fbpx

HFM

artykulylista3

 

Coś niegłupiego Mariaż popu i klasyki

9294 2015 06 03„Night of the Proms” to cykliczne spotkania dwóch muzycznych światów – współczesnego i klasycznego. Do jednego z nich doszło niedawno w łódzkiej Atlas Arenie.

Impreza wędruje po świecie od 30 lat. Pierwszy „promenadowy” koncert, łączący dawne i nowe brzmienia, odbył się w 1985 roku w Antwerpii. Wystąpił na nim rockowy kompozytor i wokalista, John Miles. Od tamtej pory muzyk często uczestniczy w trasach. Wykonuje utwór „Music” (kompozycję własną i Boba Marshalla), który tak się przyjął, że stał się nieoficjalnym hymnem imprezy. Usłyszeliśmy go również w Łodzi. Drugim artystą, którego sympatycy „Night of the Proms” doskonale znają, jest dyrygent Robert Groslot, prowadzący 75-osobową orkiestrę symfoniczną Il Novecento. Od 1991 – w różnych składach – prezentuje ona utwory klasyków i akompaniuje wykonawcom z kręgu muzyki popularnej, a czasem rockowej.

9294 2015 06 01



Oprócz wspomnianego Milesa, w Atlas Arenie wystąpili przedstawiciele „muzycznego dziś, wczoraj i przedwczoraj”. Pierwszą grupę reprezentowała piosenkarka gruzińskiego pochodzenia, Katie Melua. Drugą – Kim Wilde, a trzecią Mark King – właściciel najsłynniejszego basowego kciuka, znany z grupy Level 42. Tradycją „Night of the Proms” jest zapraszanie do programu artystów z krajów, w których akurat odbywa się kolejny przystanek imprezy. Przedstawicielami Polski byli tym razem Rafał Brzozowski i Grzegorz Skawiński. Zanim jednak o samym koncercie, parę przemyśleń i odrobina historii. Miłośnicy dawnych instrumentalnych kompozycji, a tym bardziej arii operowych, rzadko gustują w lekkiej muzyce popularnej czy rockowej. Z kolei fani tych dwóch ostatnich stylów nieczęsto delektują się kompozycjami klasycznych mistrzów i o wiele rzadziej przesiadują w salach operowych i w filharmoniach niż w klubach rockowych i w dyskotekach.

9294 2015 06 01



Czy zatem da się połączyć współczesną muzykę z klasyką tak, by pogodzić zainteresowania obu grup melomanów? Jak najbardziej, chociaż trzeba to robić umiejętnie i… ostrożnie. Próby takich mariaży są podejmowane od dawna; nawet w rocku, który przecież w swej oryginalnej formie kojarzy się głównie z gitarami elektrycznymi, perkusją i ewentualnie jakimś klawiszem na okrasę. Weźmy The Beatles. Smyczki wielokrotnie ubarwiały utwory tego zespołu. Słychać je w „Eleanor Rigby” czy nagraniach z „Sierżanta Peppera”. Również dęciaki są znane ze starych hitów rockowych i popowych grup, takich jak Blood, Sweat and Tears, Chicago czy Earth, Wind and Fire. Nie mówiło się jednak o tym specjalnie, bo klasyczna oprawa instrumentalna istniała tylko w tle. Mało kto ją tak naprawdę zauważał. Nie pomagał w tym nie dość czuły sprzęt odtwarzający czy niezbyt selektywne nośniki dźwięku. Dopiero grupa Deep Purple pokazała, że może być inaczej. „Światowa premiera nowego muzycznego wydarzenia!” – krzyczały tytuły gazet w 1969 roku, kiedy zespół wystąpił z Królewską Orkiestrą Symfoniczną pod dyrekcją Malcolma Arnolda.

9294 2015 06 01


Brytyjska kapela poszła na całość w aranżacyjnych poszukiwaniach. Kompozycja Jona Lorda, wykonana wówczas na żywo w londyńskim Royal Albert Hall i wydana na płycie, była bliska klimatom utworów z dawnych epok, a smyczki i dęciaki nie pobrzękiwały sobie gdzieś w oddali, ale były wysunięte na pierwszy plan. „Jak to jest grać z nami, sztywniakami?” – zapytał wówczas Lorda Arnold. Organista Purpli był bardzo zadowolony z tej współpracy. Grało mu się świetnie, a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Podobnym, może nawet jeszcze popularniejszym wydarzeniem tego typu był występ zespołu Procol Harum w Edmonton w Kanadzie w 1971 roku. Wykonawcom legendarnego hitu „Whiter Shade of Pale” towarzyszyła wówczas miejscowa orkiestra symfoniczna i chór Da Camera Singers.

9294 2015 06 01


Zarejestrowany materiał ukazał się na płycie chętnie słuchanej do dziś. Wreszcie przyszła pora na mariaż rocka z operą. W tej dziedzinie największe zasługi miał zespól The Who, tworząc rock-operę „Tommy”. Sama muzyka z początku nie nosiła cech klasycznych. Charakteryzowała się jedynie operową dramaturgią. Kiedy jednak chwyciła, nagrano symfoniczną wersję całości. A skoro mowa o The Who, to wkrótce również inne pamiętne dzieło grupy zyska klasyczną oprawę instrumentalną, a przy mikrofonie, obok autora, Pete’a Townshenda, wystąpi tenor operowy i musicalowy, Alfie Boe. To już będzie aranżacyjna klasyka na całego, tyle że utwory pochodzą z repertuaru rockowego. Klasyczne aranże to zatem żadna nowość; zwłaszcza obecnie, gdy po szale z syntezatorami w czasach dominacji stylu „new romantic” w latach 80. XX wieku, świat muzyczny przeprosił się z instrumentami akustycznymi. Ale twórcy „Night of the Proms” idą dalej.

9294 2015 06 01


Tu nie tylko prezentuje się pop ze smyczkami, lecz przeplata się go kompozycjami z zupełnie innych epok. W Łodzi usłyszeliśmy kilka typowych klasycznych utworów. Tych najpopularniejszych, które zna każde dziecko, jak chociażby uwertura z opery „Wilhelm Tell” Rossiniego. I słusznie. W czasie „Promenadowej nocy” nawet kompozycje klasyczne powinny być rozpoznawalne od pierwszych taktów. Inaczej odbiorcy mniej obeznani z utworami dawnych mistrzów mogliby się nudzić. Rozpoczął zespół Il Novecento, a po chwili na scenie pojawił się śpiewak operowy ze Szkocji, Tony Henry. Jeśli ktoś trafił na koncert, nie znając konwencji, zaintrygowany obecnymi na plakatach nazwiskami popowych gwiazd, mógł pomyśleć, że pomylił imprezy.

9294 2015 06 01


Dopiero gdy prowadzący koncert Tomasz Kammel objaśnił ideę, wszystko stało się jasne. Niewykluczone, że słuchacze, którzy rzadko obcują z klasyką, poczuli się zawiedzeni, ale tylko chwilowo, bo po pewnym czasie nawet miłośnicy ostrzejszego rocka odżyli, zwłaszcza kiedy John Miles zabłysnął gitarową solówką w „Now That the Magic Is Gone”. Ale to było już pod koniec wystę- pu. Wcześniej także nie brakowało rockowych brzmień. Zaczęły się na dobre od „Lessons in Love”. Lider grupy Level 42, Mark King, zachwycił fenomenalną techniką gry na basie, w której najważniejsze funkcje pełni kciuk. Instrument w jego dłoniach wprost strzelał wygrywanymi w oszałamiającym tempie niskimi tonami. Wcześniej śpiewali Rafał Brzozowski i Grzegorz Skawiński.

9294 2015 06 01


Ten ostatni z całym składem orkiestry Il Novecento za plecami i potężnym akademickim chórem Politechniki Łódzkiej. Przebój „Słodkiego, miłego życia” jeszcze nigdy nie brzmiał tak bogato. Sporo uciechy publiczność miała, kiedy w czasie wykonywania kompozycji „Sroka złodziejka” Gioacchina Rossiniego perkusista namawiał do rytmicznych oklasków i od czasu do czas dawał zgromadzonym sygnał, aby krzyknęli „Hej”. Pomysł wypalił. Widzowie szybko się zorientowali, co i w których momentach mają robić, i współpracowali z orkiestrą znakomicie. Inne sympatyczne wydarzenie wywołała informacja prowadzącego, że w czasie niemieckiej edycji w trakcie „Walca kwiatów” Czajkowskiego przed estradą do tańca ruszyło 350 par. Publiczność w Łodzi nie chciała być gorsza. Na słowa konferansjera setki widzów poderwały się z miejsc. Po utworze Tomasz Kammel nie pojawił się na scenie, ale ogłosił zza niej: „Nie mogę przyjść do państwa, bo chłopaki nie płaczą, a człowiek się tu wzruszył. Byli państwo niesamowici. Mamy rekord!”. Bardzo dobrze wypadła Katie Melua. Jej urokliwy głos w dobrze przygotowanej pod względem akustycznym Atlas Arenie był balsamem dla uszu. W czasie jej występu, a zwłaszcza w trakcie kompozycji „The Closest Thing To Crazy”, niejednemu słuchaczowi łza zakręciła się w oku. Melua zaśpiewała również w duecie z Rafałem Brzozowskim. Wspólnie wykonali piosenkę „Something Stupid” (jej najsłynniejszą wersję zawdzięczamy Frankowi i Nancy Sinatrom, choć młodsi melomani lepiej pamiętają z pewnością interpretację Robbiego Williamsa i Nicole Kidman). „Coś głupiego”, o którym mowa w piosence, to wyznanie „Kocham cię”. Śpiewający uważają, że niepotrzebnie wypowiedzieli te słowa, bo popsuły one uroczo rozwijającą się atmosferę i czar prysł.

9294 2015 06 01


To zupełne przeciwieństwo koncertu, który nie miał w sobie nic głupiego. Połączenie popu z klasyką w konwencji „Night of the Proms” to mądry pomysł, który świetnie się sprawdził w Łodzi. Rozmawiałem po imprezie z kilkoma uczestnikami. Wszyscy bawili się doskonale. Pod koniec pojawiła się na scenie Kim Wilde. Pełniejsza o kilkanaście kilogramów, choć z prawie z takim samym jak 34 lata temu głosem i temperamentem. Zaśpiewała „You Came”, „Cambodia” oraz hit „Kids of America”. Na deser uczestnicy koncertu wspólnie zaintonowali „Hey Jude” Beatlesów. Mariaż muzyki popularnej z klasyką pomysłowy i w dobrym guście. Parafrazując tytuł wykonywanego przez duet Melua-Brzozowski przeboju: „Coś niegłupiego”.

 

Grzegorz Walenda
Źródło: HFM 06/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF