fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Stawiamy!

wood working 2385634 1280
Odkąd pamiętam, stawiam swój sprzęt na stolikach StandArt STO. Kilkanaście lat temu nie było chyba nic lepszego, a i dzisiaj dzieło Sylwestra Witkowskiego można uznać za mistrzostwo świata i okolicy. Zwłaszcza w kontekście cen z rynku wtórnego, bo konia z rzędem temu, kto samego „mistrza” znajdzie, a później zmusi do wykonania mebla w przyzwoitym terminie.

STO ma tradycyjny wymiar półki, na jedno urządzenie. Można sobie zbudować „wieżę” do sufitu, ale to ani modne, ani wygodne. W drugiej kwestii mój kręgosłup już się zresztą dawno wypowiedział i każdy test potwierdza dyskomfort przy ustawianiu sprzętu, a następnie tańcu z szablami, to znaczy: kablami. Wygoda to jedno, prezencja – drugie. Wysoki klabzdron, przypominający wieżowie, przytłacza optycznie wszystko w najbliższej okolicy. Jeżeli ozdobą salonu ma pozostać sprzęt, to w porządku, ale jeśli system ma się wkomponować we wnętrze, lepiej będzie, kiedy pozostanie poniżej poziomu wzroku. Na tej wysokości powinien się znaleźć telewizor. Duży i nie tolerujący konkurencji odciągającej uwagę. Owszem, wieszamy go na ścianie, zwłaszcza jeżeli ma 65 i więcej cali. Mniejszy przeważnie ląduje na naszym stoliku. Dolny poziom okazuje się w tej sytuacji wyjątkowo cenny.


Ortodoksyjni audiofile oburzą się zapewne na powyższy opis, bo przecież można mieć pokój tylko do słuchania. Często jednak życie wygląda inaczej, w związku z czym szerokie półki, najlepiej na trzy pełnowymiarowe elementy, opanowują wystawy hi-fi i coraz częściej widzi się je w salonach.
Firmy audiofilskie, wyspecjalizowane w antywibracyjnych cudach, dostrzegły popyt. Egzotyczne forniry, kamienie i inne szlachetne materiały wyglądają pięknie, choć mebel w całości – już niekoniecznie. Paradoksalnie, najdroższe i najlepsze mają nierzadko urok czołgu z okresu I wojny światowej i potrafią zająć tyle miejsca, co stół weselny. Ale niech tam. High-endowe kolubryny o masie tony z kawałkiem kosztują nieraz tyle, co luksusowy samochód, więc trafią do klienta z chałupą jak hotel California (ten z piosenki). Będą obiektem podziwu i zduszą każdą złowrogą wibrację w zarodku.
Nadal audiofilskie, ale już wycenione „dla ludzi” szafki potrafią za to pokazać rozsądek producenta, a zdarza się, że i jego dobry gust: oszczędność formy i elegancję. W dodatku robią swoje. Jednak wspomniany „ludź” musi się pogodzić z wydatkiem rzędu 8000-15000 zł. A to już nie każdy przełknie.


Nie narzekam na cenę, bo niejakie rozeznanie w stolarce i ślusarce mam. Wiem też, że materiały i maszyny kosztują, a dobry fachowiec to teraz biała trufla. Nie wyśmiewam właściwości akustycznych, bo efekt, jaki wnosi dobry stolik, potrafi przebić wymianę kabli na droższe. Te meble są warte swojej ceny, ale nie każdy zechce tyle zapłacić. Wobec tego szukamy taniej i co? Pstro.
Wytrzymałość na obciążenie szerokich blatów spada tak drastycznie, że część wytwórców w ogóle przestaje je oferować. Wzmacniacz o masie 30 kg to nie aż taka znów rzadkość, a przecież sam na półce stać nie będzie. Poza tym musi być zapas, bo co, jak zanurkujemy do przewodów i oprzemy się brzuchem?  W zasadzie przy cenie poniżej 4000-7000 zł pozostają już same „wieże”. Koncepcja aranżacji wnętrza albo pada, albo zmusza do poszukiwań wśród zwykłych firm meblarskich. Sklejkę możemy sobie wybić z głowy, bo nie stosuje jej prawie nikt w tej branży. Płyta wiórowa… już słyszę ten trzask. Pozostaje lite drewno i meble kolonialne albo nowoczesne, na bazie otwartych ram.
Dwie grube dechy, najlepiej 4-5 cm, też swoje kosztują, w okolicach 2,5-4 tysięcy, o ile drewno ma zachwycać rysunkiem słojów. Tu pojawi się drugi zgryz, czyli odległość pomiędzy blatami. Dobry sprzęt bywa duży, a i wypada pozostawić ździebko luzu nad wzmacniaczem dla wentylacji. Nerwowe poszukiwania w internecie prowadzą do wniosku, że do wyboru pozostają trzy opcje na krzyż. W dodatku nie da się ich obejrzeć na żywo przed zakupem.


A co z całkiem już zwykłymi szafkami RTV? Też bywają efektowne i zrobione z solidnych dębowych desek. Jest w nich sporo miejsca na TV, ale na „R” już nie. Jakieś szparki na dekodery lub inne typowe naleśniki. Projekt zakłada za to szuflady i podobne schowki. I trudno się dziwić, bo sam mebel wygląda przez to lepiej i jest zgodny z kobiecym wyobrażeniem o porządku w domu. Do szuflad można wepchnąć wszystko (do tej „dla faceta” śrubokręty razem z okularami, dokumentami, haczykami na ryby i kolekcją noży surwiwalowych z damastu), oby nic się nie walało na wierzchu.
Zresztą, co ja tam o stoliku na sprzętowe fanaberie. Spróbujcie kupić gotowy regał na winyle albo płyty CD. Pomijając najtańsze słupki lub biblioteczki z płyty wiórowej pokrytej drewnopodobną ceratą – opcji brak. Z litego drewna znajdą się regały i witryny, ale rozstaw półek… Owszem, można wziąć do ręki wiertarkę i zmieniać rzeczywistość, tylko nie ma skąd wziąć takiej samej deski.
Powiecie: meble na miarę. Obecnie stolarze proponują terminy półroczne na początku rozmowy. A jak słyszą, że nie chodzi o dwie szafy wnękowe i komplet mebli kuchennych, to mszczą się wyceną za to, że ktoś im zawraca głowę takimi pierdołami.
Po co to piszę? To źle zadane pytanie. Właściwe brzmi: do kogo. Do osoby, która znajdzie po lekturze wąską, ale kuszącą niszę. Nie każdy stolik pod sprzęt musi ewidentnie poprawiać brzmienie systemu. Ale jeżeli będzie solidny, funkcjonalny i efektowny, a do tego dojdzie opcja choćby częściowego dopasowania projektu (niechby to był tylko odstęp pomiędzy półkami), a całość zamknie się w cenie kolonialnego konkurenta z Indii, to wiele osób powinno się skusić. A może nawet odetchnąć z ulgą?
Maciej Stryjecki