fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Teresa Żylis-Gara: Warto dobrze zaśpiewać

070 077 Hifi 11 2021 014
Patrząc wstecz na moje artystyczne życie, nie zmieniłabym ani kropeczki.

Wiem, że wybrałam dobrą drogę. Zawsze w to wierzyłam. Kocham życie, kocham śpiew i kocham ludzi.

Teresa Żylis Gara potrafiła bez wahania wskazać moment, w którym otworzyły się przed nią największe sceny operowe świata. Był rok 1966. Do etatowej solistki teatru Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie zadzwonił jej impresario i oznajmił, że pojawiła się okazja występu w Paryżu – nagłe zastępstwo za amerykańską gwiazdę Teresę Stich-Randall w roli Donny Elviry w „Don Giovannim” Mozarta.


Żylis–Gara od razu przyjęła propozycję, w pośpiechu przybyła do Francji; nie miała nawet czasu na próby. Tę partię znała doskonale. Dyrygent bardzo jej pomagał wyrazistymi wskazówkami z pulpitu, a za partnerów miała życzliwych kolegów, w tym znakomitego barytona Gabriela Bacquier. Publiczność przyjęła ją entuzjastycznie. Dyrygent gratulował, a krytycy recenzowali jej paryski debiut z zachwytem. Śpiewaczka pomyślała, że to punkt zwrotny w jej karierze. Miała 36 lat, czuła siłę do rozpoczęcia nowego etapu życia. Powracając do tych chwil w audycji radiowej Dwójki w roku 2016, stwierdziła: „Warto dobrze zaśpiewać”.
Mogłaby dodać inne swoje spostrzeżenia: warto systematycznie ćwiczyć; warto nieustannie się uczyć, ale też dzielić wiedzą; warto słuchać mądrych ludzi, ale warto też ostrożnie podchodzić do ich rad; warto znać swoje mocne strony, ale i ograniczenia; warto mieć marzenia i cierpliwie czekać na ich spełnienie, ale nie warto być biernym; warto być asertywnym i nie warto liczyć na łut szczęścia, chociaż dobre przypadki też chodzą po ludziach. Oczywiście popełniała błędy; były chwile zwątpienia i przykrości, jak to w długim, aktywnym, 91-letnim życiu. Zawsze blisko śpiewu, muzyki.
I zawsze pod nazwiskiem Żylis-Gara – trudnym do wymówienia i zapamiętania dla obcokrajowców. Pierwsze intratne kontrakty nie skłoniły jej do zewnętrznej zmiany tożsamości, jak w przypadku np. Jadwigi Szayer (Ada Sari), Agaty Wiśniewskiej (Aga Wińska) czy, całkiem niedawno, Krystiana Krzeszowiaka (Krystian Adam).


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



„A ty tylko śpiewaj!”
W rozmowie z niemieckim reżyserem operowym i dyrektorem teatrów Augustem Everdingiem (1997 r.; cykl „Da Capo”, dostępny na YouTubie) Teresa Żylis-Gara zaznacza na początku, że jest introwertyczką. Everding poczytuje to za kokieterię; radosna, dowcipna, błyskotliwa, energiczna rozmówczyni wydaje się wyrazistym przykładem usposobienia ekstrawertycznego. A jednak śpiewaczka nie żartowała. Nie wpuszczała dziennikarzy i współpracowników do swego wewnętrznego świata. Nie dzieliła się wątpliwościami, porażkami, rozczarowaniem, żalem. Dawkowała informacje o przeszłości, rodzinie, nawet drodze zawodowej. Odsłoniła się (ale też w sposób kontrolowany) właściwie tylko raz, w roku 2002, w wywiadzie przeprowadzonym przez Remigiusza Grzelę do książki „Hotel Europa”. Grzela – wytrawny, dociekliwy, acz taktowny i wrażliwy wywiadowca – miał czas i cierpliwość czekać, aż diva się otworzy i sama stwierdzi, że szczery wgląd w siebie przyniesie katharsis, uwolnienie się od lęków i, po części, poczucia winy wobec bliskich. Wiele z poznanych tam treści przeniknęło do niniejszego tekstu wspomnieniowego o Artystce.
Miasteczko Landwarów leży kilkanaście kilometrów od Wilna. Przed II wojną światową było to terytorium polskie. W latach wojny władzę sprawowali tu kolejno Litwini, Rosjanie (ZSRR), Niemcy, przez parę dni – Armia Krajowa, i znów Rosjanie. Ostatecznie Litewska Republika Radziecka weszła na prawie pół wieku w skład ZSRR.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Z Landwarowa pochodzą m.in. reżyser filmowy Stanisław Lenartowicz i aktor Igor Przegrodzki. Tu 23 stycznia 1930 roku urodziła się Teresa Żylis (po mężu: Gara). Miała piątkę starszego rodzeństwa: Mieczysława, Henryka, Romualda, Zofię i Marię (która zmarła w wieku 14 lat). Ojciec, kolejarz, z państwowej posady był w stanie zapewnić rodzinie skromny, lecz stabilny byt. W domu chętnie muzykowano – bracia grali na gitarze i mandolinie, a wszyscy członkowie rodziny śpiewali piosenki, i to w kilku językach (po polsku, ukraińsku, białorusku, rosyjsku, w jidysz), jako że społeczność Wileńszczyzny była wielonarodowa. Dom Żylisów sąsiadował z synagogą i plebanią katolicką. Mała Teresa śpiewała w kościelnym chórze, ale na razie największym jej marzeniem było… haftowanie szat liturgicznych, ponieważ podziwiała robiące to zakonnice.
Sielskie dzieciństwo w domku z ogródkiem, wigilijne smakołyki (ciasteczkowe „śliżyki”), atmosfera pasterek – te szczęśliwe wspomnienia wracały przez ponad pół wieku, aż w 1999 roku Żylis-Gara zdecydowała się odwiedzić Landwarów. Najwięcej wzruszeń dostarczyła jej wizyta w miejscowym kościele. Posłuchała występu chóru dziecięcego i w jego solistce, uzdolnionej dziewczynce, dostrzegła siebie sprzed lat, więc wstała z miejsca i spontanicznie zaśpiewała. Zauważyła brak organów. Instrument, który służył wiernym w czasach, gdy tam mieszkała, popadł w ruinę i został usunięty. Organista dysponował tylko fisharmonią – stanowczo zbyt skromne wyposażenie jak na kościół zaprojektowany przez Camilla Boito – brata Arriga Boito, kompozytora, pisarza i autora librett dwóch oper Verdiego. Teresa postanowiła ufundować nowe organy dla landwarowskiej świątyni. Zamówiono je w Anglii, a zamontowano w roku 2004. Premierowy koncert dali goście: warszawski organista Wiktor Łyjak i maestra Żylis-Gara.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Cofnijmy się do roku 1930. Matka, początkowo przerażona perspektywą wychowywania kolejnego dziecka, nabrała przekonania, że najmłodsza latorośl może jej przynieść najwięcej rodzicielskiej satysfakcji. I rzeczywiście, dziewczynka była grzeczna, zdolna i, zgodnie z zaleceniami matki, pełna pokory wobec starszych i mądrzejszych od siebie. W przyszłości bardzo będzie sobie cenić moralne nauki matki. Z pewną, wszakże, modyfikacją. Dla matki pokora oznaczała posłuszeństwo, dla dorosłej Teresy – szacunek dla prawdziwych autorytetów.
