fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Dopisane nuty

6446042015 06W 1797 roku Samuel Coleridge, wsparłszy swą inwencję oparami opium, ułożył we śnie wspaniały kilkusetwersowy poemat „Kubla Khan”, poświęcony legendarnemu mongolskiemu władcy. Rano, po przebudzeniu, sięgnął po pióro i zapisał… pięćdziesiąt cztery linijki. Twierdził, że więcej nie zapamiętał.


Ocalony od niepamięci fragment opublikował dopiero w 1816 roku. Dziś jest to jego najsłynniejszy utwór. Niedokończony, lecz wspaniały. Takich niedokończonych pięknych dzieł znajdziemy wiele w dziejach wszystkich dziedzin sztuki.

Franz Kafka nie ukończył żadnej ze swych powieści („Proces”, „Ameryka”, „Zamek”). Kazał przyjacielowi spalić je razem ze wszystkimi rękopisami, ale Max Brod nie wykonał ostatniej woli autora i doprowadził do publikacji jego literackiej spuścizny. Leonardo Da Vinci w latach 1490- -1493 pracował nad pomnikiem konnym Franceska Sforzy. Kiedy gotowy był gipsowy model naturalnej wielkości i artysta chciał wykonać odlew z brązu, okazało się, że w powietrzu wisi wojna i brąz bardziej przyda się na armaty. Prace przy budowie bazyliki Sagrada Familia w Barcelonie trwają do dziś i nawet gdyby nie nagła śmierć architekta, Antoniego Gaudiego (1926), oraz wojna domowa w Hiszpanii, budowla nie byłaby skończona wcześniej. W 1992 roku w poznańskim Teatrze Nowym reżyser Eugeniusz Korin przygotowywał premierę „Króla Leara” Szekspira. W roli głównej miał wystąpić Tadeusz Łomnicki. Polski świat teatralny czekał na tę kreację i na całą inscenizację. Niestety, wielki aktor dostał zawału w czasie próby i zmarł na scenie. Premierę odwołano. W 1964 Georges Clouzot kręcił film „Inferno” z Romy Schneider i Serge’em Reggianim. Reżyser chciał nowatorsko łączyć zdjęcia czarno-białe z barwnymi, wprowadził skomplikowaną narrację, eksperymentował z montażem. Przeciągająca się praca i zmieniające się koncepcje doprowadziły Reggianiego do załamania nerwowego, a Clouzota – do zawału. „Inferno” nigdy nie zostało ukończone. W 2005 roku powstał film dokumentalny, prezentujący historię projektu i zarejestrowany materiał. To mogło być arcydzieło…

 

6446042015 02

 

Srogi kapral wydaje rozkaz

 

Kompozytorzy, tak jak wszyscy artyści, nie każde dzieło doprowadzają do finału. Najprostszą przyczyną tego stanu rzeczy jest oczywiście „srogi kapral”, czyli śmierć, według słów Hamleta. Chory Mozart, mimo pracy do ostatniego tchnienia, nie ukończył „Requiem”; zatrzymał się po początkowych taktach „Lacrimosy”. Na podstawie jego wskazówek, szkiców i przy wykorzystaniu istniejącego już materiału melodycznego, całość utworu ułożył i zinstrumentował Franz Xaver Süssmayr. Dzięki własnym kompozycjom Süssmayr nie zapisał się w dziejach, ale jako współtwórca „Requiem” jest powszechnie znany. Nam zaś trudno sobie wyobrazić historię muzyki bez najsłynniejszej oprawy mszy żałobnej. Śmierć przerwała pracę Mahlera nad X symfonią (o jej rekonstrukcję pokusił się m.in. Deryck Cooke), Elgara nad III symfonią (Anthony Payne opracował całość), Bartóka nad koncertem altówkowym (Tibor Serly dopełnił dzieła), Pucciniego nad operą „Turandot” (finał napisał Franco Alfano, a zwyczajem stało się przerywanie na chwilę wykonania w miejscu, w którym zatrzymało się pióro autora). Offenbach zmarł, zanim ostatecznie uporządkował materiał „Opowieści Hoffmana”. Nie zdążył ustalić kolejności scen i wybrać obowiązujących wariantów. Dopiero ponad sto lat od premiery opery muzykolog Michael Kaye przedstawił wersję najbliższą zamiarom kompozytora.

 

6446042015 03

Haydn ubiegł śmierć i ewentualnych „dopisywaczy”. Swój ostatni kwartet smyczkowy wydał w postaci niekompletnej – w formie dwóch, zamiast tradycyjnych czterech części – i opatrzył samousprawiedliwieniem – cytatem z wiersza: „Jestem stary i słaby, opadłem z wszelkich sił”.A le nie tylko z przyczyn naturalnych pewne utwory muzyczne zostały dokończone ręką innych autorów.

Jedna litera, jeden akt

Arnold Schoenberg, mimo konwersji na protestantyzm, dalej był uważany za Żyda, prześladowany i wyganiany ze swego letniego domu pod Salzburgiem. Pamiętając o opisanym w Biblii losie Izraelitów, błąkających się przez czterdzieści lat po pustyni, zafascynował się postacią Mojżesza. Postanowił poświęcić mu kantatę, potem oratorium, aż wreszcie – operę. Nazwał ją „Mojżesz i Aron”, usuwając jedno „a” z imienia brata proroka, aby w niemieckiej wersji tytułu uniknąć feralnych trzynastu liter. Między 1930 a 1932 rokiem napisał libretto i dwa akty dodekafonicznej muzyki. W 1933 powrócił do judaizmu i wyemigrował z Europy. Co prawda, jeszcze przez kilka lat powstawały szkice do III aktu, ale opera pozostała niedokończona. Pod koniec życia Schoenberg rozważał powrót do pracy nad „Mojżeszem i Aronem”, lecz był realistą. Pozostawił pisemną dyspozycję, zezwalającą, aby w razie jego śmierci trzeci akt mógł być zastąpiony lekturą libretta. Kompozytor zmarł w 1951, a w 1954 w Hamburgu miała miejsce prapremiera koncertowa opery, zaś w 1957 – sceniczna dwóch aktów „muzycznych” i trzeciego „mówionego”. Warto tu wspomnieć, że partia Mojżesza jest określona przez Schoenberga jako wykonywana „Sprechgesangiem”, czyli swoistą melorecytacją. I na ogół w takiej wersji opera jest do dziś wystawiana, mimo że w 2009 roku Węgier Zoltán Kotsis, za zgodą spadkobierców, dokomponował trzeci akt.

 

6446042015 04

 

Znikająca planeta

Angielskiemu kompozytorowi Gustavowi Holstowi sławę i nieśmiertelność przyniósł jeden utwór: „Planety”. To suita symfoniczna, zainspirowana od strony muzycznej Strawińskim i Schoenbergiem, a od programowej – astrologią. W latach 1914-1916 powstało siedem części, zatytułowanych nazwami planet: Mars, Wenus, Merkury, Jowisz, Saturn, Uran i Neptun. Holst pominął Ziemię (zapewne ustawił słuchacza jako mieszkańca naszego globu, który obserwuje inne planety Układu Słonecznego). Kolejność części odpowiada kolejności oddalania się planet od Słońca, z wyjątkiem początkowych. Pierwszy powinien być Merkury, a potem Wenus i dalej Mars. Przypuszczalnie Holst chciał nawiązać do sytuacji historycznej (właśnie trwała I wojna światowa) i opisać odwieczny bieg wypadków. Mówią o tym podtytuły: Mars (Zwiastun wojny), Wenus (Zwiastun pokoju), Merkury (Skrzydlaty posłaniec).

6446042015 01

 

„Planety” miały prawykonanie w 1920 roku i od razu podbiły serca słuchaczy, a niebywały sukces chyba zaskoczył autora. Upłynęło dziesięć lat i utwór okazał się… niedokończony! Oto w 1930 astronomowie odkryli nową planetę naszego układu – Pluton. Holst, który żył od tej chwili jeszcze cztery lata, mógł uaktualnić treść dzieła – zwłaszcza że luźna forma suity do tego zachęcała – ale nie zdecydował się na ten krok. Jednak i w tym przypadku znalazł się dopisywacz. W roku 2000 Colin Matthews, z błogosławieństwem córki Holsta, Imogen (również kompozytorki), przedstawił „brakującą” część: „Pluton. Odnowiciel”. Minęło zaledwie sześć lat i Matthews musiał mieć się z pyszna. Międzynarodowa Unia Astronomiczna uznała Plutona za planetę karłowatą i wykreśliła z listy planet Układu Słonecznego. Holst pośmiertnie zatriumfował.

