fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Zemsta nietoperza

bat 995210 1920Trzydzieści lat temu w dobrym tonie było obśmiać osoby „słyszące kable” i kupujące wzmacniacze lampowe. Przynajmniej taki kierunek obrały media głównego nurtu. Przez ten czas zaszły jednak głębokie zmiany. Publikatory zmieniły front i teraz wspomną czasem o szlachetnej pasji. Czyżby społeczeństwo się wyedukowało?


Można powiedzieć, że tak, chociaż bardziej mi pasuje, że znormalniało. Pozbyło się psychozy i nabrało tolerancji. Skoro kogoś coś interesuje, to jego sprawa, a skoro słyszy, to może faktycznie wie albo odbiera uchem więcej? Kiedyś takiego człowieka się stygmatyzowało, a tzw. „większość” najchętniej wysłałaby go na leczenie psychiatryczne. Obecnie mało kogo to już dziwi. Paradoksalnie, „większość” stała się przyjazna naszemu hobby. Pozostała natomiast „mniejszość”, która postanowiła społeczeństwo reedukować. Tak zwani eksperci przejęli misję wyśmiewania tych, którzy „słyszą kable”. Hak im w smak, miało być nie o tym.
Złote uszy, słuch absolutny, słuch nietoperza – mnóstwo tu stereotypów, a mało kto wie, co w trawie piszczy. Wybitne cechy przypisuje się zdolnościom albo wykształceniu. W sumie racja, bo wrażliwości na barwę nabywa się stopniowo. Na zasadzie: „Jak coś raz usłyszysz, będziesz to rozpoznawać zawsze”.  Ucho ćwiczymy, jeżeli jesteśmy w stanie zapewnić mu gradację bodźców, czyli coraz lepszy dźwięk, a więc i sprzęt; czytaj: będziesz miał wydatki. Przykro to przyznać, ale audiofilskie hobby zaprzecza sprawiedliwości społecznej i wielu osób na nie po prostu nie stać. A to wywołuje rewolucyjne nastroje. Łatwiej powiedzieć: „To biedni ludzie, oszukani przez cwaniaków” niż: „Ja tego nie słyszę, więc się nie wypowiem”. Co to, to nie, bo wypowiedzieć się każdy lubi, choćby ustami „autorytetu”. A kto ma większy niż muzycy? I miało być właśnie o tym.


Ucho muzyka nie jest w niczym lepsze. Przeważnie gorsze, bo lata pracy na scenie, w kanale orkiestrowym, tysiące godzin w ćwiczeniówce nie pozostają bez konsekwencji. Stąd bierze się problem nastawienia na inne priorytety. Wysokość dźwięku decyduje o tym, czy skrzypek gra czysto, a wokalista czysto śpiewa. „Czysto” oznacza, że każdy dźwięk ma konkretną częstotliwość. Dobry muzyk złapie i pół herca skuchy; będzie mu zgrzytać i krzywić twarz jak po cytrynie. Nieszkolony człowiek tego nie zauważy, chociaż spokojnie może „słyszeć kable”. Instrumentaliści zwracają uwagę na warsztat wykonawcy – technikę, artykulację itp. Każdy instrument to inny zestaw wymagań, ale pozostaje też wiele punktów wspólnych. Dobry pianista rozpozna dobrego skrzypka, a ten trębacza. Technika to jedno, ale jest jeszcze drugie – wrażliwość muzyczna. Mieści się bliżej barwy, choć nadal w innych realiach. Frazowanie, operowanie dynamiką, brzmieniem (a jednak!) własnego instrumentu, kształtowanie przebiegu napięcia – znajdziemy tu punkty wspólne chociażby z grą aktora. To muzyk ma słyszeć, a jeśli potrafi – powtórzyć lub zaplanować po swojemu. Im bardziej precyzyjnie, tym większa klasa wykonawcy.
Kolejna platforma słuchu muzycznego to wyłowienie architektury, konstrukcji. Wynika już z czystej wiedzy teoretycznej. Tu mamy ogromne zagęszczenie mniejszych płaszczyzn. Na przykład muzyka polifoniczna to zespół żelaznych reguł, w dwóch kolejnych podzbiorach: kontrapunktu i budowy konkretnej formy. Kontrapunkt określa, dokąd dana linia powinna podążać. Jaki dźwięk następuje po jakim, patrząc linearnie. Chociaż trzeba też horyzontalnie, bo z tego wynikają współbrzmienia (funkcje). Jedne pożądane, inne niedozwolone. Tego nieszkolone ucho nie rozpozna. Szkolone zostanie ukłute przykrym bodźcem. Inna sprawa, że reguły zwykle dążą do efektów najbardziej strawnych dla ucha. Reguła określa na przykład, jak została użyta pojedyncza cegła, czyli temat. Gdzie ją postawić na nogach, gdzie na głowie, a gdzie obrócić bokiem. Ile razy, ile użyć zaprawy itp. To wszystko nie toleruje przypadku. Budowa sonaty, symfonii, scherza, czyli form klasycznych i późniejszych, także bazuje na zestawie reguł, które muzyk musi znać, żeby zagrać z sensem.