Dwaj najstarsi bracia walczyli w 7. Wileńskiej Brygadzie AK. Po wojnie udało im się uniknąć aresztowania i zesłania w głąb Rosji. Pojechali do Łodzi i tam czekali na repatriację reszty rodziny. Znaleźli nawet dwupokojowe mieszkanie bez wygód. Jeden z braci, Henryk, zapalony sportowiec, zaczął trenować boks (waga ciężka) w Łódzkim Klubie Sportowym; wraz z drużyną sięgnął nawet po tytuł mistrza Polski. Nic dziwnego, że Teresa trochę orientowała się w relacjach panujących w łódzkim sporcie. Spytana po latach o rywalizację między słynnymi śpiewaczkami – Marią Callas i Renatą Tebaldi, porównała ją do współzawodnictwa pomiędzy ŁKS-em a Widzewem.
Szesnastoletnia Teresa bez entuzjazmu opuszczała małą ojczyznę i przyjaciół, ale rodzice powiedzieli jej, że w Łodzi będzie się mogła uczyć śpiewu. Wtedy już czuła, że śpiew jest jej przeznaczeniem. Jej matka miała co do tego pewność. Już niedługo ujmie ją w słowa, które nieraz powie córce: „Ty tylko śpiewaj, a ja się wszystkich zajmę”.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Krótki głos
Zapisała się do gimnazjum ogólnokształcącego i do niedawno otwartej średniej szkoły muzycznej. Jej pierwszą nauczycielką śpiewu była Stefania Grabowska, zaś pierwszy publiczny występ Teresy (wykonała dwie pieśni Karłowicza) odbył się na balu w Pałacu Poznańskich i przeszedł bez echa. Balująca publiczność nie miała ochoty na smutne pieśni, za to Teresa upewniła się, że śpiewanie daje je radość.
W tym czasie, trzy lata po przeprowadzce do Łodzi, zmarł ojciec. Matka musiała wziąć na siebie ciężar utrzymania rodziny, a Teresa jej dzielnie pomagała. Nauczyła się szyć i wspólnie z matką (a rychło i zatrudnionymi szwaczkami) produkowała staniki i roznosiła je po sklepach. W roku 1952 zaczęła wyższe studia wokalne pod kierunkiem Olgi Olginy (1905-1979), znanej przed wojną śpiewaczki. Olgina była jedną z najważniejszych osób w powojennej polskiej pedagogice śpiewu. Związana przede wszystkim z uczelnią łódzką, wykształciła dziesiątki śpiewaczek, wśród których najsłynniejsze, międzynarodowe gwiazdy to dwie Teresy: Żylis-Gara i, nieco od niej młodsza, Wojtaszek-Kubiak.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Współpraca z Olginą miała dla Żylisówny blaski i cienie. O cieniach mówiła rzadziej, oględnie, starając się ważyć każde słowo. Nie ulega wątpliwości, że Olgina wywarła wielki wpływ na karierę artystki, lecz, na szczęście, nie zdołała jej sparaliżować. Nauczyła swoją studentkę prawidłowego oddechu, tzw. techniki „inhalare” – „wdychania [głosu]”, czyli ustawienia mięśni w pozycji wdechowej w czasie wydychania powietrza przy śpiewaniu; powstaje wtedy równowaga ciśnieniowa dająca podparcie głosu; to podparcie idzie od obniżonej przepony. Inhalare umożliwia śpiewanie długą, stabilną frazą. I rzeczywiście, oddech miała Żylis-Gara nienaganny, niezawodny. Olgina dobrze uczyła też przygotowania interpretacji utworu wokalnego, analizy tekstu nutowego i literackiego, dyscypliny i perfekcji. Nie potrafiła jednak,  przynajmniej w przypadku Żylisówny, ustabilizować i wyrównać barwy górnych dźwięków skali jej sopranu. Tym samym ważna część skali nie nadawała się do pełnowyrazowego wykorzystania, do niuansowania ekspresji i dynamiki. Do głosu Teresy przylgnęła opinia, że jest „krótki”, typowo oratoryjno-pieśniarski. Olgina, a za jej sugestią inni pedagodzy wydziału wokalnego konserwatorium łódzkiego, raz na zawsze wpisali dziewczynę w kategorię śpiewu niescenicznego. Co więcej, twierdzili, że ta ścieżka kariery to spokojne życie, pewny chleb, możliwość częstych występów (czyżby mieli na myśli śpiewanie na ślubach i pogrzebach?). Nota bene po latach, kiedy wielka śpiewaczka odwiedziła macierzystą uczelnię, profesorowie, którzy kiedyś wydali na nią wyrok, wyparli się swoich wcześniejszych opinii.