fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Meta

race 92193 1280
Apetyt przez stulecia postrzegano jako atrybut zdrowia. Dopiero ostatnie dekady przyniosły odmienne wnioski – otyłość, nadciśnienie, cukrzyca i inne przypadłości wynikają właśnie z obżarstwa. Moda na szczupłą sylwetkę zaczyna jednak przemijać, co sygnalizują reklamy kosmetyków i ubrań, w których coraz częściej widzimy niekoniecznie pięknych dwudziestoletnich. Są jednak dziedziny, w których apetyt, tym razem w przenośni, stanowi konsekwencję „rozwoju”.

Rośnie więc sobie nasz apetyt w miarę jedzenia i pochłania coraz więcej funduszy, powodując konflikty małżeńskie i doprowadzając do satysfakcji pomieszanej z frustracją, a nawet depresją. Podsycają go pisma, jak nasze, oraz kontakty z innymi zarażonymi pasją. Dlatego być może zdziwi Was, że tym razem nie wystąpię w roli jedzera ze skeczu kabaretu Mumio. Przeciwnie, zastanowimy się, gdzie jest koniec pogoni za króliczkiem.
„System docelowy nie istnieje” – powiedzą znawcy tematu. To jednak nie do końca prawda; bardziej diagnoza specjalisty od uzależnień. Z perspektywy blisko czterech dekad własnego doświadczenia i obserwacji innych mogę już śmiało powiedzieć, że da się zbudować system docelowy, przynoszący pełną satysfakcję. Da się to jednak zrobić pod dwoma warunkami. Pierwszy – wyznaczamy próg swojej wydolności finansowej, który może zmienić tylko spektakularny awans albo wygrana w toto-lotka. Budowanie systemu nie powinno trwać wiecznie. Maksymalna perspektywa czasowa to – w moim odczuciu – dwa lata, chociaż lepiej uzbierać fundusze na ten cel wcześniej. I warunek drugi – urządzenia muszą być faktycznie docelowe. Aby to stwierdzić, warto słuchać porad i czytać testy. Nie po to, żeby ślepo za nimi podążać, ale by zawęzić wybór i najzwyczajniej nie zwariować. Później trzeba słuchać sprzętu i porównywać.

Kiedy już wybierzemy wstępnie, wypada zaszaleć i zapoznać się z brzmieniem elementów zdecydowanie przekraczających budżet. Głównie po to, żeby stwierdzić, że tańsze może wygrać w porównaniach. A tym razem nawet powinno. Opinia recenzenta, że coś gra lepiej niż nawet dwukrotnie droższe opcje, nie musi być przesadzona. Za przykład mogą posłużyć moje Audio Physiki Tempo VI. Pod koniec produkcji kosztowały mniej niż 15000 zł. Szukałem następcy przez kilkanaście lat, zakładając, że podwoję, a może nawet potroję tę kwotę i… dopiero niedawno znalazłem głośniki, które kosztują niespełna 50000 zł i grają lepiej pod każdym względem. Tyle że średnio się nadają do testowania elektroniki, ponieważ nie tolerują taniego sprzętu i poniżej pewnego poziomu nie pokazują różnic. CD Gamuta służyło mi jeszcze dłużej, aż wyzionęło ducha i zastąpił je C.E.C. CD 5 (między nami – możecie go traktować jako docelowe źródło, bo nawet na tle trzykrotnie droższych nierzadko błyszczy jak diament).
Budowanie systemu to oczywiście długa i wyboista droga, tym bardziej, że każdy komponent powinien spełnić warunki długowieczności i bezawaryjności.


Powiecie: „ogólniki”? Wcale nie, bo przygotowując ten numer, mieliśmy koncepcję wskazania docelowego elementu systemu, w tym przypadku wzmacniacza. Dlatego trzy testy czekały dość długo, aby się spotkać w jednym numerze. Poprzeczki finansowe na pierwszy rzut oka zostały ustawione wysoko, ale jeśli założymy eksploatację przez 20 lat, zmieni się punkt widzenia. Co do bezawaryjności, w przypadku McIntosha opieram się na ogólnej opinii i własnym doświadczeniu. „Obłożenie” pracą serwisów Aesthetiksa znam, podobnie jak kilkunastu posiadaczy Sphinksa w wersji 1 i 2. Można powiedzieć, że to trzy koronne przykłady słynnego „gniotsa nie łamiotsa”. Wzmacniacze mają ciekawą, nietuzinkową konstrukcję i są wykonane z bardzo dobrych komponentów. Jakość montażu i materiały także zapewnią satysfakcję, a uroda? Oprócz efektownego MA12000 jest przede wszystkim „bezpieczna”. Jak grają? Każdy z nich wybitnie, z założeniem, że im tańszy, tym większy wstyd przynosi droższej konkurencji. No, ale McIntosh to już Rolls-Royce wśród wzmacniaczy zintegrowanych. Poza wybitnym dźwiękiem ma mnóstwo innych atutów.
Wszystkie spełniają warunki docelowych elementów systemu, wobec czego macie typy w trzech segmentach cenowych. Musicie ich tylko posłuchać i dobrać do nich kilku konkurentów na zasadach opisanych wyżej. Wnioski wyciągniecie sami, bo wiadomo: de gustibus…


A skąd tyle testów słuchawek? To już zasługa Mariusza Zwolińskiego, który znalazł dwie docelowe perełki w kategorii „pchełek”. Trudno oczekiwać, że przeżyją 20 lat, bo będą używane w warunkach daleko trudniejszych niż domowe pielesze, jednak na kilka powinny zamknąć temat poszukiwań. Entuzjazmu, z jakim autor mi o nich opowiadał, nie pamiętam od dawna. Grado ostatecznie kupił, a trudno o lepszą rekomendację. Sennheisery podobno na razie trudno upolować, bo zostały wymiecione ze sklepów mimo teoretycznie zaporowej ceny. Czyżby ludzie się na nich poznali?
Skoro o słuchawkach mowa, obiecałem sobie, że wspomnę przy okazji o drobiazgu testowanym w numerze 6/21 – Zorloo Ztella, czyli rozwiązaniu „dylematu dziurki”. Minijack znika z najlepszych smartfonów i tabletów, chociaż właśnie w nich klienci szukają jakości, dźwięku również. Dzięki Ztelli to już nie kłopot.
Dźwięk marzeń to nie film s-f ani raj utracony. Jest w zasięgu ręki. Podobnie jak drink w basenie, pod rozgwieżdżonym niebem, o czym przekonałem się tego lata. Pogoda dopisała, basen wprawdzie był plastikowy, za to gwiazdy prawdziwe, choć na podwórku i nie pod palmą, tylko pod jabłonką. Wystarczyło jednak wrzucić do wody latarkę, by w nocy poczuć się jak w Las Vegas. Tego już nie musicie traktować jako porady, ale może łatwiej się uzbiera na docelowy wzmacniacz?


Maciej Stryjecki