fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Letnie pogawędki

thermometer 4294021 1280
Upał przekraczający 30 stopni w nagrzanym budynku potrafi zagotować zwoje pod czaszką. I jak w takich warunkach napisać coś sensownego?

Na szczęście trafiło nie tylko mnie. W salonach hi-fi ruch jakby trochę zelżał, chociaż akurat tam posiedzieć miło. Dobrą kawę podają, klimatyzacja przynosi ulgę, a i kanapy przeważnie wygodne. Zanim klient się zdecyduje, musi przesłuchać kilka płyt w całości. Później idzie do konkurencji, gdzie sytuacja się powtarza. Rekordziści potrafią zwiedzić kilkanaście placówek, zanim… zawężą listę do kilku typów i powtórzą proces od nowa. Nie zamierzam krytykować podobnego podejścia, bo sprzęt hi-fi ma to do siebie, że nie podlega obiektywnej ocenie, a przynajmniej ta nie ma jedynie słusznych kryteriów. Dodałbym nawet, że o ostatnie prezentacje najlepiej poprosić we własnym domu. I za nie zapłacić, jeśli nie kupimy – z szacunku dla pracy innych. Ostateczny werdykt zależy od efektu w docelowych warunkach i indywidualnych upodobań.

Ale czy na pewno? Nie należy zapominać o tym, że sprzedawca ma na klienta ogromny wpływ. Mistrzowie w tym fachu potrafią opowiadać godzinami niestworzone historie, których cel jest zawsze ten sam: zdyskredytować konkurencję i na tak przygotowanym gruncie zaproponować własne, optymalne rozwiązanie. Mam „telefonicznego” znajomego, który ciężko pracował przez kilka lat i uzbierał kwotę pozwalającą mu wybierać spośród najlepszych wzmacniaczy zintegrowanych. Zawęziłem mu obszar do kilku i wysłałem do salonów, żeby posłuchał. Człowiek miał sprecyzowane preferencje; wiedział, jakiego dźwięku szuka.

Z relacji z kilku wizyt wywnioskowałem, że całkiem zgłupiał. Dwa razy niemal już dokonywał transakcji i to pomimo świadomości, że wzmacniacz gra zupełnie inaczej, niż oczekiwał. Ba, nawet po prezentacji w domu, kiedy już był zachwycony efektem w swoich warunkach akustycznych i we własnym systemie – zmienił zdanie. Po rozmowie ze sprzedawcą.   Perełki, jakie ostatnio słyszałem, to: „Wprawdzie wzmacniacz gra trochę gorzej, ale jest tańszy. Jeżeli za różnicę dokupi pan dobre kable i filtr zasilania, to efekt będzie lepszy, bo się wszystko zsumuje”. Ciekawe – polecamy z pełną świadomością wzmacniacz, który gra nie tak, jak chce klient (niestety, usłyszał i nie da mu się wyperswadować, że białe jest białe). „Wzmacniacz nie może się nagrzewać. Jeżeli jest za gorący, to się będzie wyłączać.

A to całkiem dyskwalifikuje sprzęt, bo nie można w spokoju słuchać. Kupiłby pan odtwarzacz, który przeskakuje?” Interesujące, że mówił to sprzedawca w sklepie high-endowym, na którego półkach stało kilka końcówek mocy pracujących w klasie A. Znakiem tego: wciska kit innym, bo sprzedaje piece, które tak się grzeją, że niekiedy potrafią oparzyć. Prąd to ważna sprawa i wiedzą o tym nie tylko sprzedawcy kondycjonerów. Nie miałem jednak pojęcia, że „Wzmacniacze produkowane na rynek brytyjski mają zupełnie inną wtyczkę sieciową ‘w oryginale’. Jeżeli się ją zmieni, to już nie będzie grało tak, jak napisali w recenzji”. Co ciekawe, wzmacniacz tej wtyczki nie ma, bo montuje się w nim gniazdo IEC i wystarczy zastosować inną sieciówkę. Ale ci recenzenci wcale nie lepsi – przeczytałem na przykład ostatnio, że „słuchawkowa dziurka na froncie bardziej irytowała koniecznością zbadania, niż kusiła przygodą”. Myślę sobie, że frajer ze mnie. Tyle dziurek mi się trafiło, a ja im odpuściłem. Na przyszłość będzie inaczej, bo „przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda”. Trzeba mieć co wspominać na starość.  

Nie wspomnę za to o odkrywcach reguł generalnych, czyli „teorii wszystkiego”. Otóż: „Monobloki zawsze będą lepsze od integry”. A porównujemy urządzenia innych firm, zbudowane całkowicie inaczej, z innych segmentów cenowych. No cóż, kiedyś „czarny sprzęt grał lepiej od srebrnego”, więc może i tutaj zachodzi podobne zjawisko. Bo ostrzeżenie: „W biznesowych portalach pisali, że drewno stolarskie (opałowe pewnie też) podrożało czterokrotnie, więc należy się spodziewać, że meble mocno pójdą w górę” potraktowałbym już poważniej i zastanowił się, czy nie zdecydować się na kolumny teraz, póki są po starych cenach? Ot, takie Legacy. Tam przecież idzie więcej materiału niż na trumnę dla członka Klubu Posiadaczy Kałduna Taktycznego. Klienci też potrafią zaskoczyć. Lockdown wprawdzie branży hi-fi nie zaszkodził; można nawet powiedzieć, że wprost przeciwnie. Zwyczaje jednak się zmieniły i skoro da się zdalnie pracować, edukować i robić zakupy, to dlaczego nie wybierać sprzęt?   O słuchaniu przez telefon już kiedyś pisałem. Co ciekawe, zgłosił się do mnie Czytelnik, który to przeczytał. Pośmiał się nawet, ale następnie rozwinął temat na swój sposób: „Przez telefon generalnie się nie da, ale przez ajfona już lepiej, bo ma dobry dźwięk.

A poza tym można go połączyć z makbukiem, a na nim to już naprawdę dużo słychać”. Faktycznie, jak się podłączy lampę na EL34, a po niej dziarski tranzystor, to różnica jest ewidentna, nawet na makbuku. Skoro tak, to mam pomysł racjonalizatorski. Sklepy mogą nagrywać „odsłuchy” w postaci plików wysokiej rozdzielczości. Oznaczyć jako: McIntosh, Accuphase, Luxman, a później wysyłać e-mailem. Ileż to mniej zachodu. Poza tym, klient decyduje sam, a sprzedawca mu bajek nie opowiada. Tak jest i wygodniej, i uczciwiej. Tylko że jeśli pliki będą z wizją, to może się okazać, że McIntosha już nie trzeba kupować za furę kasy, bo wystarczy ten wirtualny. Gorzej będzie z przysłowiową szklaneczką whisky do wieczornego słuchania. Może w Japonii by to przeszło, ale na pewno nie u nas. W każdym razie – jedno mogę poradzić na pewno. Wstrzymałbym się w tej chwili z zakupem wzmacniaczy w rodzaju VTL-a. Przynajmniej do sierpnia, bo wtedy synoptycy zapowiadają ochłodzenie.


Maciej Stryjecki