fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Niezwykłe duety, cz. 1 Lata sześćdziesiąte

077 079 Hifi 06 2021 001Lata 60. XX wieku były czasem kontynuacji i… przełomów. Zimna wojna nabrała rozpędu, a filmy z Jamesem Bondem podkręcały wyobraźnię. Bito rekordy prędkości i fascynowano się nowymi technologiami. Nadal słychać było echa II wojny światowej, ale wchodzące w dorosłość roczniki chciały zacząć żyć po swojemu.

Właśnie wtedy zaczęły się bunty przeciwko starszej generacji, która jak zwykle „wiedziała lepiej”. Ale buntowano się też przeciw konfliktom zbrojnym, podziałom społecznym i innym niesprawiedliwościom. Co ciekawe, świat muzyki zareagował na to dość późno. Można śmiało powiedzieć, że pierwsza połowa dekady stanowiła kontynuację poprzedniej. Dopiero w drugiej połowie muzycy zaczęli zapuszczać włosy, częściej stosować przestery i wykorzystywać twórczą aktywność nie tylko do opowiadania o miłości. To oczywiście spore uproszczenie, ale przybliża ogólny klimat.
Jeżeli chodzi o tytułowe niezwykłe duety, to omawiana dekada nieszczególnie w nie obfitowała. Mimo to da się wytypować kilka ciekawych muzycznych spotkań.


Ike and Tina Turner
„A Fool In Love” (1960)

077 079 Hifi 06 2021 002





Zaczynamy mocno, bo od jednej z najgorętszych par w historii muzyki rozrywkowej. Nie czas wnikać w historie o przemocowym charakterze Ike’a. Jeśli naprawdę było tak, jak piszą, to dobrze, że Tina poszła własną drogą i odniosła spektakularny sukces solowy. Można jedynie odnotować, że w świecie afro panuje przekonanie, iż para była tyleż względem siebie namiętna, co nadpobudliwa. I koniecznie trzeba zaznaczyć, że Ike był świetnym muzykiem, który wywarł ogromny wpływ na kształt soulu, rocka i bluesa.
„A Fool In Love” to gorący rock’n’roll, mocno ukorzeniony w rythm and bluesie. Roli Tiny podważyć nie sposób, ale bez Ike’a nie byłoby takiego wymiaru. Zespół gra z niezwykłą energią. Wszystko idealnie się uzupełnia, a wokalistka szybuje nad strukturą.
Warstwa tekstowa płynnie się łączy z muzyczną. Konstrukcja opiera się na dialogu podmiotu lirycznego (główny wokal) z przyjaciółkami (chórki). Jest to zabieg bardzo często stosowany w utworach z tamtych lat, ale jego pierwowzorem jest przecież starogrecki dramat, w którym chór prowadził dialog z bohaterem bądź komentował poczynania postaci występujących na scenie.
Tina:
„Jest coś w mojej głowie
Czy ktoś mi odpowie
co jest nie tak?”
Chórek:
„Nie bądź głupia, przecież wiesz – zakochałaś się
Zmierz się z tym, by jakoś funkcjonować.”
Ike i Tina stanowili parę przez niemal 20 lat. Gdy powstawał ten utwór, nie byli jeszcze małżeństwem. Tina pozostawała wówczas w związku z saksofonistą zespołu Raymondem Hillem, z którym miała dwuletniego syna. To drobny szczegół, rzucający światło na skomplikowaną relację Ike’a i Tiny. Muzycznie byli już mocno ze sobą związani. Jakkolwiek kontrowersyjne mogłoby się dziś wydawać wspominanie o Ike’u jako o muzycznym geniuszu, naprawdę było coś na rzeczy. Zresztą, posłuchajcie sami.