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Żylis-Gara podejrzewała, że pedagodzy nie mają racji. Przypuszczała, że z jej górą skali da się coś zrobić. Wzmocnić, wyrównać – ale jak? Postanowiła zasięgnąć konsultacji Ady Sari (1886-1968), ongiś słynnej śpiewaczki, a później – profesorki śpiewu, która uczyła studentki w konserwatorium warszawskim, a także na lekcjach prywatnych. Wykształciła najwspanialsze głosy koloraturowe powojennej polskiej opery, jak m.in. Halina Mickiewiczówna, Bogna Sokorska, Zdzisława Donat, Urszula Trawińska-Moroz. Sari stosowała własną metodę pedagogiczną, której celem było maksymalne rozluźnienie aparatu wokalnego, a co za tym idzie – poszerzenie skali i swoboda emisji. Sari chciała przyjąć Żylisównę na regularne lekcje, ale łodzianka nigdy już do niej nie pojechała. Wydawało jej się, że będzie to nielojalnością, wręcz zdradą wobec Olginy. Wciąż była małą posłuszną Terenią…
Chociaż… już na początku studiów wyszła za mąż i urodziła synka. Mąż, Jerzy Gara (zmarł w 2015), był inżynierem. Uczył w technikum przedmiotu „sieci elektrotechniczne”. Syn dostał imię po ojcu. Jureczka wychowywała głównie babcia, która zamieszkała z rodziną córki.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Olgina niezbyt chętnie patrzyła na zamążpójście zdolnej studentki. Z własnego doświadczenia wiedziała, że trudno pogodzić rutynę domowych zajęć z nieregularnym trybem funkcjonowania śpiewaczki i prędzej czy później cierpi na tym kariera artystyczna kobiety. Formułowała swe zastrzeżenia dosadnie: „Muzyka jest zazdrosną kochanką”. Żylis-Gara przekonała się boleśnie o słuszności tego powiedzenia, gdy przyszło jej dokonywać życiowych wyborów.
Jeszcze jako uczennica średniej szkoły muzycznej dorabiała występami w chórze łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia pod batutą Henryka Debicha. W 1953 roku wygrała ogólnopolski konkurs dla młodych śpiewaków. Dyrygent Bohdan Wodiczko zaproponował jej stanowisko solistki chóru w Filharmonii Krakowskiej. Dojazdy z Łodzi i sytuacja rodzinna sprawiły, że po półtora roku zrezygnowała z tej pracy. Kolejną niebagatelną szansę wypłynięcia na śpiewacze wody otrzymała w roku 1956 od prof. Mieczysława Drobnera. Ów rektor łódzkiej Akademii Muzycznej przyjął właśnie stanowisko dyrektora Opery Krakowskiej i zaproponował utalentowanej studentce debiut w partii Halki. Spektakl z udziałem Żylis-Gary był nawet transmitowany przez telewizję (nadającą w Polsce od 1952). Telerekording się nie zachował, ale istnieje  nagranie radiowe. Słuchając go z perspektywy półwiecza, artystka oceniła, że śpiewająca młoda osoba miała świeży, ładny głos, muzykalność i mnóstwo entuzjazmu, natomiast niewiele wiedziała o śpiewie operowym.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Świadomość, jak wiele musi się w tej materii nauczyć, towarzyszyła jej podczas wszystkich występów w Krakowie, a powierzono jej wtedy jeszcze dwie partie: tytułową w „Madame Butterfly” Pucciniego i Giulietty w „Opowieściach Hoffmanna” Offenbacha. Braki techniczne w operowej emisji sprawiały, że po prześpiewanym wieczorze bolało ją gardło, ale młody organizm jakoś sobie z tym radził. Przyszłość stanowiła jednak niewiadomą; na sporadycznych propozycjach i na niedoskonałościach warsztatowych trudno było cokolwiek budować. W dodatku żaden teatr nie palił się do zaproponowania jej etatu (a wszystkie koleżanki ze studiów już się urządziły), zaś w środowisku miała przylepioną łatkę śpiewaczki oratoryjno-pieśniarskiej. W 1957 roku zrobiła dyplom łódzkiej uczelni. Co mogło popchnąć ją dalej, ustawić na właściwych torach? Może laury na prestiżowym konkursie wokalnym, konkursie międzynarodowym, w Europie Zachodniej?


