fbpx

HFM

artykulylista3

 

Zimowi podróżnicy mówią o sobie

8083122015 002
Szczęśliwy śpiewak

Tenor Karol Kozłowski wyznaje, że bez Jolanty Pawlik nie powstałoby nagranie „Winterreise” ani poprzednie – „Die schöne Müllerin”; to ona zaproponowała pieśni Schuberta.


 



Kozłowski przywiązuje wielką wagę do tekstu; najbliższa jest mu poezja niemiecka. Tekst „Winterreise” do książeczki przetłumaczył sam, ponieważ nie chodziło mu o przekład poetycki, lecz najprostszy, niemal filologiczny, oddający treść. Język Wilhema Müllera w „Winterreise” jest prosty, surowy, ale słownictwo – już dziś archaiczne.
W czasie premiery płyty w Studiu Lutosławskiego treść była wyświetlana na ekranie. Alternatywą byłoby zostawienie włączonych świateł i umożliwienie publiczności czytania tekstów w programach; w krajach niemieckojęzycznych jest to częsty zabieg podczas tzw. Liederabendów, ale osłabia to atmosferę koncertu.

Skąd Karol zna niemiecki? Uczył się w liceum. Zdawał maturę z niemieckiego, a dzięki pieśniom, które wykonywał, poszerzył słownictwo. Biegłość w porozumiewaniu się wyćwiczył, kiedy przez jeden sezon pracował w Staatstheater w Monachium. Wymowę szlifuje co roku, uczestnicząc w festiwalu w Bad Kissingen w Bawarii, kiedy przez dwa tygodnie ma możliwość pracy z wytrawnymi pianistami-kameralistami.
Praca z Jolantą Pawlik jako producentką (Karol podziwia ją za umiejętności organizacyjne) i pianistką jest niezwykłym doświadczeniem. Oboje należą do tego (rzadszego) typu muzyków, który wychodzi od całościowego obrazu interpretacji i jemu podporządkowuje szczegóły. Dyskusja nad detalami wykonania konkretnych fraz odbywa się dopiero po zaśpiewaniu większego fragmentu, całej pieśni lub nawet całego cyklu. Tempa próbowane są w różnych wariantach, z których wybiera się optymalny. Niekiedy przed występem estradowym następuje korekta tempa – czasem zależy ono od dyspozycji śpiewaka w danym dniu. Słuchając własnych nagrań z perspektywy czasu, Karol Kozłowski oczywiście stwierdza, że dziś zaproponowałby nieco inną interpretację, ale każde wykonanie na żywo jest przecież inne. Jak mówi: „Cykle Schuberta zmieniają się wraz z nami”.

8083122015 003
Higienicznie prowadzi głos. Po dwóch latach intensywnych występów w Operze Wrocławskiej zauważył, że traci kontrolę nad tym, co się dzieje w jego życiu zawodowym, tzn. że znika możliwość dokonywania wyborów – wszak etat uniemożliwia przyjmowanie propozycji występów, które terminowo kolidowałyby ze zobowiązaniami wobec macierzystego teatru; ogranicza też wybór repertuaru. Z drugiej strony, te dwa wrocławskie lata dały mu bezcenne doświadczenie – możliwość poznania swojego głosu, jego mocnych stron i ograniczeń. Regularne występy dają śmiałość. Każdy z nich to zastrzyk pozytywnej adrenaliny.
Kozłowski świadomie zrezygnował z etatu, ale wciąż spotyka się z pytaniami: „Gdzie jesteś zatrudniony na stałe?”. Większości wokalistów etatowe zakotwiczenie w porcie jakiejś instytucji daje poczucie bezpieczeństwa. Gwoli ścisłości, Karol nie zerwał całkiem współpracy z wrocławską sceną operową; rozmawialiśmy z nim między próbami do „Króla Rogera”, w którym to dziele kreuje partię Edrisiego. Nota bene, właśnie wrócił z 45-minutowej przebieżki. Regularne bieganie pomaga utrzymać dobrą kondycję. Jest również czasem na uporządkowanie myśli.

Nagranie „Pięknej młynarki” i „Podróży zimowej” sprawiło, że przez część polskiego środowiska muzycznego Kozłowski zaczął być postrzegany jako wykonawca pieśni. Choć to się powoli zmienia, wciąż pokutuje pogląd, że pieśniarstwo to nisza i mniej znaczący obszar, przeznaczony dla wykonawców, którzy nie dali sobie rady w operze.
Według Kozłowskiego często bywa odwrotnie – wyśmienici śpiewacy operowi nie zawsze radzą sobie w liryce wokalnej. Trzeba mieć szczególne predyspozycje do tego repertuaru – zdolności językowe, umiłowanie poezji i umiejętność rozumienia tekstów operujących różnymi środkami poetyckiego wyrazu. Kozłowski uważa pieśniarstwo za jedną z dziedzin swojej aktywności, równorzędną wobec muzyki współczesnej, muzyki baroku i opery. Przekonał się, że taki płodozmian mu służy; różne gatunki „pracują na siebie nawzajem”. Lubi nowe wyzwania, dzięki którym rozwija wrażliwość i warsztat, choć przyznaje, że dla niektórych śpiewaków lepsze jest poruszanie się „koleinami” kariery.
Przygotowując cykle Schuberta, za punkt odniesienia wziął nagrania Christopha Prégardiena z Andreasem Staierem, akompaniującym mu na historycznym instrumencie – Hammerflügel („Schöne Müllerin” – 1991; „Winterreise” – 1997). Tych płyt słuchał w początkach nauki śpiewu, jeszcze w trakcie studiów rzeźbiarskich. Interpretacje Prégardiena i Iana Bostridge’a są mu bliższe niż Dietricha Fischer-Dieskaua. Paradoksalnie, Kozłowski nie lubi „zbyt niemieckich” wykonań liryki niemieckiej.
Z myślą o walorach głosu Karola Kozłowskiego powstają utwory kompozytorów zagranicznych (Olivera Schnellera, Manfreda Trojahna, Bernda Redmanna) i polskich (partia Settembriniego w operze „Czarodziejska góra” Pawła Mykietyna; „Canzon de baci” Andrzeja Kwiecińskiego – ta kompozycja wygrała konkurs Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów w Helsinkach w 2014).

Jakie jeszcze pozycje światowej liryki wokalnej należą do jego ulubionych, zasługujących na nagranie? Jest wiele pieśni Schuberta, w tym ostatni z jego cykli – „Schwanengesang”. Także utwory Schumanna i Haydna, który tworzył pieśni lekkie, lecz wcale nie „płaskie”. Z późniejszych kompozytorów – dzieła wokalne Brittena (wspaniałego znawcy możliwości głosu tenorowego) i Janačka. Szczególną atencją darzy Kozłowski cykl Berga „Sieben Frühe Lieder”. To pieśni napisane na głos wysoki, a wykonywane niemal wyłącznie przez soprany, a przecież umuzycznione wiersze nie określają płci podmiotu mówiącego. Ekspresjonistyczne utwory Berga śpiewał już Kozłowski w Bad Kissingen, z towarzyszeniem Melvyna Tana, cenionego akompaniatora m.in. Anne Sofie von Otter.
Na pytanie, które z czekających go niebawem wyzwań najbardziej go cieszą, odpowiada bez namysłu i z uśmiechem: wszystkie! Dotychczas miał szczęście do ciekawych propozycji, odpowiadających jego możliwościom i zainteresowaniom. O tym, co robi i co planuje, opowiada z entuzjazmem. Cieszy się, że nie popadł w rutynę – może to wynik tego, że wybór muzyki jako drogi życia w jego przypadku nastąpił późno, dojrzale i odpowiedzialnie. Mimo że przed studiami wokalnymi ukończył wydział rzeźby, dziś nie żałuje rezygnacji z kariery w sztukach plastycznych. Lepiej skupić się na jednym i być w tym dobrym.
8083122015 003
Kreacja i produkcja
Jolanta Pawlik zgadza się z Karolem Kozłowskim, że przed rutyną trzeba się bronić. Karol mówi o dobroczynnym płodozmianie repertuaru. W przypadku Jolanty można mówić o różnych wcieleniach zawodowych – pianistki, pedagoga Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, producentki i menedżera. Przed pięciu laty odkryła inny świat niż sala koncertowa – studio nagrań. To tu, wraz ze śpiewakami i inżynierem dźwięku Ewą Guziołek-Tubelewicz, odkrywa tajemnice, tworzy nowe wartości i drąży szczegóły. To tu sięga do sedna muzyki i wyznacza standardy dla wykonań na żywo. W takiej intymnej formule pracy nie potrzeba wielu słów. Liczy się podobna wrażliwość wykonawców.
W studiu osiąga się maksimum precyzji interpretacji i jakości dźwięku, wybierając spośród np. dziesięciu zarejestrowanych wersji danej pieśni. Jolanta nie wyobraża sobie, aby ktoś zastąpił ją w tym wyborze. Taki sposób pracy jest ewenementem w Polsce. Jolanta spełnia się jako pianistka i producentka płyt z liryką wokalną, ale jest przecież również producentką płyt swojego męża, Włodka Pawlika (laureata nagrody Grammy), w których nagraniu uczestniczą niekiedy orkiestry symfoniczne, czyli około 60 muzyków. Jest też szefem agencji PR Pawlik Relations i menedżerem kilkorga muzyków jazzowych.

Sesje nagraniowe pieśni nie mogą trwać dłużej niż cztery godziny i raczej nie powinny się odbywać codziennie. Cztery godziny intensywnej pracy w studiu, maksymalnej koncentracji i dyspozycji w każdym „podejściu” bardzo eksploatują struny głosowe. Kolejność nagrywania różni się od kolejności utworów na płycie. W przypadku obu cykli Schuberta, Karol wybrał na początek pieśni o dominującym dolnym rejestrze skali. Dyskusje nad detalami interpretacji toczą się do końca i w zasadzie zawsze jest coś do poprawienia – ale chodzi już zazwyczaj o niuanse niemal niesłyszalne. Oboje – Jolanta i Karol – są perfekcjonistami. Nie chcieliby się wstydzić swoich płyt; ani teraz, ani za dziesięć lat.
Jolanta zapamiętała Kozłowskiego z początków jego nauki śpiewu; kiedy po kilku latach zobaczyła go w drugoplanowej partii w „Elektrze” Straussa w stołecznym Teatrze Wielkim, zaproponowała mu udział we wspólnym recitalu, a potem – nagranie płyty.
Estetyka śpiewu Karola jest bardzo emocjonalna. Amplituda ekspresji jest tu ważniejsza niż uroda legata; najważniejsze staje się przekazanie prawdy i treści.
Jolanta chce współpracować z takimi właśnie wokalistami – współtwórcami ambitnych projektów. Każda płyta to dla producenta kolejne upragnione dziecko. Wśród śpiewaków zagranicznych najbliżsi są jej: Ian Bostridge (który fascynuje nieustannym rozwojem i stopniem zagłębiania się w tekst poetycki), Christoph Prégardien, Mark Padmore i Brigitte Fassbaender (nagrała „Winterreise” – cykl tradycyjnie dedykowany głosom męskim).
W cyklach Schuberta kolejność tytułów jest ustalona, ale pozostaje pole manewru w kwestii długości przerw między kolejnymi częściami cyklu. Czasem konieczna jest dłuższa pauza na wybrzmienie puenty, a czasem przejście między pieśniami musi nastąpić attacca, jak w „Młynarce” między „Myśliwym” a „Zazdrością i dumą”. W obu cyklach tematem jest droga. Raz idzie się wolniej, raz szybciej, a czasem robi się postój; to całkiem naturalne.
Na misternym układaniu kolejności pieśni Moniuszki (na płycie z Elwirą Janasik) Jolanta Pawlik spędziła kilka bezsennych nocy. Jak wyznaczyć ciąg narracji płytowego recitalu, gdzie ustawić kulminacje, jak zderzyć tonacje sąsiadujących utworów? Staranności w komponowaniu programu uczyła ją Barbara Hesse-Bukowska podczas studiów w warszawskiej Akademii Muzycznej.8083122015 003

Cykl pieśni stanowi zamkniętą całość, dlatego po wykonaniach na żywo przez Karola i Jolantę „Pięknej młynarki” i „Podróży zimowej” nie ma bisów. Muzyka i słowo w tych pieśniach tworzą nierozerwalną, fascynującą całość. Żywiołowość, spontaniczność „Młynarki” przechodzi w smutek dopiero pod koniec cyklu, od pieśni „Ulubiony kolor”. „Podróż zimowa” to wstępowanie w otchłań, mimo mylących, pozornie pogodnych, durowych tonacji takich pieśni, jak „Gospoda” czy „Trzy słońca”.
Karol Kozłowski i Jolanta Pawlik to pierwsi polscy artyści, którzy zarejestrowali na płytach CD oba słynne cykle Schuberta. Natomiast na albumie z pieśniami Moniuszki, śpiewanymi przez Elwirę Janasik znalazło się wiele utworów rzadko wykonywanych (jak np. cała ballada „Rybka”). Wydanie każdej płyty (niezmiennie w firmie Dux, zapewniającej dystrybucję w kraju i za granicą) to początek projektu – serii recitali, udziału w festiwalach, recenzji, nagród. Najbardziej chyba cieszy fakt, że na koncerty często przychodzą ludzie, którzy na co dzień nie słuchają klasyki i ta muzyka ich porywa.
Kompakt „Pieśni Moniuszki” był w 2014 roku w trójce najlepiej sprzedających się płyt z muzyką poważną w Empiku. W tym zestawieniu „Podróż zimowa” po dwóch miesiącach od wydania we wrześniu 2015 jest już w pierwszej dziesiątce, a płyty są sprzedawane również w czasie koncertów.

Obcowanie z umuzycznionymi przez Schuberta wierszami Müllera pozostawia ślad w pamięci, a niektóre fragmenty stają się wręcz życiowymi mottami Jolanty Pawlik, jak cytat z „Odwagi”: „Skarżą się tylko głupcy”. W książeczkach drukowane są pełne tłumaczenia pieśni – zamówione specjalnie przez producenta i sporządzone współczesną polszczyzną. Natomiast w albumie z Moniuszką znalazły się przekłady polskich tekstów pieśni na język angielski, rosyjski i japoński. Bariera językowa nie może stać między wykonawcami i słuchaczami, dlatego także w programach koncertów lub na ekranach pojawiają się tłumaczenia tekstów. A kiedy melomani dokładnie rozumieją, o czym się śpiewa, reakcje bywają nieprzewidywalne; jest wzruszenie, zdarzają się łzy, a nawet szloch.
Jolanta Pawlik chciałaby kontynuować dyskograficzną przygodę z Schubertem. Kuszą ją inne pieśni, kameralistyka (zwłaszcza tria), sonata Arpeggione w aranżacji na wiolonczelę i fortepian (tu wymarzonym partnerem Jolanty byłby jej syn, Łukasz Pawlik, wiolonczelista klasyczny i zarazem jazzman). Również wiele pieśni Moniuszki czeka na ponowne odkrycie i nagranie.
Jolanta z uporem dąży do realizacji swoich projektów nagraniowych i koncertowych. Wie, że bez energii, bez konsekwencji i precyzji w działaniu niczego by nie osiągnęła. Powtarza jednak z pokorą: „Gdybym była tylko dobrą organizatorką, gdybym nie współpracowała z tak wspaniałymi artystami, byłabym nikim”.

Wypowiedzi wysłuchała
Hanna Milewska

Źródło: HFM 12/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF