fbpx

HFM

artykulylista3

 

High-End Monachium 2010

14-28 06 2010 01Tegoroczna edycja High-Endu była 29. w historii tej największej w Europie wystawy sprzętu grającego. Nikt nie ma wątpliwości, że strategia organizatorów, polegająca na ustawieniu się w opozycji do berlińskiej IF-y, była słuszna. IFA jest masowa, High-End – wyspecjalizowany, z nutką elitarności. Odkąd w Berlinie pojawiły się lodówki i opiekacze do kanapek, tylko najwytrwalsi audiofile wyruszają tam na poszukiwanie dobrego dźwięku. Reszta przeprogramowała nawigacje w samochodach na Monachium i wygląda na to, że tak już zostanie.

 

Jak co roku – pierwszy dzień był branżowy, pozostałe – otwarte dla publiczności. Organizatorzy zachęcają do zwiedzania całymi rodzinami, oferując wejściówkę 2 plus 3 w cenie 20 euro. Bilet dla jednej osoby kosztuje 10 euro za dzień. Nie przewidziano karnetów na całość.
W czwartkowe południe organizowana jest konferencja prasowa, która w lwiej części składa się z omówienia rosnącej rangi imprezy oraz zainteresowania klientów biznesowych i audiofilów.


Zapewnienia znajdują potwierdzenie w statystykach, weryfikowanych przez niezależną organizację zajmującą się badaniem imprez handlowych. High-End 2010 odwiedziło 14869 osób, z czego 3849 związanych z branżą. Liczba ta nie obejmuje 258 wystawców wraz z zatrudnionym przez nich personelem oraz 446 akredytowanych dziennikarzy.
Publiczność stawiła się liczniej niż przed rokiem, choć w piątek nie było tego widać. Ziąb i deszcz za oknem nie skłania do wycieczek i kto mógł, wolał wracać z pracy prosto do domu. Poza tym nie można było liczyć na pracowników sektora bankowego, którzy wolne mieli dopiero za tydzień. Organizatorzy High-Endu zdecydowali się przyspieszyć tegoroczną edycję, żeby uniknąć nakładania się z kościelnymi spotkaniami ekumenicznymi. Skala obu wydarzeń łącznie mogłaby spowodować windowanie cen biletów lotniczych i pokoi hotelowych, nie wspominając o korkach.
Sobota i niedziela przyniosły poprawę pogody i skokowy wzrost liczby sprzedanych biletów. Podobno w sobotę w M.O.C.-u zrobiło się naprawdę tłoczno. W porównaniu z poprzednim rokiem przyszło o 40 % więcej zwiedzających.
Wątkiem ciekawszym niż ranga wystawy było omówienie badań nad niemieckim rynkiem audio, zleconych firmie TNS przez High-End Society. Wywiad, przeprowadzony 19 i 20 lutego 2010 na grupie 1001 osób, miał pomóc zrozumieć, jak przeciętny Niemiec podchodzi do sprzętu grającego i jaką rolę pełni on w jego życiu.
Okazuje się, że średni wiek systemu stereo użytkowanego za Odrą jest porównywalny z leciwością samochodu eksploatowanego nad Wisłą i wynosi 10 lat. Blisko 16 % naszych sąsiadów zadeklarowało, że ich sprzęt ma 11-19 lat, a 13 % że jest starszy niż 20 lat. Konfiguracje nowe stoją w 7,6 % niemieckich domów, a świeże – od 2 do 5 lat – w blisko 20 % gospodarstw. Prawie 11 % Niemców nie ma w ogóle sprzętu stereo. Jak oni żyją?

14-28 06 2010 02     14-28 06 2010 03

Optymistyczne wnioski płyną z odpowiedzi na drugie pytanie: jaka jest najważniejsza cecha systemu stereo? Aż 63 % odpowiedziało, że jakość dźwięku. Na drugim miejscu znalazła się długowieczność (29 %), a dopiero na trzecim – 5 % – wygląd. W tym momencie można się zacząć zastanawiać, czy aby grupa naprawdę była reprezentatywna, czy raczej dobrana do potrzeb zamawiającego badanie. Zaledwie 5 % wskazało wygląd, a 63 % jakość dźwięku?! Jeśli tak, to mamy do czynienia ze społeczeństwem bezkompromisowych koneserów i audiofilskich purystów, a firmy stawiające na efektowny design – błądzą. Nasuwa się wniosek, że sprzęt może być paskudny jak, nie przymierzając, Wavac (kto widział, ten wie), ale jeżeli będzie dobrze grał – jest skazany na sukces. Za piękne, żeby było prawdziwe, ale słupki w prezentacji wyglądają ładnie. Jest też inne wytłumaczenie: może wygląd sprzętu na tyle się poprawił, że jego uroda zaczyna być już traktowana jako coś oczywistego. Niewykluczone. Ale nawet jeśli nie i wyniki badań rzeczywiście podrasowano, to odsetek ludzi zwracających uwagę na jakość dźwięku nadal pozostaje niebagatelny. I oby ich przybywało, bo hi-fi to ciekawe i rozwijające hobby.
Subiektywnych refleksji wyniesionych ze zwiedzania wystawy mam kilka.
Po pierwsze, mało nowości. Branża się okopała i czeka. Kumuluje gotówkę i ogranicza wydatki na badania i rozwój. Tak to wygląda. Nowe produkty oczywiście się pojawiają, ale na pewno nie można mówić o ich zalewie. Można natomiast zaryzykować stwierdzenie, że jeżeli ktoś już pokazuje coś nowego, to stara się zaoferować dobrą wartość w przystępnej cenie, nierzadko nawet wchodząc w niższy segment cenowy. Budżetowa linia Krella, nowa marka Argentum, „tanie” podłogówki YG czy podstawowy gramofon Montegiro to kilka przykładów z brzegu. Widać nieśmiałą tendencję, by odchodzić od urządzeń przeznaczonych dla garstki wybranych i wracać do uczciwych wycen i rzetelnego rzemiosła. Nie róbmy sobie złudzeń, że rozpoczyna się rewolucja, która obejmie całą branżę, ale faktem pozostaje, że marki przyzwyczajone do życia ze „złotych strzałów” mogą się już zacząć niepokoić tym ukłonem w stronę mniej zamożnych odbiorców.
Po drugie, pies z kulawą nogą nie traktuje poważnie Blu-raya jako źródła wysokiej klasy dźwięku. Gdzie nie spojrzeć: gramofony, odtwarzacze CD/SACD, względnie „serwery”. Ale żeby ktoś grał z Blu-raya? Nie ma mowy. Może to jeszcze nie czas? Ale jeżeli nie teraz, to kiedy? Zdanie zespołu redakcyjnego od dawna pozostaje w tej kwestii niezmienne i wygląda na to, że znów się nie pomylimy. Nie wierzyliśmy w komercyjny sukces DVD-Audio i nie wierzymy w Blu-ray, który przejmie rolę CD. Nic takiego się nie stanie.

14-28 06 2010 04     14-28 06 2010 05

Po trzecie, brak części wielkich marek, by wymienić Accuphase’a, Avalona, B&W czy Wilsona (ten ostatni wynajął pokój w dość odległym hotelu Renaissance, więc się nie liczy), skłaniał, by skierować uwagę na te mniej znane, przyzwyczajone do życia w cieniu. Paradoksalnie bardzo mnie ten fakt ucieszył. Poznałem kilka firm, porozmawiałem z nowymi ludźmi i dowiedziałem się ciekawych rzeczy. Absencja sław sprawia, że zaczynamy szukać głębiej, a to rozwija i pozwala wyjrzeć poza zaklęty krąg wciąż tego samego. Takie doświadczenie rozszerza horyzonty i umożliwia porzucenie perspektywy inżyniera Mamonia, któremu się podoba tylko to, co zna. Miła odmiana.
I wreszcie po czwarte, jakość dźwięku. Pierwszy dzień bywa trudny, ale drugiego słychać już więcej. Dwa-trzy systemy spodobały mi się bardzo. Kilka innych uznałem za co najmniej poprawne. Zdarzyło się kilka dziwnych, zupełnie nie w moim guście, ale pewne cechy ich dźwięku się broniły. Obiektywnie złego dźwięku nie stwierdziłem. Wygląda na to, że wystawcy oswoili nowe miejsce. Prawdopodobieństwo, że słuchacz odwiedzający wystawę wyjdzie z niej zniesmaczony – dąży do zera. Zawsze będą lepsze i gorsze momenty, ale kiedy udaje się uniknąć oczywistych wpadek – można się cieszyć.
A teraz już przechodzimy do opisu wybranych systemów i urządzeń. Jest spora szansa, że o części z nich przeczytacie na naszych łamach po raz pierwszy.
Ciekawie wypadła prezentacja Progressive Audio. Ta nieznana u nas niemiecka firma działa od 1994 roku (pierwsze produkty ujrzały światło dzienne trzy lata później). Wygląda na to, że nieźle sobie radzi na zmieniającym się dynamicznie rynku hi-fi. Cała produkcja odbywa się pod jednym dachem w Essen. Firmą kieruje Ralf Koenen, z którym miałem okazję chwilę porozmawiać. Przygotowany przez niego system składał się z kolumn Transformer, wzmacniacza A1 MkII i odtwarzacza CD2.
Integra oddaje 60 W na kanał przy obciążeniu 4 Ω. Zbalansowany układ dual mono pracuje w czystej klasie A w pełnym zakresie mocy. Konstruktor nie zastosował globalnej pętli sprzężenia zwrotnego, ponieważ jego zdaniem powoduje ona, że dźwięk jest, owszem, dokładny, ale pozbawiony życia. Wzmacniacz przystosowano do pracy z dowolnym obciążeniem, co należy rozumieć dosłownie. A1 MkII pozostaje stabilny nawet przy spadku impedancji do 1 oma! Niestraszne mu też kable i zwrotnice kolumnowe charakteryzujące się wysoką pojemnością. Konstruktor deklaruje, że jego wzmacniacz to nic innego jak pompa prądu. Dostarcza go tyle, ile w danych warunkach potrzeba, bez ograniczeń. Pasmo przenoszenia wynosi 1 Hz – 1 MHz, a cena – 9700 euro. Przewidziany do kompletu odtwarzacz CD2 wyceniono na 10500 euro. Jego stopień analogowy również pracuje w klasie A. Napęd ładujemy od góry, przy czym pokrywa stabilizująca płytę jest sterowana silnikiem. Mechanizm działa płynnie i podkreśla ekskluzywny charakter urządzenia.

14-28 06 2010 06     14-28 06 2010 07

Kolumny wykonano w oparciu o dwa przetworniki Accutona i wysokotonową kopułkę Focala. Ralf Koenen podkreśla, że obudowę robi się z akrylu. Dzięki temu skrzynie pozostają akustycznie martwe, a jedynym elementem wytwarzającym dźwięk są głośniki. Jeżeli chodzi o te ostatnie, to bas w Transformerach reprodukuje najnowszy Accuton o średnicy 28 cm. Poziom zniekształceń w porównaniu z innymi driverami obniżono w nim o 10 %, co powoduje, że niskie składowe mają być jeszcze czystsze i wolne od podbarwień. Taki właśnie był dźwięk na wystawie. Klarowny, bogaty w szczegóły, ale nie zimny. Z dobrą kontrolą, ale bez ograniczenia swobody. Ceramiczne membrany potrafią dać w kość, a ich nieumiejętne użycie albo zła konfiguracja systemu dają nierzadko efekt przeciwny do zamierzonego. Czystość przeradza się w kliniczność, a kontrola w odfiltrowanie niskich składowych. System Progressive Audio nie cierpiał na żadną z tych przypadłości. Niewykluczone, że zadziałała zasada, żeby chłodno brzmiące kolumny rozgrzać gorącym piecem w klasie A.
Na produkcję wszystkich elementów pod jednym dachem postawiło także Argento. Duńska manufaktura działa od piętnastu lat i specjalizuje się w wytwarzaniu wysokiej klasy okablowania. Ulrik Madsen dołączył do firmy w roku 2000, a przed sześcioma laty stał się jej jedynym właścicielem. Wtedy też rozpoczęto prace nad konstrukcjami, które Argento oferuje obecnie.
We wszystkich modelach Duńczycy stosują srebrne przewodniki oraz wtyczki opracowane i produkowane własnym sumptem. Nie kupują na zewnątrz żadnego typu złącz, wychodząc z założenia, że tylko autorskie opracowania będą pasowały do projektowanych od podstaw kabli. Ważny jest także fakt, że wszystkie elementy przewodzące są wykonane z czystego srebra, a system łączenia ich z przewodnikami został przez firmę opatentowany w Danii i oczekuje na patent w USA.
Dielektryk to również autorskie rozwiązanie, określane jako VDM. To skrót od angielskiego Vibration Damping Material – kompozytu wtryskiwanego do kabli pod ciśnieniem i w podwyższonej temperaturze. W warunkach pokojowych materiał jest elastyczny i nieaktywny akustycznie, dzięki czemu tłumi wibracje, które mogłyby działać na przewodnik i powodować efekt mikrofonowy. Ma także właściwości antystatyczne, co różni go od tworzyw sztucznych powszechnie stosowanych w przemyśle kablarskim. Gromadzące się na izolacji ładunki elektrostatyczne negatywnie wpływają na przesył sygnału. Zdaniem Madsena VDM pozwala tego uniknąć i uzyskać prawdziwą ciszę w muzyce.
Niedawno firma powołała nową markę – Organic Audio – pod którą będą sprzedawane tańsze produkty. Wiele wykorzystanych w nich pomysłów ma pochodzić z drugiej linii Argento, z tą różnicą, że w roli przewodnika srebro zastąpi miedź. Wtyki nadal będą mocowane bez użycia cyny, a do izolacji firma chce używać powietrza. Włókna będą tylko utrzymywały prawidłową geometrię przewodnika. Na wystawie prezentowano pierwsze egzemplarze łączówek Organic Audio. Ceny rzeczywiście nie szokują. Konfekcjonowany fabrycznie interkonekt RCA będzie w detalu kosztował 550 E, a XLR – 600 E. Dla porównania: oferta Argento zaczyna się od około 1200 E, a kończy na 6-7 tysiącach za metrowy odcinek. Kable głośnikowe Organic nie są jeszcze dostępne, ale również należy oczekiwać stosunkowo przystępnych cen. W Argento ceny dwumetrowej pary zaczynają się od 2800 E, a kończą na 30-40 tysiącach. W tym roku firma rozpocznie także produkcję gniazd przyłączeniowych, przeznaczonych do montażu na tylnych ściankach urządzeń. Najpierw jej srebrne gniazda zobaczymy w komponentach Tidala i ASR-a. Niewykluczone, że później pojawią się także w produktach innych firm. Największe rynki zbytu dla Argento to USA, Chiny, Korea Południowa i Hong Kong, a w Europie – Grecja.
Z tego ostatniego kraju pochodzi Ypsilon – intrygująca high-endowa marka, kierująca swą ofertę do wyjątkowo zamożnych audiofilów. Zwiedzając wystawę, warto zwracać uwagę na sprzęt, który pojawia się na kilku prezentacjach. Może to być znak, że jego walory docenił nie tylko dystrybutor, ale także inni wystawcy, nie zainteresowani bezpośrednio sprzedażą. Jeżeli sięgają po „obce” urządzenia, to prawdopodobnie dlatego, że dobrze brzmią.
Ypsilona można było zobaczyć w dwóch lub trzech miejscach. Firma produkuje zaledwie kilka urządzeń, ale sądząc po uznaniu, jakim się cieszą, zna się na swojej robocie. Katalog obejmuje odtwarzacz CD, DAC, przedwzmacniacz liniowy i korekcyjny, transformatory dopasowujące do wkładek MC, symetryzator sygnału oraz monobloki. Niby nic nadzwyczajnego, ale np. odtwarzacz CDT-100 jest układem ładowanym od góry, wyposażonym w transport Philips CD-Pro II oraz autorską sekcję przetwornika c/a. Nie zastosowano w nim oversamplingu, a sądząc po dość wysokiej impedancji wyjściowej (2,5 kΩ), w stopniu wyjściowym pracuje lampa. Dzięki aluminiowej obudowie oraz wspornikom odtwarzacz cechuje się solidną konstrukcją mechaniczną i może pełnić także rolę transportu CD.
Wtedy sygnał cyfrowy wyprowadzimy ze standardowego wyjścia SPDiF albo skorzystamy z transmisji prądowej w ramach 5-pinowego interfejsu Ypsilona. W drugim przypadku kompatybilnym konwerterem będzie dedykowany DAC-100 ze stosownym wejściem. Preamp PST-100 występuje w dwóch odmianach. „TA” jest pasywna – wzmocnienie wynosi 1 – ale wyposażono ją w transformatorowy system regulacji głośności. W wersji „MkII” dochodzi aktywny stopień wzmacniający (x 7, 17 dB), a użytkownik może wybrać, czy w danej konfiguracji i repertuarze bardziej odpowiada mu brzmienie wersji pasywnej czy z aktywnym wzmocnieniem.

14-28 06 2010 08

Phono stage VPS-100 (sklasyfikowany przez „Stereophile’a” w kategorii A+) ma wbudowany transformator dla sygnału MC i autorski układ korekcji RIAA. Firma oferuje też gamę czterech transformatorów „step up”, przeznaczonych do wkładek MC o różnym poziomie napięcia wyjściowego.
Ukoronowaniem oferty są monobloki – hybrydowe SET-100 o mocy 120 W/8 Ω i czysto lampowe SET 100VS, oddające 40 W/8 Ω. Wyboru jednej z wersji dokonujemy w zależności od posiadanych głośników.
Przed tym dylematem staną jednak tylko najbardziej zamożni audiofile, bowiem zakup pary takich wzmacniaczy to wydatek rzędu 72000 euro. A to dopiero początek, o ile spodobał nam się prezentowany na wystawie system.
Grecka elektronika współpracowała w nim z egzotycznymi kolumnami Cessaro Beta 1. Zestaw składał się z dwóch pełnowymiarowych trójdrożnych satelitów oraz dwóch subwooferów. Efektywność mocowa wynosiła w tym przypadku 105 dB, a impedancja 8 Ω. Maksymalne ciśnienie akustyczne: 124 dB. Z wysterowaniem tak skutecznych kolumn poradzi sobie nawet mała trioda single-ended, jednak dyskusje na temat wrażeń odsłuchowych pozostaną przywilejem wąskiej grupy odbiorców. Beta 1 to druga od góry pozycja w katalogu Cessaro, a wyceniono ją na 140000 euro. O szczytową Gammę I nawet nie spytałem, ale przypuszczalnie musiałbym na nią zaciągnąć 50-letni kredyt hipoteczny. Niemcy przekonują, że oferują prawdziwie luksusowy towar, wykonany z dbałością o szczegóły. Trudno z tym dyskutować, ponieważ tuby wytwarzane są ręcznie z wielokrotnie polerowanej i lakierowanej sklejki brzozowej. To odmienne podejście niż np. w Avantgarde Acoustic, która używa tworzyw sztucznych. Przetworniki pochodzą albo z japońskiej wytwórni TAD albo są wytwarzane ręcznie przez specjalistyczne warsztaty i wyposażone w papierowe membrany i tradycyjne magnesy Alnico (glin, nikiel, kobalt). Modułowa koncepcja sprawia, że wraz z rosnącym apetytem na brzmienie i przypływami gotówki można upgrade’ować głośniki do coraz wyższych specyfikacji. Z Alphy I można przejść na Betę I, a dalej na Gammę I. Ta ostatnia schodzi z basem do 28 Hz i potrafi wytworzyć ciśnienie akustyczne przekraczające 126 dB!
Jeżeli chodzi o charakter dźwięku na wystawie, to był odczuwalnie... tubowy, choć inaczej niż u wspomnianej wcześniej Avantgarde Acoustic. Tutaj barwa wydawała się cieplejsza, ale też z większą zawartością patyny. Można powiedzieć, że Avantgardy grają nowocześniej, Cessaro zaś – bardziej tradycyjnie. Wcale nie jest przesądzone, które określenie zwolennicy dźwięku tubowego uznają za większy komplement.
Gdyby jednak tubowy charakter nie przypadł nam do gustu, a nadal czulibyśmy nieodpartą potrzebę rozstania z kilkuset tysiącami euro, moglibyśmy się wybrać na zakupy do Kharmy. Holendrzy prezentowali swój flagowy system, złożony z symetrycznych kolumn Grand Exquisite (140000 Ε), dedykowanego subwoofera Exquisite Sub (25 kΕ) oraz monobloków Exquisite M 1000 (40000 Ε). Źródłem sygnału był dzielony napęd Metronome Kalista Reference, podłączony do DAC-a Kondo KSL. Całość spięto kablami Kharmy i ustawiono w dość obszernej sali. Podobno pierwszego dnia system nie grał najlepiej, ale kiedy niepomny ostrzeżeń postanowiłem rzucić na niego uchem nazajutrz – nie pozostawił wątpliwości do swej wartości. Wolna od podbarwień średnica, lekka i nośna góra, a przede wszystkim nieskrępowana dynamika i soczysty, zebrany bas pozwoliły odbierać przekaz nie tylko słuchem, ale całym ciałem. Od tak ekstremalnego systemu, zbudowanego na bazie bardzo dużych kolumn oczekuję, że poza oddaniem subtelności po prostu urwie mi łeb. I Kharmie się to udało. Kiedy miało być grzecznie, było grzecznie – z wyczuciem atmosfery i bez nadmiernego pompowania akustyki. Ale kiedy ma gruchnąć – muszą zadrżeć mury, a kolumny ani przez sekundę nie powinny stracić rezonu. Moje życzenia zostały spełnione, co jest godne odnotowania o tyle, że wyjściowy poziom głośności był stosunkowo wysoki, wobec czego gwałtowny skok dynamiki mógł się zakończyć kompresją. Nic takiego się nie stało. Dźwięk pozostał swobodny, na swój sposób lekki i wolny od choćby śladowych oznak niepokoju. To się mogło podobać.
Z nieco bliższych ziemi systemów warto wspomnieć o flagowym modelu Davisa. Karla to trójdrożna, czterogłośnikowa kolumna, bazująca na własnych przetwornikach francuskiej wytwórni. Wysokich tonów nie odtwarza tradycyjna kopułka, ale membrana stożkowa z dużym aluminiowym korektorem fazy w centrum. Podobne rozwiązanie, choć z miękką nakładką przeciwpyłową, stosuje od pewnego czasu Audio Physic. Z flagowych Cardeasów trafiło do jubileuszowych Tempo 25, a teraz do Virgo 25 – prezentowanych premierowo, choć statycznie, na wystawie. WLM także od dwóch lat stosuje tweetery Visatona według tej samej koncepcji. Każda wytwórnia robi to po swojemu, ale wszystkie chcą wykorzystać te same zalety: dużą powierzchnię promieniowania, szeroką dyspersję, niskie zniekształcenia i łatwość łączenia z głośnikiem średniotonowym, pomocną w uzyskaniu jednolitej barwy dźwięku.
W Karli lwią część pasma reprodukuje 21-cm głośnik kewlarowy, poruszany 37-mm cewką. Zakres jego efektywnej pracy jest bardzo szeroki: 90-4000 Hz, co oznacza, że układ jest w zasadzie monitorem z dodanym subwooferem. Ten zbudowano w oparciu o dwa 21-cm głośniki z włókien węglowych, połączone w układzie push-pull. Całość ma 1,5 m wzrostu i waży 142 kg. Efektywność 93 dB korci, by podłączyć słabą lampę, ale impedancja 4 Ω nakazuje zachować ostrożność. Na wystawie Karla grała z monoblokami Pass X260.5 i było to zestawienie udane. W mniejszym pomieszczeniu wystarczyłby zapewne mniej wydajny wzmacniacz, ale mimo wszystko dwa woofery w push-pullu będą wymagać dużo prądu.
Karla jest dostępna w wykończeniu czarnym albo białym lakierem, z czarnymi maskownicami. Za parę zapłacimy 15000 euro.
Tylko o 1000 euro droższy jest najnowszy zintegrowany odtwarzacz Chorda. CD Red Reference MkII, w kosmicznej obudowie, z wyeksponowanymi zawiasami mocującymi pokrywę napędu, wygląda zabójczo. Metalowa konstrukcja wsparta na czterech filarach ze specjalnym systemem odprzęgania wibracji kryje napęd Philips CD-Pro II i autorski układ przetwarzania cyfrowo-analogowego, współpracujący z upsamplerem. Chord nie stosuje scalaków dostępnych z półki, ale buduje przetworniki według własnej koncepcji, wykorzystując programowalne moduły i elementy dyskretne nanoszone powierzchniowo. Do FPGA (od ang. Field Programmable Gate Array), czyli programowalnych układów logicznych, pisze unikalny software. Upsampling, filtrowanie, konwersja i przesył sygnału odbywają się według algorytmów opracowanych przez Brytyjczyków. Red Reference umożliwia ponadto wysłanie na zewnątrz sygnału z częstotliwością próbkowania 176 kHz. Niezbędne są dwa kable cyfrowe AES/EBU, ale dzięki takiemu połączeniu można skonwertować dane w jeszcze bardziej zaawansowanym przetworniku z katalogu tej ambitnej firmy. W projektowaniu odtwarzacza brał udział Robert Watts, działający przez chwilę pod własnym nazwiskiem w firmie Watts, a wcześniej znany jako współtwórca DPA. Jak każdy nieprzeciętny intelekt, nie zwracał uwagi na przyziemne szczegóły, czego skutkiem były na przykład „kopiące” obudowy DPA; urządzenia te nie słynęły również z bezawaryjności. Jeżeli jednak chodzi o problematykę konwersji c/a, to jest to niewątpliwie jeden z najzdolniejszych projektantów, jacy obecnie działają w branży hi-fi. Watts pracuje z Chordem jako wolny strzelec i konsultant i ta współpraca nie ma chyba słabych stron. Firma otrzymuje oryginalne projekty, a jednocześnie dba o ich staranną implementację, stabilność parametrów i długowieczność urządzeń. Jej pomysł na brzmienie wzmacniaczy uważam za mocno dyskusyjny. Przywiązanie do zasilaczy impulsowych – także. Jeżeli jednak chodzi o źródła cyfrowe i przetworniki, są to jedne z najciekawszych, a niewykluczone, że również najlepszych komponentów na Błękitnej Planecie. Chętnie posłuchałbym Red Reference II we własnym systemie. Niewykluczone, że fantastyczny wygląd to jedynie przedsmak wrażeń odsłuchowych.
Póki nie nadarzy się po temu okazja, jedno można stwierdzić na pewno. Red Reference II jest zbudowany jak nic innego na świecie i tak też powinien zagrać. Od konwersji cyfrowo-analogowej zaczynała działalność także inna obecna na wystawie firma – Orpheus. Jej pierwszym produktem był właśnie DAC. Niewielka specjalistyczna wytwórnia z siedzibą w Lozannie działa od 2001 roku. Jej aktualna oferta dzieli się na trzy serie. Linia klasyczna jest kierowana do odbiorców z Europy. Tworzy ją siedem urządzeń: odtwarzacz CD, DAC, przedwzmacniacz liniowy, wzmacniacze mocy – stereo i mono – przedwzmacniacz i wzmacniacz zintegrowany. Jej wzornictwo jest skromne, obudowy nieduże, a ceny umiarkowane (integra kosztuje 8000 franków, reszta: 8-10 tys. CHF – pamiętajmy, że mowa o high-endzie ze Szwajcarii). Do budowy używa się komponentów, których ceny nie przyprawiają o zawrót głowy, ale jakość jest więcej niż przyzwoita. Filozofia firmy zakłada bowiem nieschodzenie poniżej pewnego poziomu, a odbiorca ma za określoną cenę otrzymać najwyższą dostępną jakość. W podstawowej serii nie dostaniemy butikowych komponentów, ponieważ nie zmieściłyby się w kalkulacji. Ale jeżeli dane urządzenie nosi logo Orpheusa, musi spełniać wysokie wymagania jakościowe. Tallant Fabien – syn właściciela lozańskiej manufaktury tłumaczy, że w urządzeniu kosztującym 7000 franków firma nie zamontuje komponentów po 200 franków za sztukę. Użyje jednak takich, które pozwolą jej z czystym sumieniem umieścić na obudowie jej logo.
Wyżej w hierarchii stoi linia Privilede. To nowość w ofercie, kierowana do dobrze sytuowanych odbiorców, którzy chętnie sięgają po elektroniczne gadżety i nowe technologie. Odtwarzacz SACD zawiera wejście USB do podłączenia przenośnego źródła plików muzycznych albo komputera. Zwiększa się przez to jego funkcjonalność, a odbiorca, któremu zależy na wysokiej jakości dźwięku, nie musi rezygnować z uniwersalności systemu.
W szczytowej, kierowanej do purystów serii Heritage, znalazł się tylko jeden produkt. Kosztujący 38000 franków przetwornik Heritage DAC to zaawansowany układ z upsamplerem, zwiększającym częstotliwość próbkowania do 768 kHz. Zasilacz umieszczono w osobnej obudowie. Aby uniknąć niepożądanych interferencji, użyto dwóch transformatorów po 150 VA i najwyższej klasy regulatorów napięcia. W sekcji upsamplera pracują trzy procesory 800 MMAC, które osobno kontrolują sygnał zegarowy i interpolują dane. Cztery kości Analog Devices AD1955 na kanał zamieniają sygnał cyfrowy na analogowy. Dokładność przesyłu danych kontroluje najwyższej klasy zegar taktujący o minimalnym jitterze.
Orpheus nie planuje produkcji wzmacniaczy w klasie D ani stosowania zasilaczy impulsowych. Wychodzi bowiem z założenia, że te rozwiązania na razie nie brzmią najlepiej.
Terry Dorn – prezes Audio Researcha – opowiedział mi o najnowszej propozycji swojej firmy. „Przedwzmacniacz liniowy Anniversary Edition powstał dla uczczenia 40. rocznicy działalności ARC. Został rozdzielony na dwie obudowy. W pierwszej znajduje się zasilacz, w drugiej – część sygnałowa. Konstrukcja to pełne dual mono od wejścia do wyjścia. Zasilacz jest dwukrotnie większy niż w dotychczasowym flagowcu Reference 5. Podwójna jest pojemność filtrująca i liczba lamp w sekcji regulacji napięcia. W torze audio pracują cztery podwójne triody 6N30 na kanał. Użyliśmy też wykonywanych na zamówienie teflonowych kondensatorów sprzęgających. Konfiguracja wejść i wyjść jest identyczna jak w Reference 5. Dodaliśmy kilka nowych funkcji wskazywanych na wyświetlaczu. W standardzie będzie akrylowa pokrywa. Odsłuchy wykazały, że w porównaniu z aluminiową zapewnia nieco lepsze brzmienie. Pierwsze dostawy AE trafią do sklepów na początku czerwca.
W tej konfiguracji przedwzmacniacz będzie dostępny przez rok – do końca kwietnia 2011. Później zdecydujemy, czy kontynuować produkcję, czy coś zmienić. Przedwzmacniacz będzie kosztował w Stanach 25000 dolarów. Dla porównania, cena Reference 5 wynosi 12000 USD.
Pod koniec czerwca pojawi się także budżetowy lampowy phono stage PH 6 oraz następca DAC-a 7 – DAC 8. Będzie wyposażony w podwójne 24-bitowe przetworniki stereo połączone w trybie monofonicznym dla uzyskania lepszej dynamiki, a ponadto w większe zasilanie oraz wejście USB High Speed z możliwością podniesienia częstotliwości próbkowania sygnału wejściowego do 192 kHz”.
Gramofonowy specjalista – Montegiro – pokazał nowy model Suono. To stosunkowo niedrogie źródło, kierowane do odbiorców, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z wysokiej klasy analogiem. Firma ma nadzieję, że zachęceni brzmieniem podstawowego modelu z czasem sięgną po te z wyższej półki. Kształtem i konstrukcją Suono nawiązuje do modelu Mondo. Talerz wycina się z bloku aluminiowego precyzyjną obrabiarką CNC. Chassis ma konstrukcję kanapkową. Aluminiowe płyty są od spodu drążone, a następnie wypełniane niezasychającym klejem. To rozwiązanie gwarantuje nie tylko bardzo dobrą sztywność, ale też odporność na rezonanse i tłumienie niepożądanych drgań. Struktura jest akustycznie martwa, co łatwo sprawdzić, uderzając w nią palcem.
Gramofon składa się z dwóch oddzielnych poziomów. Górny stanowi podstawę dla talerza i ramienia. Dolny izoluje od drgań podłoża, czemu sprzyja zastosowanie ceramicznych nóżek. Silnik nie ma styczności z żadnym z poziomów. Jest zamknięty we własnej obudowie, która przechodzi przez stosownie ulokowane otwory. Montegiro nie wytwarza napędu samodzielnie, ale zaopatruje się w niemieckiej firmie Klein. Jedyny kontakt gramofonu z silnikiem odbywa się poprzez pasek.
W Suono można zamontować ramiona wielu producentów (np. SME, Jelco). Maksymalna długość wynosi 10,5 cala. Dostępna jest zmiana prędkości obrotowej oraz płynna regulacja prędkości odtwarzania (pitch control). Suono bez ramienia kosztuje w Niemczech 4000 euro. Wersja prezentowana na wystawie – z ramieniem, bez wkładki – 4700 euro.
Ukłon w stronę mniej zamożnych klientów zrobił także Krell. Amerykanie rozwijają budżetową serię „S”. Teraz do wzmacniacza zintegrowanego S-300i dołączył odtwarzacz S-350. Dzięki konstrukcji modułowej urządzenie będzie dostępne w dwóch wersjach – jako CD (amerykańska cena 2500 dolarów) oraz jako odtwarzacz DVD (4500 dolarów). W wyposażeniu wersji AV znalazło się HDMI, współpracujące ze skalerem 1080p, wyjście i wejście cyfrowe oraz analogowe złącza komponent i kompozyt.

Reklama

Zarówno integra, jak i źródło są produkowane w Chinach. Obecny na wystawie wiceprezes ds. eksportu – Peter Mackay – podkreśla, że nie odbywa się to na zasadzie zlecenia zewnętrznej fabryce. Krell wykupił kompletną linię produkcyjną i zatrudnił pracowników, których następnie gruntownie przeszkolił. Dzięki temu personel nie ulega ciągłej rotacji i nie ma ryzyka, że montażem zajmą się niewykwalifikowani robotnicy. W ten sposób firma stara się zagwarantować jakość produktów. Mimo starań o zachowanie wysokich standardów w Chinach powstaje tylko seria S. Pozostałe komponenty są produkowane w Stanach i nic nie wskazuje, by w przyszłości miało się to zmienić.
Isotek prezentował prototyp najnowszego regeneratora prądu. Urządzenie nie ma jeszcze nazwy, ale prawdopodobnie trafi do sprzedaży po wakacjach. Jako flagowy model będzie bardzo drogie. Cena nie została jeszcze ustalona, ale należy oczekiwać, że sięgnie kilku tysięcy funtów. Pierwszy regenerator napięcia brytyjska firma opracowała 25 lat temu. Na bazie gromadzonych od tamtej pory doświadczeń powstał najnowszy model. Przeznaczono go do zasilania urządzeń o niewielkim poborze prądu – odtwarzaczy CD, napędów, procesorów i przedwzmacniaczy. Do wzmacniaczy i końcówek mocy lepiej stosować listwę Titan, której maksymalna obciążalność wynosi 32 A. Do dyspozycji mamy cztery wyjścia o obciążalności 150 W każde. Konstrukcja zakłada całkowitą separację podłączanych urządzeń. Aby zrealizować ten cel, do każdego gniazda jest podłączona jedna linia regenerująca, która nie ma kontaktu z pozostałymi. W efekcie Isotek zawiera cztery kompletne układy regenerujące.
Poziom zniekształceń na wyjściu nie przekracza 0,05 %, a odchyłka napięcia od wzorca – 2 % (dla porównania standard IEC dopuszcza wahania +/-10 %). Zwrócono także uwagę na izolację obwodów elektronicznych od drgań zewnętrznych. Obudowa ma strukturę kanapkową, złożoną z materiałów o różnej gęstości. Dzięki temu tłumienie rezonansów odbywa się równomiernie w całym zakresie częstotliwości.
Optymalna konfiguracja zasilania według Isoteka zakłada użycie regeneratora razem z listwą Titan. Tak podłączony system będzie miał zapewnione optymalne parametry zasilania. Problemem może się jednak okazać cena, przewyższająca koszt zakupu dobrego zestawu hi-fi.
Ostatnią nowością, którą dziś odnotujemy, będą zestawy głośnikowe Finite Elemente Modul XP. Niemiecka firma, notabene mająca siedzibę w Brilon, rzut beretem od Audio Physica, jest kojarzona głównie ze stolikami pod sprzęt hi-fi, ewentualnie z antyrezonansowymi akcesoriami. Od pewnego czasu na jej stoisku można się jednak natknąć na kolumny. Ich obudowy wyglądają pięknie i są wykończone perfekcyjnie położonymi naturalnymi fornirami. Ale czy aby na tym ich zalety się kończą? Na szczęście nie.
Najnowszy koncept Finite Elemente to trójdrożna kolumna zbudowana w formie dwóch fizycznie odizolowanych modułów. Sekcję średnio-wysokotonową zamontowano w płytkiej obudowie, będącej frontem konstrukcji. Za nią znajduje się subwoofer promieniujący na boki. Oba moduły rozdziela opatentowany system ceramicznych kulek. Od drgań podłoża izoluje gruby cokół, stopy, w które wyposażono każdy moduł oraz stożki oddzielające całość od podłoża. W standardzie otrzymujemy stalowe kolce. Za dopłatą dostępne są firmowe podstawki Cerabase.
Modul XP to nie tylko interesująca, ale jeszcze bardzo markowa konstrukcja. Przetworniki pochodzą od Scan Speaka. Zwrotnice dostarcza Mundorf, obsadzając je, rzecz jasna, własnymi kondensatorami. Okablowanie wewnętrzne poprowadzono przewodami Silent Wire, a pojedyncze terminale to WBT Nextgen.
Na żywo Finite Elemente prezentują się naprawdę dobrze i wcale się nie zdziwię, jeżeli klienci będą je kupować tylko ze względu na urodę. Nie będzie to błędna decyzja, ponieważ brzmienie także nie przynosi konstruktorowi wstydu. Da się w nim wychwycić charakterystyczne „scan-spea-kowe” elementy, ale jest to po prostu pewna estetyka brzmienia, która części słuchaczy na pewno przypadnie do gustu. Dodatkową zachętę do zakupu stanowi rozsądnie skalkulowana cena – 87009400 euro, w zależności od rodzaju wykończenia.
Jeżeli już się zdecydujemy, warto zadbać o wydajny wzmacniacz. Finite Elemente mają zaledwie 84 dB skuteczności (2,83 V/1 m) i żeby było jeszcze trudniej – impedancję 4 Ω. Do ich poprawnego wysterowania niezbędny będzie porządny piec. Bez niego będą grały na pół gwizdka.
Relację z tegorocznego High-Endu można by ciągnąć jeszcze długo, a i tak nie wyczerpalibyśmy tematu. Warto się wybrać na wystawę samemu. Wystawcy z reguły chętnie udzielają wyjaśnień, a pokoje są wystarczająco przestronne, żeby w miarę komfortowo posłuchać interesujących nas systemów.
Jeżeli nie będziemy próbowali się realizować reportersko, powinniśmy opuszczać M.O.C zrelaksowani i zachować siły na zwiedzanie. Można pojechać na Marienplatz, skorzystać z usług lokalnej gastronomii albo po prostu przejść się bez celu. Naprawdę warto, tym bardziej, że tak dobry pretekst do odwiedzenia Monachium zdarza się tylko raz w roku.

 

PS. Rozmowy i notatki głosowe do tego materiału nagrywałem cyfrowym rejestratorem Nagra Ares-ML. Urządzenie było eksploatowane intensywnie, ale nie zawiodło i z nawiązką spełniło pokładane w nim oczekiwania. Zasłużona rekomendacja, tym bardziej że przecież tutaj również chodzi o wierność przekazu.

 

Autor: Jacek Kłos
Źródło: HFiM 06/2010

 

Pobierz ten artykuł jako PDF