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Bardzo Ważny Konkurs
Władze komunistyczne wysyłały tam utalentowanych młodych śpiewaków – wizytówkę socjalistycznego systemu szkolnictwa artystycznego i poziomu muzyki w Polsce. Kandydatów kwalifikowała centralna komisja, złożona z tuzów pedagogiki wokalnej. Należała do nich Olga Olgina. Z czystym sumieniem mogła rekomendować swoją studentkę do reprezentowania Polski na estradach konkursowych w krajach zgniłego kapitalizmu. Żylis-Gara pojechała najpierw do Genewy – i jej udział przeszedł bez echa. W 1958 roku spróbowała sił w Tuluzie. W historii tej imprezy Polacy nieraz sięgali po najwyższe laury – m.in. Hanna Rumowska (1960) i Zdzisława Donat (1967). W 1984 roku zwyciężyła Bożena Porzyńska, która reprezentowała… ZSRR (tak podają źródła), choć mieszkała i wciąż mieszka w Polsce (Gdańsk), kształciła się w Polsce, tu występowała i uczyła śpiewu. Czyżby o przynależności państwowej tej uczestniczki zadecydowało miejsce urodzenia? A był nim… Landwarów! Tyle że Porzyńska urodziła się już po wojnie, formalnie na terenie ZSRR. Nota bene w dojrzałym życiu została działaczką prawicy patriotycznej.
Żylis-Gara zawsze legitymowała się polskim paszportem, co w czasie jej coraz częstszych od lat 80. XX wieku wizyt w kraju budziło zawsze sensację, niedowierzanie i podziw.
Na razie jest jednak rok 1958. Artystka zdobywa w Tuluzie wysoką, II nagrodę, wraca do Polski i – nic się w jej sytuacji nie zmienia. Nie ma ofert angaży z teatrów ani propozycji recitali czy ciekawych partii w formach oratoryjnych. Czy można się dziwić, że mimo niekłamanego sukcesu – II miejsca (rok później Jerzy Artysz też jest drugi i świetnie ten wynik dyskontuje stypendiami zagranicznymi, głównymi rolami w premierach) – wyparła wspomnienia, a po latach twierdziła, że zdobyła w Tuluzie „jakiś dyplom czy wyróżnienie”.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Załamana Teresa myśli o zmianie zawodu, o studiach na… stomatologii! Ale daje sobie jeszcze jedną, ostatnią szansę.
W styczniu 1960 kończy przecież 30 lat, a to standardowa górna granica wieku dla głosów żeńskich startujących w konkursach. Dostaje kwalifikację komisji do udziału w organizowanym z wielkim rozmachem wrześniowym konkursie radia niemieckiego ARD w Monachium. Oprócz kilku konkurencji instrumentalnych program zawiera dwie kategorie wokalne: operową i oratoryjno-pieśniarską. Żylis-Gara wypełnia zgłoszenie do tej drugiej grupy. Do udziału przygotowuje się z cenionym pianistą Rajmundem Ambroziakiem, który akompaniował jej w szkole średniej i na studiach; Ambroziak wyjeżdża z nią do Monachium. Tu zajmuje niższą lokatę niż w Tuluzie, III miejsce (w jej kategorii nie przyznano pierwszej nagrody), ale dla niej jest to epokowe zwycięstwo. Przewodniczący jury pyta, dlaczego nie startowała w kategorii operowej, w której byłaby faworytką. Oto następne potwierdzenie intuicji Żylis-Gary, że łódzcy pedagodzy wpuścili ją w ślepą uliczkę, a ona – posłuszna i pokorna – nie znalazła sił do walki o tożsamość wokalną.
Operową diagnozę przypieczętowują oferty natychmiastowego podpisania kontraktu od kilku niemieckich teatrów.
Trzeba kuć żelazo, póki gorące. W późniejszych latach konkurs ARD stanie się trampoliną kariery także dla innych polskich śpiewaków – Delfiny Ambroziak (zwycięstwo w 1962), Andrzeja Dobbera (1990) czy Urszuli Kryger (1994). Wcześniej, w 1957, najwyższe laury zdobyła tu Jadwiga Romańska. To, że nie rozwinęła skrzydeł na zagranicznych scenach, było w dużej mierze konsekwencją jej problemów rodzinnych. Z poślizgiem z szansy wypłynięcia na międzynarodowe wody skorzystała Polka Bożena Lewgowd, która w 1960 roku, równolegle do Żylis-Gary, zdobyła III nagrodę w kategorii operowej. Z pewnością również otrzymała propozycje zachodnioniemieckich teatrów, lecz najpierw wróciła do kraju, do Opery Warszawskiej; w sieci można wytropić ślady jej występów (od 1969) m.in. we Frankfurcie, Glasgow (tu zmieniła imię na „Ena”) i Barcelonie.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Żylis-Gara wiedziała: teraz albo nigdy. Podpisała kontrakt na dwa sezony z teatrem w Oberhausen (Zagłębie Ruhry). Wybrała najmniejszy teatr, w najmniejszym mieście z proponowanych, ponieważ za tak niewielkie, na tamten moment, uważała swoje umiejętności. Jej plan przewidywał: zdobywanie doświadczeń scenicznych, naukę niemieckiego i innych języków obcych (do nauki ról i tekstów pieśni, do komunikacji z kolegami, impresariami etc.), budowanie repertuaru i, last but not least, pracę nad głosem (otworzenie, wzmocnienie i wyrównanie góry skali; technika emisji operowej). Plan wszechstronnego rozwoju osobowości wokalnej – intensywny, ambitny i dający nadzieję, ba, prawie pewność, że za dwa lata będzie o dwa lata świetlne dalej, gotowa na nowe wyzwania na wyżej notowanych scenach. W tym planie każdą chwilę już zagospodarowała; nie było w nim miejsca na życie osobiste, codzienne problemy rodzinne etc. Nie miałaby zresztą środków ani na sprowadzenie męża i dziecka, ani na ich utrzymanie.
Chciała śpiewać, śpiewać dobrze i pięknie. I nic nie mogło jej zatrzymać na drodze do celu. Jak sama stwierdziła, nie wahała się ani chwili. Niezastąpiona matka przyrzekła, że zajmie się sześcioletnim Jureczkiem. Mąż zaakceptował decyzję o rozłące na co najmniej dwa lata. W czasach PRL-u lepiej było nie ryzykować odwiedzin w kraju. Władze mogły zatrzymać paszport i zrujnować wszelkie plany związane z pobytem i pracą na Zachodzie. Mąż i dziecko stanowili swoisty weksel: nie wypuścimy ich, bo połączona za granicą rodzina mogłaby emigrować. Dopiero gdy dwa lata później Teresa przeniosła się do innego teatru, w Dortmundzie, bliscy dostali paszporty i zezwolenie na krótkie odwiedziny w RFN (wtedy: NRF).
Przytoczmy teraz fragment wspomnianej rozmowy z Remigiuszem Grzelą:

- Zastanawia się pani nad tym, jak potoczyłoby się pani życie, gdyby została pani w Polsce?
- Nawet sobie tego nie wyobrażam. Prawdopodobnie nic by nie było. Brak odpowiednich warunków do pracy nie pozwala się rozwijać i z czasem następuje osłabienie sił, zniechęcenie, poddanie się i akceptacja rzeczywistości. W ten sposób marnują się talenty niekiedy wyjątkowe.
- Spotyka pani czasem ludzi, którzy nie wierzyli w pani możliwości?
- Nie spotykam, bo dzisiaj wszyscy mówią, że we mnie wierzyli.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 




Żylis-Gara trafiła do jednego z najlepszych niemieckich pedagogów śpiewu – Dietgera Jacoba, profesora konserwatorium w Kolonii (współautora karier takich gwiazd, jak np. Waltraut Meyer i Hans Sotin). Pozbawiona balastu domowej rutyny, oderwana od łódzkich zaszłości, pełna nadziei na przyszłość i zapału do pracy, artystka poczuła się po prostu wolna, jakby znikł czynnik blokujący jej głos. Zrozumiała, że przyczyna problemów leżała w psychice, w niskiej samoocenie, w podświadomości. Później, kiedy sama zajmie się pedagogiką śpiewu, wspólnie z uczniami będzie poszukiwać tego swoistego miejsca wolności, punktu w ciele, zakamarka psychiki, który uruchomi cały potencjał głosu.
Scena w Oberhausen była dla Żylis-Gary poligonem i laboratorium. Śpiewała rozmaite pierwszoplanowe partie – w tym swojego ulubionego kompozytora, czyli melodyjnego Pucciniego. I Mozarta, dużo Mozarta, który jest bardzo dobry dla głosu, gdyż pokazuje wokalistom ich błędy. Zaśpiewała również Santuzzę w „Rycerskości wieśniaczej” Mascagniego i epizod ten uświadomił jej, że nigdy nie wolno sięgać po partie zbyt mocne dla danego głosu. Jej jasny, dźwięczny, giętki sopran w niemieckiej nomenklaturze tzw. „fachów” wokalnych jest określany jako „jugendlich dramatisch” – długo zachowuje młodzieńcze brzmienie; według klasyfikacji włoskiej jest to lirico-spinto.
Coraz pewniej poruszała się po scenie. Z perspektywy lat podsumowała: „Nie wiem, czy aktorstwa operowego można się nauczyć. Trzeba stawiać na osobowość. W oparciu o nieskazitelną technikę wokalną śpiewak powinien rolą żyć”. I jeszcze: „[…] przygotowując się do roli, należy dokładnie wczytać się w całą partyturę, poznać losy wszystkich bohaterów i na tym tle przemyśleć własną interpretację. Przygotowywanie się do roli bywa trudniejsze niż sam występ. Zawsze starałam się wtedy wykreować postać we własnej głowie. To była bardzo osobista i ciężka praca. Dobrze jest potem odpocząć od postaci”.
Z Oberhausen wyniosła jedno przykre wspomnienie. Wredna koleżanka, zazdrosna o sukces Polki, dolała jakiejś obrzydliwej cieczy do wody, czekającej na zmęczoną śpiewaczkę w garderobie. Zdarzenie nie miało konsekwencji; Żylis-Gara nie była mściwa.
W 1962 roku podpisała kontrakt na dwa sezony w teatrze w Dortmundzie – mieście o wiele większym niż Oberhausen, lecz nadal w Nadrenii Północnej-Westfalii. W 1965 zaczęła pracę w Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie, stolicy landu. Tam miała już pozycję „primadonny assoluty” i mogła sama wybierać repertuar. W tymże 1965 roku wystąpiła na brytyjskim festiwalu Glyndebourne (rola porteczkowa – Oktawian w „Kawalerze srebrnej róży” Richarda Straussa). W 1966 trafiło się wspomniane już nagłe mozartowskie zastępstwo w Paryżu i kariera światowa wystrzeliła jak rakieta.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 



Schicksalrolle
„Schicksalrolle” to „rola przeznaczenia”, „rola życia” . Dla Żylis-Gary była nią Donna Elvira w „Don Giovannim”. Przyniosła jej szczęście w Paryżu, Salzburgu, Londynie, La Scali. To kolejne przystanki na drodze do Nowego Jorku i teatru, który stał się jej domem na 16 sezonów. Na scenie Metropolitan Opera zadebiutowała także jako Elvira, w grudniu 1968, u boku Petera Schreiera i Martiny Arroyo. W marcu 1984 po raz 233. i ostatni spotkała się z publicznością Met, wykonując tytułową partię w „Manon Lescaut” Pucciniego.
Inne role, które były jej bliskie muzycznie i emocjonalnie to Desdemona w „Otellu” i Amelia w „Balu maskowym” Verdiego, a także Tosca Pucciniego. Żałowała, że nigdy nie zaśpiewała Arabelli, tytułowej bohaterki opery Straussa.
Jako solistka Met zgodziła się wystąpić w dwóch partiach Wagnerowskich – Elżbiety w „Tannhäuserze” i Elzy w „Lohengrinie”. Chociaż muzyka mistrza z Bayreuth nie była jej specjalnie bliska, a zaproponowane role uważała za krańcowe dla swych możliwości wokalnych, postanowiła podejść do zadania kreatywnie i potraktować obie postaci jak bohaterki z oper romantycznych; położyć nacisk na bogactwo emocji. Nowatorska interpretacja zebrała świetne recenzje.
Współpracę z takimi artystami, jak dyrygenci Herbert von Karajan, Carlo Maria Giulini, Carlos Kleiber, jak reżyser i scenograf Franco Zefirelli, jak śpiewacy Franco Corelli i Placido Domingo porównywała do komunii dusz, do wspólnego rzeźbienia w muzyce.
Zeszła z wielkiej sceny pod koniec lat 80. XX wieku, w świetnej formie artystycznej, lecz zapewne w kondycji już nie tak dobrej, by wytrzymać kilkugodzinny spektakl. Nadal dawała recitale pieśniarskie i nagrywała płyty z liryką wokalną. Na jubileuszu swoich 90. urodzin w stołecznym Teatrze Wielkim zaśpiewała pieśń „Życzenie” Chopina.
Rolą życia niewątpliwie była dla niej rola wielkiej śpiewaczki. Los obsadził ją też w roli córki – córki matki-anioła. Niemal do końca życia matka opiekowała się Jureczkiem, powtarzając: „Śpiewaj, córuś, śpiewaj”. W dniu śmierci matki Żylis-Gara nie odwołała spektaklu, choć mogła; była to operetka „Wesoła wdówka”. Sztuka pokazała znów swe zaborcze oblicze; pokorna, lojalna śpiewaczka nie mogła podjąć innej decyzji.
Zwierzyła się Remigiuszowi Grzeli: „Gdyby zapytał mnie pan, dlaczego potrzeba poświęcenia się sztuce była we mnie zawsze silniejsza niż poświęcenia się macierzyństwu, nie umiałabym odpowiedzieć”. W roli matki nie czuła się najlepiej. Cóż, po latach przerwy, bez tzw. prób wznowieniowych, musiała przyjąć nagłe zastępstwo. Za własną matkę. Gdy wyjeżdżała z Polski, Jureczek miał 6 lat; gdy po śmierci babci ściągnęła chłopca do Niemiec, miał już 14. Mieszkała w Düsseldorfie, ale często wyjeżdżała. Wciąż pracowała i nie zdołałaby poświęcić dorastającemu dziecku tyle uwagi, ile wymagało. Umieściła nastolatka we francuskojęzycznej szkole z internatem w Szwajcarii. Problemem stał się nie język (chłopiec szybko go opanował), lecz tęsknota. Żeby widywać się z Jurkiem częściej, przeniosła go do internatu w Belgii. Syn długo nosił w sobie pretensję o wyjazd matki z Polski. Dopiero w dojrzałym wieku zrozumiał sens i koszt tego wyboru. Sam jest artystą; w dzieciństwie chodził do szkoły muzycznej, studiował grafikę w Marsylii i w Łodzi, para się fotografią.
Teresa Żylis-Gara za rolę życia z pewnością nie uważała roli żony. Kiedy okazało się, że wyjazd z Polski potrwa dłużej niż dwa sezony zakontraktowane w Oberhausen, a artystka wciąż nie wyobraża sobie sprowadzenia rodziny do Niemiec, małżeństwo się rozpadło. Jerzy Gara założył nową rodzinę. Sławna śpiewaczka z czasem znalazła szczęście w nowym związku.
Schicksalrolle postscenicznej części życia Żylis Gary stała się rola pedagoga śpiewu. Jeszcze gdy była solistką Met, młodzi wokaliści zgłaszali się po radę. Działalność pedagogiczna absorbowała ją coraz bardziej. Prowadziła kursy mistrzowskie (osobiście wybierała skład mniej więcej dziesięcioosobowej grupy) w Polsce, np. w Radziejowicach, i lekcje indywidualne w swoim domu w Monte Carlo. Pomoc adeptom wokalistyki poczytywała za powołanie i powinność. Śpiewała poprzez nich. I obudziła demony zawiści. Przykrą prawdę wyznała w wywiadzie Grzeli dwie dekady temu: „Kiedy rozpoczęłam pracę pedagogiczną w Polsce, kiedy zaczęłam prowadzić tu kursy mistrzowskie, powiadomiłam o tym akademie muzyczne, oczekując, że profesorowie przyślą do mnie swoich studentów. Podobno moje listy zostały głęboko schowane. A ogłoszenia z tablic akademii natychmiast zrywano. Szkoły muzyczne zabraniały studentom kształcić się u mnie. Do dziś nabór na moje lekcje odbywa się nieoficjalnie”.


070 077 Hifi 11 2021 001

 

 




Ilona Krzywicka, znakomita śpiewaczka, pamiętna Halka z wersji wileńskiej „Halki”, wystawionej przed dwoma laty przez Agnieszkę Glińską na Scenie im. Młynarskiego w Teatrze Wielkim, wspominała Maestrę w czasie uroczystości pogrzebowych w łódzkiej Archikatedrze: „Była zawsze elegancka, nosiła obcasy, pomadkę na ustach, zawsze była punktualna i miała ogromną klasę. Kilka sekund jej śpiewu sprawiało, że świat się zatrzymywał, wiedzieliśmy, że doświadczamy czegoś wyjątkowego. […] Jako nauczyciel była bardzo wymagająca. Kiedy zobaczyła w kimś potencjał, nie odpuszczała żadnego dźwięku. A jeśli się złościła, to wiadomo było, że bardzo jej na tej osobie zależy. […] Opowiadała dowcipy i chichotała razem z nami. Była niezwykle życzliwa. Kiedyś odwiedziłam ją w Monako. Zmęczona, po wielu godzinach prób Pani profesor dała mi najlepszy pokój w swoim domu… własną sypialnię. I ugotowała obiad. A na deser była lekcja śpiewu. Taka była. Kochała anioły i miała ich pełno w najróżniejszych postaciach. Ale dla mnie to ona była aniołem”.
Miała dwa domy – w Monako i w Prowansji – i mieszkanie w Paryżu, lecz coraz częściej odwiedzała Łódź i mieszkających tam licznych krewnych. Interesowała się bieżącymi wydarzeniami; głosowała w wyborach parlamentarnych. Mówiła piękną, bogatą, polszczyzną; stosowała żywe, precyzyjne słownictwo. Biegle posługiwała się komputerem, pocztą elektroniczną, wyszukiwarką.
Zmarła w Monako, 28 sierpnia 2021 roku. Urnę z prochami pochowano w Alei Zasłużonych na cmentarzu Doły w Łodzi. Bacewicz String Quartet zagrał nad grobem kameralną aranżację „Intermezza” z „Rycerskości wieśniaczej” – opery, w której występ Żylis-Gara chciała właśnie zapomnieć. Schicksalrolle.

 

Hanna Milewska
Hi-Fi i Muzyka - 11.2021