Słuch muzyka nie jest rozwijany spontanicznie. Kształtuje się go na lekcjach. Pierwszy z brzegu przedmiot, czyli kształcenie słuchu, polega na uwrażliwieniu „częstotliwościowym”, a więc rozpoznawaniu wysokości pojedynczych dźwięków i relacji między wieloma; interwałów (sekunda, tercja, kwarta) w ujęciu linearnym, wertykalnym, w różnej ilości i kombinacji. A także zapamiętaniu tego wszystkiego i zapisaniu na papierze.
Kolejne przedmioty to harmonia i kontrapunkt. Tu się poznaje reguły. Słucha setek utworów, wskazując ich zastosowanie, rozpoznając techniki, wskazując miejsca, gdzie i jak zostały użyte. Później samemu się próbuje realizować wytyczne w praktyce. Formy muzyczne to pokrewny przedmiot, w którym też się w kółko analizuje – gdzie jest cegiełka i jak ułożona. Patrzymy na to nie z perspektywy konkretnego instrumentu, tylko abstraktu, czyli zapisu w partyturze. Staramy się wręcz od brzmienia oderwać. Słuchanie z patrzeniem w partyturę jest zresztą konieczne, bo słysząc, należy widzieć zapis, a widząc – słyszeć jego efekt. Najlepiej mając do czynienia tylko z jednym i w jednym celu: rozebrania w głowie muzyki na czynniki pierwsze i rozpoznania zależności pomiędzy nimi. Wrażliwości muzycznej nabiera się już na lekcjach gry na instrumencie. Dobry nauczyciel pokazuje, co i jak. Gdzie szukać przykładów, chociaż nie tylko… Jest jeszcze literatura muzyczna. Wprawdzie na tych zajęciach uczymy się rozpoznawać utwory, ale też i kompozytorów, czyli musimy poznać ich styl. Uczeń może pomylić Haydna z Mozartem, ale już nie z Beethovenem.
Muzyk ma do roboty coś więcej niż usłyszenie skrzypnięć krzeseł i stukania klapek. Jego uwaga kieruje się tam, gdzie była w trakcie wieloletniego treningu. Aparat analizy włącza się automatycznie; jest niemożliwy do odcięcia. Z jednej strony, to bogactwo; z drugiej – przekleństwo.
I uwierzcie mi, do tego wszystkiego naprawdę wystarczy radyjko kuchenne. Inna sprawa, że na lepszym sprzęcie powinno być dużo łatwiej. A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście operatorem kamery albo scenografem i oglądacie „Grę o tron”. Albo aktorem i właśnie słuchacie audiobooka ze świetnym lektorem. Będzie inaczej? Na pewno, ale gruntownie wykształcony muzyk ma najbardziej przerąbane.
Maciej Stryjecki