fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Skarb narodu

pexels ludwig kwan 2378209
Pod kołami miarowo stukały łączenia szyn. Ten rytm zna każdy pasażer kolei żelaznej, ale Jerzemu Żurawlewowi zawsze się kojarzył z etiudą a-moll, czwartą z 25 opusu. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, co uporczywie podsuwało mu obrazy kulawej gry panienek i paniczów w kresowych dworach, której musiał wysłuchiwać przy byle okazji, na dodatek z wyćwiczonym uśmiechem przyklejonym do twarzy. „Szybciej, szybciej” – poganiał w myśli stalowego kolosa, bębniąc palcami po drewnianej półce pod oknem.

Palce poruszały się żwawiej niż u telegrafisty. Powinno to dać do myślenia dwóm dandysom siedzącym naprzeciwko. Najwyraźniej nie mieli jednak instynktu detektywa albo zbyt wiele uwagi poświęcali sobie nawzajem, nie zauważając, jak ich towarzyszowi podróży marszczą się brwi pod ciężkimi oprawkami rogowych okularów. Że ckliwa, że wiejska, nienowoczesna. Gdzież jej do Wagnera, co zagrzewa duszę człowieka czynu, albo do francuskich kolorystów, którzy śmiało zerwali z okowami starożytnej już harmonii. Świat gna do przodu, a my w Polsce nieustannie musimy wysłuchiwać rzewnych mazurków, krakowiaków, jakbyśmy się nigdy nie zdołali wyrwać z włościańskiego, cuchnącego oborą zaścianka.
Żurawlew już chciał wtrącić cierpkie słowo do rechotu ślepej i głuchej historii nad grobem Chopina, ale młodzieńcy zmienili temat tak szybko, jak wiatr swój cel w czasie sztormu. Padło na zmagania sportowców. Znudzenie na twarzach przegoniły skrzące się w źrenicach błyskawice, a dłonie śpiące dotąd na kolanach zaczęły tańczyć w rytm pulsującego gejzera emocji, podsycanego uwielbieniem dla rywalizujących ze sobą atletów. Początkowy gniew Jerzego zastąpiła zaduma: ileż to sił, ilu lat, ilu ludzi trzeba, żeby każdy, czy to robotnik w fabryce, szewc, żołnierz, czy arystokrata oddał tak wiele serca muzyce, jak choćby wyścigom konnym. To niemożliwe – pomyślał. Chociaż…
I tak w pociągu relacji Białystok – Warszawa, w roku 1923, narodził się pomysł całkiem nowy. Pojedynki pianistów, skrzypków, kompozytorów i poetów znane były wcześniej. Niekoniecznie z tego, że faktycznie bywały, bardziej – z  wyobraźni literatów. Ale idea ujęta olimpijsko? Przyjęła się szybciej, niż mógł się spodziewać. W 1927 odbyła się pierwsza edycja, a już wkrótce, w 1935, do Konkursu Chopinowskiego dla pianistów dołączył skrzypcowy – Wieniawskiego. Też pierwszy na świecie. Co nie znaczy, że było łatwo.


Po I wojnie światowej podźwignięta z niebytu Polska budowała infrastrukturę, gospodarkę, wszystko. Politycy mieli „większe zmartwienia” i żaden nie pałał entuzjazmem do kosztownej mrzonki Żurawlewa. A już objąć patronatem pod własnym nazwiskiem (wówczas znaczyło to co innego niż dzisiaj), to zbyt wielkie ryzyko. Sytuacja zmieniła się wraz z wyborem prezydenta Mościckiego. Choć z wykształcenia był chemikiem, cenił sztukę i chyba podświadomie wyczuwał „ciężar” Chopina. Samemu będąc wrażliwym na piękno jego fraz, przewidywał, że mogą zdobyć na świecie nie mniej wpływów niż legiony wojska. Jako pierwszy dał konkursowi przewodnictwo prezydenta państwa i tak pozostało do dziś.
Już trzecia edycja, w 1937 roku, zyskała prawdziwie międzynarodowy wymiar i zaowocowała pierwszym skandalem. Występująca w tradycyjnym japońskim kimonie Chieko Hara stała się bożyszczem publiczności. Nie otrzymała jednak nagrody, co wywołało karczemną awanturę w czasie ogłaszania wyników. Wtedy narodziły się dwie tradycje: narzekania na niesprawiedliwe jury oraz przyznawania w proteście nagrody publiczności. Wówczas ufundował ją Stanisław, spadkobierca przemysłowej fortuny Meyerów. Decyzje jurorów zawsze budzą gwałtowne emocje i protesty, co tylko podkreśla znaczenie konkursu i siłę jego oddźwięku. Najsłynniejszą burzę sprowokował Ivo Pogorelich. Warto jednak zauważyć, że tamtą edycję wygrał Dang Thai Son i trudno dziś podważyć ten werdykt.


O konkursie mówi się „jeden z największych, najważniejszych”. Tymczasem powinniśmy z tym definitywnie skończyć i raz na zawsze pozbyć się zbytecznej skromności. Jakie mamy inne „naj” konkursy na świecie? „Czajkowski” w Moskwie, „Busoni” w Bolzano, „Królowej Elżbiety” w Brukseli i „Van Cliburn” w Teksasie. Który z nich jest transmitowany przez ogólnokrajową stację telewizyjną, rejestrowany w całości? Gdzie transmisja i wszystko wokół obywa się tak kosztownymi i profesjonalnymi środkami (kilka kamer, doskonały dźwięk w TV, świetni komentatorzy, wielka pompa, dostępność całych edycji z obrazem i dźwiękiem w internecie, aplikacja itp.)? Osoby narzekające powinny uderzyć się pierś, co nie znaczy, że należy je zignorować, bo zawsze można lepiej. Polska pielęgnuje markę konkursu i żaden rząd w historii nie obniżył jej rangi. A skoro o nią dba, to powinien ze wszystkich sił promować ją w szerokim świecie.


Jest na to sposób, wbrew pozorom prosty i tani. Główna nagroda wynosi 40000 euro. Można by ją podnieść do miliona, wszystko jedno czego: euro, dolarów czy funtów, a minister kultury powinien to uroczyście, z godłem za plecami ogłosić na antenie, również po angielsku. Pieniądze wywołują wielkie emocje, podobnie jak sport. Wzorem pomysłu Żurawlewa może ten chwyci, a informacja pojawi się w serwisach informacyjnych w Amerykach, Azji, Afryce i Australii? Przy okazji – powinien koniecznie zacząć do tego, że jest to „najważniejszy, największy i najbardziej prestiżowy” konkurs na całym świecie. Tonem pewnym, bez zająknięcia, cienia wątpliwości i z uśmiechem na ustach. Niech zapada w pamięć. Potem należałoby się zająć „Wieniawskim”, bo skrzypków ludzie też uwielbiają. Obydwoma trzeba się bezwstydnie i nieustannie chwalić, jak Amerykanie i Rosjanie swoją potęgą. Tego akurat nie mają i to podarowaliśmy ludzkości.
Nagroda jest i tak bodaj największa, choć pozostaje w istocie symboliczna i nie o nią uczestnikom chodzi. Jednak milion przemawia do wyobraźni współczesnym dandysom, krawcom, robotnikom i prezesom korporacji.
Za późno ten tekst. Powinien się ukazać trzy miesiące temu, żeby przypomnieć ludziom, aby oglądali lub nagrywali, jeżeli nie mają czasu śledzić na bieżąco. Kto przegapił – niech szuka; znajdzie. Ostrzegam – konkurs wciąga i trudno się oderwać. O szczegółach chętnie napisałbym pięć stron, ale powiem krótko: poziom był porażający. I przerażający dla uczestników za cztery lata.
Wystarczy? Nie, podnieśmy emocje, poprzeczkę i stawkę.

 

Maciej Stryjecki