fbpx

HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Wiosna

pretty woman 1509956 1280Są dwie wersje tej piosenki. Szybsza się przyjęła i zrobiła z kompozycji Skaldów megahit. Chyba słusznie, bo melodia gładziej płynie, dostajemy jej siłę w skondensowanej formie, a resztę w sporym uproszczeniu, żeby głośnik z radyjka dał radę. Ja jednak wolę tę wolniejszą, bo słychać wszystko.




Na przykład to, że przebój oparto na groovie. Zamiast małego chórku jest mieszany, z podręcznikową harmonią. Tak oczywistą, że podświadomie czekamy na rozwiązanie dominanty i kiedy wreszcie nadchodzi, czujemy, jakbyśmy polizali loda, którego dotąd tylko oglądaliśmy. Słychać też kilka planów. Rytmicznych, harmonicznych, instrumentalnych, a wszystko ugotowane na trzy gwiazdki Michelina. Razem: kompozycja, której nie powstydziłby się Mozart, w aranżu godnym Chicago czy Earth, Wind & Fire. Tak sobie myślałem, jadąc na majówkę. Krajobraz za boczną szybą uciekał do tyłu. Nudny, choć – z drugiej strony – wart uwagi: wielka budowa trasy lubelskiej. Skala robót ogromna, więc prowadzenie to męka. Wystarczy jeden maruder, traktor czy koparka i wleczemy się 20 na godzinę. Pozostaje pomarzyć, jak to będziemy mknąć za dwa, trzy lata; w przyszłości. W takiej sytuacji nie ma jak radio. Ono też potrafi dać w kość, bo niewiele stacji ma wystarczająco mocny sygnał, żeby można było wysłuchać dłuższej audycji. Wkręcisz się człowieku i masz… Przerzuca cię na jakieś badziewie. Najlepszą opcją jest chyba Jedynka Polskiego Radia. Zasięg nie sprawia niespodzianek i można słuchać nawet i cztery godziny. No to słucham. Program wypełniają tylko polskie piosenki. Czy tak jest zawsze? Nie wiem – za mało czasu spędzam w samochodzie. Nie wygląda to mi jednak na blok tematyczny, więc można założyć, że profil rozgłośni uległ gruntownej zmianie. To jasne, że znajdą się ludzie, którzy stwierdzą, że to źle, bo brakuje Madonny i Britney Spears. Nie przejmowałbym się tym jednak szczególnie. Jest mnóstwo innych stacji, w których grają zagraniczne przeboje. Ja w każdym razie się ucieszyłem, bo nadrobiłem trochę zaległości. Inna rzecz, że wśród nowości nic mnie nie skłoniło do przytupywania. Może i lepiej, zwłaszcza że hamulec pod stopą, a terenówka siedzi na tylnym zderzaku. Przemyślenia mam raczej obiektywne. Żadne tam odkrycie: kiedyś było lepiej.

 

Co do polskiej zawartości,
to przypomniało mi się,
że kiedy jechałem przez Słowację, słyszałem słowackie piosenki.
W Czechach czeskie,
na Litwie litewskie,
a w Rumunii – rumuńskie.
Tak samo w Niemczech
i we Francji.
A więc to norma.

I dobrze, niech sobie twórcy zarobią. Może zastrzyk kapitału pozwoli na lepsze produkcje, a większy popyt w mediach stworzy motywację. I wreszcie pojawi się zespół z prawdziwego zdarzenia, który wzniesie się na poziom sztuki, a nie klezmerki. To z kraju, a co ze świata? Po raz pierwszy od kilku lat zmusiłem się do obejrzenia Eurowizji. Nigdy mnie ta impreza specjalnie nie interesowała, co skutecznie podtrzymywały opinie ze wszystkich stron. Tu też nie odkryję Ameryki, pisząc, że ludzie mają rację. Może to nie do końca słabizna, bo oprawa wizualna jest imponująca. Widać ogromny budżet i profesjonalizm scenografów, oświetleniowców, dźwiękowców i setek innych ludzi zza kulis. Wykonawcy są przygotowani, kostiumy piękne, oprawa choreo-graficzna nieraz świetna, tylko… piosenki przelatują jak nudny wykład z socjologii. Zastanawiam się, czy to prawda, że już wszystko powiedziano, zaśpiewano i namalowano. Że nie da się skomponować chwytliwej melodii lub refrenu, który podniesie z krzeseł. Co innego aranże – tu często słychać wspomniany profesjonalizm muzyków. Ale co z tego, kiedy pracują na, powiedzmy sobie szczerze, gniocie. Złapałem się nawet na myśli, że lepszą inwencję melodyczną mają niekiedy „wyklęci” discopolowcy. Tyle że im z kolei brakuje umiejętności, żeby piosenkę doszlifować interesującym aranżem, nie wspominając o umiejętnościach czysto wykonawczych. Ale przynajmniej ludzie potrafią zaśpiewać refren, choć czują obciachowość tekstu. Jeżeli uznać Eurowizję za reprezentatywną próbkę, to można stwierdzić, że w wielkim świecie panuje twórcza pustka. Przeważnie wygląda to tak: piękna kobieta, gustownie ubrana, wspaniałe światła, a do uszu dociera dyskoteka sprzed 20 lat. W kiepskim stylu, choć i w tym gatunku zdarzały się przeboje, które porwały świat. W tej masie artyści próbują się wyróżnić czymkolwiek. Ot, chociażby reprezentantka Estonii – piękny operowy głos. Wyszkolony, z szeroką skalą i nienaganną intonacją. I ta suknia – jak z bajki. Ale to też już było. Pavarotti śpiewał ze Stingiem, Andrea Bocelli sięgał po evergreeny. I nawet jeśli znajdzie się wykonawca lepszy od nich wszystkich, to publiczności nie będzie interesowało, jak śpiewa, tylko co. I tu jest największy problem. Mam wrażenie, że trwa wyścig gwiazdorów. Kto jest bardziej kontrowersyjny, kto ładniejszy, czy ma w gardle oktawę więcej niż Violetta Villas. Wszyscy natomiast zapomnieli o muzyce, z muzykami włącznie. Niemoc „kompozycyjna” dotyczy nie tylko popu. Sięgnijmy do jazzu, którym podobno Polska stoi. Tak, wiem. Mamy wspaniałych pianistów, saksofonistów, gitarzystów. Tworzą autorskie projekty, wypełniają sale po brzegi. Zapewne dziesięć nazwisk wymienicie jednym tchem, ale wskażcie mi jedną kompozycję, która ma szanse stać się standardem, granym za 50 lat po drugiej stronie globu. Majówka się skończyła, Eurowizję obejrzałem już po powrocie. Nie szykuje się więc żadne ognisko ani inna atrakcja na poprawę samopoczucia. Na szczęście, zawsze można sięgnąć po starsze płyty i odkryć coś na nowo. Zwłaszcza, jak się trafią wybitne kolumny, a takie właśnie do mnie przyjechały.

 

Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 05/2018

Pobierz ten artykuł jako PDF