Simon and Garfunkel
„Sound of Silence” (1966)

077 079 Hifi 06 2021 003





Była końcówka lat 50. XX wieku. Dwóch młodych Żydów z Nowego Jorku postanowiło zacząć razem śpiewać i grać. Właściwie to w tamtych czasach każdy tego chciał. Chłopcy nie byli więc oryginalni w swoich marzeniach, oryginalna natomiast okazała się ich twórczość. Współbrzmienie delikatnych głosów, proste, głównie akustyczne instrumentarium, bardzo dobre kompozycje, filozoficzno-egzystencjalne teksty i recepta na międzynarodowy sukces gotowa. Droga do splendoru była jednak daleka.
Współpracę rozpoczęli w roku 1957, nazywając swój duet Tom & Jerry. Dopiero w 1964 zmienili nazwę na Simon and Garfunkel. Pierwsza fala sukcesów przyszła dwa lata później, po wydaniu drugiej płyty „Sounds of Silence”. Utwór „Sound of Silence” ukazał się wcześniej na krążku „Wednesday Morning, 3 A.M.” (1964), ale w wersji unplugged. To bardziej znane dziś wydanie zostało wzmocnione perkusją, basem i gitarami elektrycznymi w studiu Boba Dylana.
Czy Czytelnicy wiedzą, czym jest overdubbing? To dogranie ścieżek do już istniejących partii. Zabieg mocno ryzykowny, ponieważ nowe elementy mogą przykryć te już istniejące lub zakłócić ich charakter. W tym przypadku tak się nie stało. Otrzymaliśmy bardziej rockową wersję folkowej ballady, a „Sounds of Silence” szturmem podbiło świat.
W początkach wielkiej kariery Paul Simon i Art Garfunkel nadal jednak trzymali się swoich starych zwyczajów. Relatywnie długo czuli się zwykłymi chłopakami z Queens. Podobno pewnej soboty siedzieli w samochodzie upaleni marihuaną i słuchali radia. Prezentowano audycję z nimi samymi, nagraną wcześniej. Panowie tak odpłynęli, że ponoć jeden do drugiego powiedział „Ale ten cały Simon i Garfunkel muszą mieć teraz imprezę”.
Ballada „Sound of Silence” stała się pokoleniowym hymnem. Kiedy się ukazała na ścieżce dźwiękowej do filmu „Absolwent” z Dustinem Hofmanem (1967), znał ją cały świat. A jeśli nie znał, to poznał. Kilka lat temu utwór zyskał memiczny charakter, pojawiając się w prześmiewczych filmikach, obrazujących czyjeś odklejenie od rzeczywistości, samotność lub życiową porażkę. Ale nawet najmłodsze pokolenie, które w internecie siedzi non stop i chyba nie słucha już muzyki na poważnie, podchwyciło magiczną melodię i magnetyczny tekst, fascynując się nimi na serio. To dowód na istnienie ponadczasowej wartości. Chyba każdy, choć raz w życiu, odczuł potrzebę refleksyjnego zagłębienia się w siebie i znalezienia odpowiedzi na bardzo trudne pytania. Dlatego inicjujący utwór wers: „Ciemności, mój stary druhu, znów przyszedłem z tobą porozmawiać”, pozostanie aktualny na zawsze.

Nancy Sinatra i Lee Hazlewood
„Summer Wine” (1967)

077 079 Hifi 06 2021 005





Nancy Sinatra powraca w ostatnich dwóch dekadach m.in. dzięki Quentinowi Tarrantino i włączeniu do ścieżki dźwiękowej filmu „Kill Bill” (2003) jednego z jej klasycznych utworów – „Bang, bang (My Baby Shot Me Down)”. Pierwotnie Sonny Bono napisał go dla Cher, ale to właśnie Nancy spopularyzowała piosenkę i jest z nią kojarzona (por. np. utwór „Wariatka tańczy”, napisany dla Haliny Frąckowiak, a rozsławiony przez Marylę Rodowicz). Artystka jest znana nie tylko z twórczości solowej i z bycia córką Franka, ale również ze współpracy z Lee Hazlewoodem (zm. 2007). Nancy nagrała z tym wokalistą trzy albumy. Pierwszy „Nancy & Lee”, ukazał się w roku 1968; drugi „Nancy & Lee Again” – w 1972, a ostatni „Nancy & Lee 3” – w 2004. Pierwszy jest jednak zdecydowanie najbardziej znany i to właśnie z niego pochodzi utwór „Summer Wine”.
Niski głos Lee Hazlewooda idealnie współgra z kobiecym i zmysłowym wokalem Nancy. Para prowadzi dialog dwóch odmiennych światów, które przypadkiem się spotkały. Dynamiczny duet w warstwie muzycznej jest nieco „bondowy”; pojawia się nawet cytat z filmowego tematu (może dlatego, że w tym samym roku Nancy zaśpiewała tytułową piosenkę do piątego Bonda – „Żyje się tylko dwa razy”). Nikt się tutaj nie pieści i można potańczyć gangsterskiego twista.
W tekście jest już jednak romantycznie, choć bez ckliwości. To połączenie estetyk sprawiło, że świat oszalał na punkcie „Letniego wina”. Podmiotem lirycznym jest samotny twardziel o artystycznej duszy. Ma poczucie wielkiego niezrozumienia w niezbyt przyjaznym świecie.
„Przechadzałem się po mieście,
a moje srebrne ostrogi dzwoniły w rytm pieśni,
którą dotąd śpiewałem nielicznym”.
Spotyka jednak na swej drodze Ją. Ona, niczym kapłanka lata, przyrody, piękna i płodności odpowiada:
„Truskawki, wiśnie i anioł całujący wiosnę…
właśnie z nich składa się moje letnie wino.
Zdejmij ostrogi i pozwól mi zabić czas,
dam ci moje letnie wino”.
Przygoda nie kończy się dobrze. Męski podmiot liryczny budzi się skacowany i okradziony, jak to czasem w życiu bywa. Można też tę historię rozumieć czysto metaforycznie. W końcu da się kogoś okraść z czasu, emocji i uczuć; nie trzeba zaraz pozbawiać go dobytku.
Czy ta najbardziej klasyczna była pierwszą wersją utworu? Nie. Oryginalnie Lee Hazelwood wykonał go rok wcześniej, w towarzystwie Suzi Jane Hokom. Czy duet Nancy and Lee zamknął historię kompozycji? Również nie. Wracała jeszcze wielokrotnie, w różnych wcieleniach. Z tych najbardziej znanych można wymienić duety: Demisa Roussosa z Nancy Boyd (1992), Ville Valo i Natalii Avelon (2007) czy Lany Del Rey z Barrie-Jamesem O’Neillem (2013).

Marvin Gaye i Tammi Terrell
„Ain't No Mountain High Enough” (1967)

077 079 Hifi 06 2021 004





Absolutny klasyk z pogranicza R&B i soulu. Napisany przez małżeńską (oraz autorsko-kompozytorską) parę: Nickolasa Ashforda i Valerie Simpson, o których więcej będzie w trzeciej części „Duetów”, z miejsca stał się hitem. Wykonanie powierzono innej parze: Marvinowi Gaye’owi i Tammi Terrel, dla których nie była to jedyna współpraca. Wokaliści nagrali razem dwa pełne albumy: „United” (1967) i „You’re All I Need” (1968). Właśnie z tej pierwszej pochodzi omawiany utwór.
Niestety, Tammi wkrótce zmiotło z planszy; w 1970 zmarła z powodu guza mózgu. Miała zaledwie 25 lat. Marvin Gaye też odszedł przedwcześnie, w roku 1984. Czterdzieści pięć lat to jednak bardzo krótki żywot. Szczególnie dla artysty, który w momencie śmierci miał jeszcze wiele do powiedzenia.
Wracając do „Ain’t No Mountain High Enough”, pierwotnie planowano przeznaczyć go dla Dusty Springfield – brytyjskiej gwiazdy, bardzo popularnej w tamtych czasach. Wybrano jednak czarnoskórą parę. Utwór startuje łagodnie, ale później szybko się rozwija. Jest niezwykle energetyczny. Już sama zwrotka zdradza ogromny potencjał, a refren szybuje bardzo wysoko. Naprawdę można odnieść wrażenie, że nie ma takiej góry, której nie można by przeskoczyć w imię miłości.
Warstwa tekstowa to dialog zakochanej pary, która dochodzi do momentu deklaracji.
On śpiewa:
„Posłuchaj, kochanie!
Nie ma zbyt wysokiej góry
zbyt niskiej doliny
zbyt szerokiej rzeki…”
Ona odpowiada:
„Kochanie, jeśli tylko mnie potrzebujesz, zawołaj.
Nieważne, gdzie będziesz, i nieważne, jak daleko…”
To bardzo klasyczna, ale dziś już nieco zapomniana kompozycja. Dlatego jeśli cenicie duety, nie sięgajcie do ciągle tych samych, mocno zgranych hitów. Czasem warto zanurkować głębiej. Pojawia się wówczas szansa na odkrycie nowych pięknych dźwięków.

Leonard Cohen i… tajemnicze francuskie głosy
„Partisan” (1969)

077 079 Hifi 06 2021 001





Leonard Cohen cenił kobiece wokale i lubił je wplatać do śpiewanych przez siebie utworów. Idealnie uzupełniały niski tembr głosu kanadyjskiego artysty; dzięki nim jego muzyka nabierała jeszcze więcej barw. Wędrując przez dekady aktywności Cohena, bez problemu można ustalić nazwiska współpracujących z nim pań. Jednak dotarcie do tego, kto śpiewa z Cohenem w utworze „Partisan”, stanowi nie lada wyzwanie. Niby jest internet, a w nim wszystko. Niby są okładki płyt. Tym razem jednak się nie udało i musicie nam to wybaczyć. Do akcji wkroczył nawet pan Daniel Wyszogrodzki, będący chodzącą encyklopedią, m.in. od Cohena, ale znów – nic z tego. Wszędzie przewija się jedynie notka, że Leonard Cohen zapragnął włączyć do utworu głosy w języku francuskim. Producent Bob Johnston poleciał na dwa dni do Paryża, nawet nie informując o tym artysty. Znalazł tam wokalne trio i akordeonistę, których dograł do gotowej ścieżki, zarejestrowanej wcześniej w Nashville. Tyle się dowiedziałem od pana Wyszogrodzkiego.
Czy faktycznie można tu mówić o duecie? Nie do końca, ale utwór jest tak magiczny, że nie wspomnieć o nim byłoby zaniedbaniem. Struktura znakomicie pokazuje, jak wiele może dać połączenie kobiecych i męskich głosów. Choć na te kobiece czeka się faktycznie dość długo, bo niemal do drugiej minuty. Wzbogaca je dodatkowe pasmo męskiego tenoru, prawdopodobnie również z Francji.
„Partisan” to jeden z nielicznych… coverów w twórczości Cohena. Oryginalnie utwór powstał w czasie II wojny światowej, dokładnie w roku 1943. Muzykę do „La complainte du partisan” napisała najprawdopodobniej Anna Marly, urodzona w Rosji francuska piosenkarka i kompozytorka. Słowa przypisuje się francuskiemu dziennikarzowi Emmanuelowi d’Astier de la Vigerie, członkowi Ruchu Oporu. Warstwa tekstowa opowiada historię partyzanta. Podmiot liryczny wiele przeszedł. Stracił rodzinę, ale zyskał towarzyszy broni, tu określanych jako przyjaciele.
„Gdy wróg przeszedł przez granicę
i nakazał złożyć broń
nie poddałem się…”


Adaptacji na język angielski dokonał w 1944 roku Hy Zaret, amerykański autor tekstów. Cohen wykorzystał właśnie jego tłumaczenie. Dopiero w 1969 pieśń zyskała światową popularność. Szkoda, że w języku angielskim został przedstawiony uniwersalny wymiar przesłania, a dopiero we fragmencie po francusku dochodzi do konkretów historycznych i uwypuklenia bezwzględności i okrucieństw wojny.
Od strony muzycznej możemy mówić o indywidualnej adaptacji. Wersja oryginalna jest o wiele bardziej… słoneczna, tyrtejska i durowa. Wykonanie Cohena zdecydowanie schodzi w tonacje molowe, choć niepozbawione nadziei. Owa nadzieja kryje się jednak w tekście, nie w samej muzyce. Wersja Kanadyjczyka jest tajemnicza. „Skrada się” i raczej nie zwiastuje rychłego finału partyzanckiej tułaczki. Ciekawe, że pierwowzór był tak świeży i energiczny, a cover – tak brudny i mroczny. Niewykluczone, że stało się tak dlatego, iż dopiero kilka dekad po wojnie można było uzyskać jej bardziej kompletny obraz… A może Anna Marly nie chciała siać defetyzmu?
Podziękowania dla pana Daniela Wyszogrodzkiego za otwartą i aktywną postawę oraz ostateczne rozwianie wątpliwości względem faktografii. Czasem brak informacji to także informacja.


Michał Dziadosz