6446042015 05

Siedem zamiast czterech

 

W 1926 roku Karol Szymanowski pracował nad cyklem pieśni do wierszy Jamesa Joyce’a z tomu „Chamber Music”. Pisał je z myślą o znanej amerykańskiej śpiewaczce, a potem również aktorce i dziennikarce, Cobinie Wright, i jej mężu finansiście. Być może miał nadzieję, że dedykując utwór zamożnym, wpływowym Amerykanom zyska nowych sponsorów i promotorów na zamorskim rynku muzycznym; miał już tam dwie hojne mecenaski. W liście do Zofii Kochańskiej wyjawiał: „Szkicuję tymczasem pieśni do słów Jamesa Joyce’a, bo są naprawdę ładne, więc gdyby nawet ta historyjka z Billym i Cobiną nie udała się – to i tak powstanie kilka nowych pieśni […]”. Historyjka raczej się nie udała. Cykl został dedykowany zaprzyjaźnionemu z Karolem małżeństwu – Olgierdowi i Julii Sokołowskim (lekarz pulmonolog i tłumaczka). W 1928 roku siostra kompozytora, Stanisława Korwin-Szymanowska (sopran), prawykonała w Warszawie cztery pieśni na głos i fortepian. Akompaniował jej osobiście Szymanowski. Zostały one wydane drukiem dwanaście lat po śmierci Karola przez PWM, z polskim przekładem Jarosława Iwaszkiewicza. Opus 54 zawierał cztery pieśni do roku 1977, kiedy to powiększył się do siedmiu utworów. Przygotowujący zbiorowe wydanie dzieł Szymanowskiego Adam Neuer przeglądał rękopisy kompozytora w zbiorach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. W dziale „Szkice” odkrył trzy nieznane pieśni do słów Joyce’a. Zapisane były ołówkiem, pospiesznie, skrótowo. Wymagały uzupełnień niektórych taktów, niemniej było to o wiele więcej niż szkice. Neuer szybko opracował nowe pieśni i włączył je do op. 54. W tym samym roku siedmioczęściowy już cykl został nagrany przez Andrzeja Bachledę (tenor) i Jerzego Marchwińskiego (fortepian). Drukiem ukazał się w 1981 roku, ale w środowisku muzycznym do dziś można usłyszeć opinię, że rozszerzenie cyklu o zrekonstruowane szkice jest nadużyciem i należy pozostać przy czterech pieśniach.

 

Pełnia półpełni

 

Niewiele osób zna VIII symfonię h-moll Franciszka Schuberta. O wiele więcej słyszało o symfonii „Niedokończonej” Schuberta. W czasach, gdy obowiązywał klasyczny model symfonii czteroczęściowej, Schubert skomponował (w roku 1822) utwór, składający się tylko z dwóch części: Allegro moderato i Andante con moto. I postawił kropkę, chociaż potem żył jeszcze sześć lat i zdążyłby napisać „drugą połowę”. Co więcej, bez żadnych wątpliwości uznał dzieło za gotowe i ofiarował je Towarzystwu Muzycznemu w Grazu. Najwidoczniej zarząd tej zacnej instytucji miał wątpliwości co do kompletności symfonii, bo zwlekał z jej prawykonaniem aż czterdzieści trzy lata! Przydomek „Niedokończona” na zawsze przylgnął do utworu, chociaż melomani nie odnoszą wrażenia fragmentaryczności tej kompozycji. Johannes Brahms nazywał ją przekornie „Skończoną”. Stwierdził: „Jeżeli wszystkie dzieła byłyby tak skończone jak to, wierzcie mi, żylibyśmy w prawdziwym raju muzycznym

 

 

 


6446042015 07

Hanna i Andrzej Milewscy
Źródło: HFM 04/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF