracy w berlińskim studiu była płyta „Low” z 1977 roku, w której słychać echa stylu Kraftwerk i Tangerine Dream. Mamy tu nawet kilka nagrań instrumentalnych, w tym „Warszawę”, napisaną  pod wpływem krótkiego pobytu artysty w naszej stolicy w 1973 roku.
Po „Low” ukazały się jeszcze dwie „berlińskie” płyty – „Heroes” (1977), najsłynniejsza z omawianej trójki, też z Robertem Frippem w roli gitarzysty, oraz „Lodger” (1979). Berliński tryptyk to wizytówka artysty ze środkowego etapu kariery.

88-91 10 2013 03m

Do najpopularniejszych w dorobku Bowiego należy krążek z 1983 roku – „Let’s Dance”. Tytułowy singiel zawojował światowe listy przebojów, dochodząc do pierwszego miejsca w zestawieniach bestsellerów po obu stronach Atlantyku. Jednak reszta nagrań, może poza „China Girl”, nie dorównywała tytułowemu. Lepsze były niektóre późniejsze płyty, jak choćby „Black Tie White Nosie”(1993) czy „Hours...” (1999).

W tym czasie Bowie przestał się już ubierać jak przybysz z Marsa. Jego nowy wizerunek – przypominający bardziej menedżera korporacji niż szalonego muzyka – był związany z rolą Thomasa Jerome’a Newtona, którą Bowie zagrał w filmie „Człowiek, który spadł na ziemię” (1976). Znów chodziło o przybysza z innej planety. Najwyraźniej reżyser Nicolas Roeg miał w pamięci początki kariery muzyka i jego fascynację kosmicznymi podróżami.

Bowie zawsze żywo interesował się teatrem i filmem (pobierał nawet lekcje aktorstwa i pantomimy, a w 1967 zagrał w sztuce „Pierrot in Turquoise”). Na jego romans z kinem nie trzeba więc było długo czekać. Podejmował się rozmaitych ról. Na ogół z powodzeniem. Za występ w „Człowieku, który spadł na ziemię” otrzymał Saturna. Wystąpił też w kultowym horrorze Tony’ego Scotta „Zagadka nieśmiertelności” („The Hunger”, 1983), u boku Catherine Deneuve i Susan Sarandon. W sumie można go oglądać w ponad 20 filmach (m.in. „Ucieczka w noc”, „Labirynt”, „Absolutni debiutanci”, „Twin Peaks: Ogniu, krocz ze mną”, „Basquiat”, „Prestiż”). Nie zerwał również z teatrem. W latach 1980-1981 wystąpił 157 razy na Broadwayu w sztuce „Człowiek słoń”.
Wróćmy jednak do muzyki. Bowie był wielokrotnie wyróżniany i nagradzany. Ma na koncie nagrody Brit i Grammy. Jego płyty osiągały status złotych i platynowych. W 1996 roku został zaproszony do Rockandrollowej Izby Sławy, a w 2004 roku magazyn „Rolling Stone” umieścił go na 39. miejscu listy najlepszych artystów rockowych wszech czasów. Wypada też odnotować, że wspólnie z Markiem Bolanem – liderem T.Rex – Bowie zapoczątkował styl glam rock, który rozwinęli Gary Glitter, Slade czy The Sweet. Później, zwłaszcza w okresie niemieckim, artysta wniósł sporo do punk rocka, by ostatecznie skoncentrować się na muzyce rockowej z domieszką popu i elektroniki.

88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m88-91 10 2013 04m

Współpracował też z innymi gwiazdami. W 1981 roku nagrał „Under Pressure” z grupą Queen, a cztery lata później tańczył w teledysku „Dancing in the Street” z Mickiem Jaggerem.
Lubił szokować (vide makabryczna treść płyty „1.Outside”) i zaskakiwać. Najpierw jako podniebny podróżnik, później pod maską ekscentrycznego przybysza z Marsa (Ziggy Stardust), wreszcie jako aktor. Równolegle zadziwiał pomysłowością twórczą oraz inwencją interpretacyjną jako muzyk, producent i wykonawca. Miewał też niecodzienne pomysły na okładki płyt. Ceglana ściana budynku z szyldem „K. West”, pod którym widać muzyka na obwolucie „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” weszła już do kanonu zdjęć okładkowych, podobnie jak Beatlesi przechodzący na pasach ulicę „Abbey Road” czy Bob Dylan z dziewczyną na płycie „The Freewheelin’”. Trójwymiarowa obwoluta „Hours...” też robiła wrażenie, podobnie jak ozdobiona czerwono-niebieskim malunkiem twarz artysty na „Aladdin Sane”.

Przy najnowszej płycie „The Next Day” Bowie przeszedł samego siebie. Zamiast wymyślać kolejną szatę graficzną, wykorzystał okładkę „Heroes”, skreślając oryginalny tytuł i dodając nowy, napisany komputerową czcionką na białym kwadracie. Czy chciał przez to powiedzieć, że „The Next Day” jest kontynuacją „Heroes”? Czy chciał podkreślić, że wraca do przeszłości? No bo chyba nie chodziło o to, żeby zaoszczędzić...

Na pewno na materiale z „The Next Day” słychać sporo odniesień do niemieckich dokonań artysty, ale też nie kojarzy się wyłącznie z płytami z tamtego okresu. Mamy tu bowiem także Bowiego z „Never Let Me Down” (1987), są klimaty z „Reality”, a nawet z czasów, kiedy Bowie nagrywał i koncertował pod szyldem grupy Tin Machine (wydał z nią dwa albumy). Czyli nie tylko „Heroes”, ale wszystko, co przyniosło mu światową popularność; nawet ostrzejszy rock. Ballad również nie brakuje, np. „You Feel So Lonely You Could Die”, z kwartetem smyczkowym i kobiecymi chórkami. Bowie z nową płytą najwyraźniej nie chciał ryzykować. W końcu od „Reality” minęło 10 lat i niektórzy słuchacze mogli sobie znaleźć innych idoli. Trzeba było im przypomnieć ulubione kiedyś brzmienia, aby znów chcieli do artysty wrócić.
Na przystawkę przed albumem był singlowy utwór „Where Are We Now?”. Chyba każdy, kto go posłuchał, wypatrywał premiery płyty. Zwłaszcza że piosenkarz znów połączył siły z producentem Tonim Viscontim, z którym pracował przy „Space Oddity”, „Heroes”, a który stał również za największymi sukcesami T.Rex.

Dziś krążek „The Next Day” jest w domach wielu melomanów i chyba nikt nie żałuje, że go kupił. W każdej chwili można też wrócić do nagrań z bogatej dyskografii artysty. Moja czołówka to „Young Americans”, „Drive In Saturday”, „Stay” i „Life On Mars?”. Gorąco polecam!

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF