fbpx

HFM

artykulylista3

 

Kolos saksofonu - Sonny Rollins

068 073 Hifi 09 2020 0011

Jazz najlepiej pokazuje, jaka jest twoja dusza.
Sonny Rollins

Jeden z dwóch ostatnich żyjących jazzmanów, którzy w 1958 roku pozowali do słynnego zdjęcia „A Great Day in Harlem”, 7 września 2020 obchodził 90. urodziny. To Sonny Rollins – jeden z najwybitniejszych saksofonistów w historii jazzu. Na zdjęciu – wykonanym przy 17 East 126th Street w Nowym Jorku przez Arta Kane’a dla magazynu „Esquire” – 27-letni wówczas jazzman stoi po prawej w ciemnych okularach, tuż za Marian McPartland i Mary Lou Williams, blisko Theloniousa Monka.





Drugi z żyjących saksofonistów – Benny Golson jest jeszcze starszy – 25 stycznia 2020 roku skończył 91 lat. Polscy miłośnicy jazzu mieli szczęście, bo 7 lipca 2019 na festiwalu Warsaw Summer Jazz Days odbył się koncert sędziwego artysty pod hasłem „90. urodziny Benny’ego Golsona”. Za to Sonny’ego Rollinsa oklaskiwaliśmy na polskich scenach trzykrotnie. I na tym koniec, bo od pewnego czasu już nie koncertuje.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. sonnyrollins.com

Jak 20 lat temu
W 1980 roku Rollins wystąpił na Jazz Jamboree w charakterystycznym kapelusiku, dając wspaniały popis ekspresyjnych i wyrafinowanych improwizacji.
Ponownie zawitał do Sali Kongresowej ze swoim kwintetem w 2004 na zaproszenie Mariusza Adamiaka. Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci koncert na festiwalu Jazztopad we Wrocławiu w 2011 roku, w kameralnym Audytorium Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej przy Hali Stulecia. Artysta miał wówczas 81 lat. Po występie podpisywał płyty szczęśliwcom, którzy zdołali wejść do jego garderoby. Siedział na kanapie, ubrany w płaszcz, szalik i czapkę, jakby się zbierał do wyjścia, ale chyba po prostu było mu zimno.
„Najbardziej uszczęśliwia mnie dobry koncert. Na tej trasie gra mi się bardzo dobrze. Codziennie ćwiczę i czuję nową energię” – mówił wtedy powoli.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. sonnyrollins.com

Występujący z nim od lat 60. XX wieku (!) kontrabasista Bob Cranshaw podkreślił, że był to najlepszy występ Rollinsa, odkąd sięga pamięcią. „Było jak dwadzieścia lat temu” – dodał.
Rzeczywiście, ze sceny płynęła niesamowita energia. W programie znalazły się zarówno jazzowe przeboje Rollinsa, jak i nowe kompozycje.
Saksofonista długo podpisywał płyty, ale kiedy podsunięto mu plakat festiwalu Jazztopad z jego efektownym zdjęciem, zażartował: „Nie lubię się podpisywać na tej przystojnej twarzy” – i maznął wielki autograf pod swoim wydrukowanym nazwiskiem. Ktoś przyniósł album „Saxophone Colossus”, wydany na CD. Rollins długo mu się przyglądał, zanim w końcu podpisał. Być może wywoływał w pamięci legendarną sesję. Na biletach, bo nie wszyscy w garderobie mieli ze sobą płyty, rysował pięciolinie z nutami. Każdy dostał wspaniałą pamiątkę.

068 073 Hifi 09 2020 002

St. Thomas
Wspomniany album „Saxophone Colossus” został nagrany dla wytwórni Prestige 22 czerwca 1956 roku w studiu Rudy’ego Van Geldera. W sesji wzięli udział pianista Tommy Flanagan, kontrabasista Doug Watkins i perkusista Max Roach.
Otwiera go przebojowy temat „St. Thomas”, który Rollins grał z upodobaniem do ostatnich swoich koncertów. St. Thomas to wyspa w Archipelagu Antyli na Karaibach, należąca do amerykańskich Wysp Dziewiczych. Stamtąd pochodzą rodzice artysty, którzy wyemigrowali do nowojorskiego Harlemu i zamieszkali w pobliżu Apollo Theateroku
7 września 1930 roku urodził się tam Walter Theodore Rollins, najmłodszy z trójki rodzeństwa. Rodzice byli miłośnikami muzyki i zachęcali dzieci do nauki. Walter najpierw uczył się grać na pianinie, ale kiedy jego wujek Hubert Myers, notabene profesjonalny saksofonista, wręczył mu saksofon altowy, ośmiolatek uzależnił się od ćwiczeń.
„Grałem w domu godzinami – wspominał Rollins w jednym z wywiadów. – Byłem w swoim własnym świecie, pochłonięty marzeniami. Muzyczne pomysły, które przychodziły mi do głowy, były swobodnymi skojarzeniami, dlatego uważam się za wolnego muzyka” – podkreśla saksofonista, który tak naprawdę jest samoukiem.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. sonnyrollins.com

Początki
Po sąsiedzku mieszkał Coleman Hawkins, który stał się idolem młodego Rollinsa. W wieku 12 lat Walter Theodore zaczął grać w zespołach, które tworzyli równie jak on zapaleni do jazzu chłopcy: saksofonista Jackie McLean, pianista Kenny Drew czy perkusista Art Tayloroku Mając 14 lat, zagrał swój pierwszy prawdziwy koncert. Dwa lata później zamienił saksofon altowy na tenorowy. Jako 19-latek rozpoczął karierę profesjonalnego muzyka, a pierwszego nagrania dokonał na początku 1949 roku, z poetą i wokalistą bebopowym Babsem Gonzalezem. Aranżacje napisał J.J. Johnson i to on wprowadził nastolatka w świat wielkiego jazzu. Występy i nagrania z Budem Powellem, Fatsem Navarro, Royem Haynesem zwróciły na niego uwagę.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. sonnyrollins.com

Niestety, wpadł w złe towarzystwo i za napad z bronią w ręku trafił na dziesięć miesięcy za kratki. Wyszedł warunkowo. W latach 1951-53 nagrywał z Charlie Parkerem, Milesem Davisem i Modern Jazz Quartet. Kiedy w 1954 Miles Davis zakładał swój pierwszy słynny kwintet, zaprosił go do współpracy. Na kolejne sesje Sonny, bo taki pseudonim nadali mu koledzy, przynosił znakomite kompozycje. Kilka z nich – „Oleo”, „Airegin” i „Doxy” – zyskało status sztandarowych tematów ery bebopu.
W tamtych latach muzycy łatwo ulegali narkotykowemu nałogowi i tak też się stało z Davisem i Rollinsem. Obaj jednak zwalczyli uzależnienie od heroiny. Davis w domu swojego ojca, co opisał w autobiografii „Ja, Miles”, natomiast Rollins w medycznym ośrodku federalnym w Lexington. Od 1955 roku ponownie występował w kwintecie Davisa. Znaczące nagrania zrealizował z Clifford Brown & Max Roach Quintet, a kiedy Brown tragicznie zginął w wypadku samochodowym, kontynuował współpracę z Roachem.

068 073 Hifi 09 2020 002

Saxophone Colossus
Liczne sesje nagraniowe dla wytwórni Prestige i Riverside umocniły jego pozycję lidera. Ale dopiero szósty album – „Saxophone Colossus”, wydany przez Prestige w 1956 roku – przyniósł mu sławę. Ktoś mógł wtedy powiedzieć, że wydawca nadał tytuł na wyrost, ale niedługo później Bob Weinstock, producent sesji i właściciel wytwórni, okazał się prorokiem. Po prostu miał nosa do talentów.
Album otwierał wspomniany temat „St. Thomas”, oparty na melodii tradycyjnej piosenki w stylu calypso, którą w dzieciństwie śpiewała Rollinsowi matka. Cechą charakterystyczną stylu saksofonisty były wówczas improwizacje na kanwie intensywnego perkusyjnego rytmu, zamiast na melodii czy zmianach akordów, jak wówczas powszechnie grali jazzmani. W zamykającym album utworze „Blue 7” zagrał długą solówkę, która wkrótce doczekała się wnikliwej analizy przez słynnego kompozytora i teoretyka jazzu Gunthera Schullera.
W tym samym roku ukazał się drugi znaczący album Rollinsa – „Tenor Madness”, nagrany z sekcją rytmiczną zespołu Milesa Davisa (Red Garland, Paul Chambers, Philly Joe Jones). W tytułowym utworze dołączył John Coltrane. Po latach niektórzy krytycy przypominali ten moment, zwracając uwagę na możliwy kompleks Rollinsa wobec wyrazistego brzmienia Coltrane’a. Szczególnie w następstwie wycofania się Rollinsa ze sceny i poświęcenia się ćwiczeniom, by wypracować bardziej oryginalny styl, ten aspekt nabierał sensu. Jednak słuchając albumów Rollinsa dzisiaj, trudno w to uwierzyć. Styl jego gry był ekspresyjny, a pozycja w świecie jazzu niezachwiana. Wziął udział w nagraniu legendarnego albumu Theloniousa Monka „Brilliant Corners” i podpisał kontrakt na kilka płyt z najbardziej znaczącą wówczas wytwórnią Blue Note Records.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. sonnyrollins.com

Blue Note
W grudniu 1956 roku wszedł do studia Rudy’ego Van Geldera z młodym, obiecującym trębaczem Donaldem Byrdem i przyjacielem sprzed lat, perkusistą Maksem Roachem. Przy fortepianie usiadł Wynton Kelly, który akurat miał przerwę w koncertach kwintetu Milesa Davisa. Na kontrabasie zagrał sideman Gene Ramey. Była to ostatnia klasyczna, bebopowa formacja pod wodzą saksofonisty. Album miał tytuł „Sonny Rollins”, a ponieważ wkrótce wydano drugą część z nagraniami z tej sesji, Blue Note, wznawiając ten pierwszy, dodało w tytule „vol. I”.
W marcu 1957 roku Rollins znalazł się w Los Angeles, gdzie sesję nagraniową zaoferowała mu prężna na Zachodnim Wybrzeżu wytwórnia Contemporary. Do dziś, dzięki talentowi realizatora Roya DuNanna, słynie ona z audiofilskich nagrań. Rollins postanowił zarejestrować dwie nowe kompozycje autorskie i kilka standardów w trio z kontrabasistą Rayem Brownem i perkusistą Shellym Manne’em. Spotkał się z nimi po raz pierwszy, a sesja zaczęła się o 3 nad ranem, kiedy obaj muzycy mieli za sobą trudy koncertów. Jednak nowa koncepcja zespołu bez instrumentu harmonicznego, jakim zwykle był fortepian, tak podgrzała atmosferę, że po czterech godzinach powstało pół albumu.

Na płytę trafiło sześć utworów, trwających od 5 do 10 minut. Natomiast specjalne wydanie „Deluxe” zawiera alternatywne wersje trzech tematów, trwających dwa razy dłużej. To świadczy o wenie twórczej lidera i tria stworzonego ad hoc. Album jest uważany za jeden z najważniejszych w karierze Rollinsa i otrzymał najwyższe noty krytyków. Sonny stał się najważniejszym saksofonistą tamtych lat, zanim nie przyćmił go John Coltrane.
Warto podkreślić, że to bodaj najlepiej nagrany jazzowy album lat 50. XX wieku. Miłośnikom brzmienia saksofonu Rollinsa i audiofilom polecam wydanie zremasterowane techniką 20bit K2. Jest też jubileuszowe, kosztowne wydanie z okazji 60. rocznicy premiery albumu.
Ciekawostkę stanowi oryginalna fotografia na okładce. Wykonał ją William Claxton, który zasłynął albumem „Jazzlife”, zdjęciami Steve’a McQueena i innych gwiazd Hollywood. Rollins pozuje w stroju kowbojskim, w kapeluszu Stetson, z pasem rewolwerowca, choć bez rewolweru, ale z saksofonem pod pachą. W tle ma rozpaloną słońcem prerię. To był pomysł jazzmana, który w ten sposób uczcił swoją pierwszą podróż na Zachód Ameryki. Na okładce nowego wydania albumu, wzbogaconego dodatkowymi utworami z sesji, wykorzystano inne zdjęcie Claxtona – zbliżenie sylwetki Rollinsa, już bez kapelusza, pod drzewem Jozuego.
W Los Angeles Rollins spotykał się z pionierem free jazzu, saksofonistą Ornette’em Colemanem, z którym godzinami ćwiczył improwizacje i rozmawiał o muzyce. Zaskoczeniem dla fanów były albumy: „The Sound of Sonny” i „This Is What I Do”, na których znalazły się kompozycje popowe. Dla Rollinsa stanowiły punkt wyjścia do wspaniałych jazzowych improwizacji. Koncertowy album tria z perkusistą Elvinem Jonesem „A Night at the Village Vanguard”, wydany w 1958, zakończył współpracę Sonny’ego z Blue Note Records.

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. Polar Music Prize

Doskonalenie
Znaczącą pozycją w dyskografii artysty jest „Freedom Suite” (1958). Utwór tytułowy to 19-minutowa improwizowana suita w bluesowym nastroju. W komentarzu na obwolucie Rollins napisał: „Jak ironiczne jest to, że Murzyn, który bardziej niż ktokolwiek inny może uważać kulturę Ameryki za swoją, jest prześladowany i represjonowany (…)”. W obawie przed bojkotem albumu przez białych właścicieli sklepów wytwórnia Riverside przy kolejnych wznowieniach zmieniła okładkę i tytuł albumu na „Shadow Waltz”.
W 1958 ukazał się też ostatni album wydany przez Contemporary Records – „Sonny Rollins and the Contemporary Leaders”. Ciekawostką był udział gitarzysty Barneya Kessela i wibrafonisty Victora Feldmana (w jednym utworze).

068 073 Hifi 09 2020 002
fot. White House – Ruth David

W 1959 roku saksofonista po raz pierwszy poleciał na tournée do Europy. Występował w Szwecji, Holandii, RFN, we Włoszech i we Francji. Po powrocie zaszył się w swoim mieszkaniu na Manhattanie. Dziś 15-piętrowa kamienica nosi nazwę „The Rollins”. Artysta był sfrustrowany brakiem postępów w grze i na trzy lata zniknął ze scen i studiów. Postanowił poświęcić się wyłącznie ćwiczeniom, narzucając sobie ostry rygor. Nie mogąc grać w mieszkaniu, wychodził pod most Williamsburg i tam szukał swojego nowego brzmienia i harmonii.
„Grałem tam przez 15-16 godzin dziennie, wiosną, latem, jesienią i zimą. Chciałem pracować nad brzmieniem mojego saksofonu. Chciałem zgłębiać harmonię, chciałem się poprawić – powiedział krytykowi Stanleyowi Crouchowi z „The New Yorkera”. – I chciałem się wydostać z tego całego środowiska dymu, alkoholu i narkotyków.”
Po trzech latach intensywnej pracy nad sobą, brzmieniem i muzyką postanowił wrócić do studia. W styczniu 1962 roku w RCA Victor Studio B w Nowym Jorku zjawili się: Sonny Rollins z saksofonem tenorowym, gitarzysta Jim Hall, kontrabasista Bob Cranshaw (ten sam, który towarzyszył mu przez kolejne 55 lat) i perkusista Ben Riley. Recenzje były mieszane, bo spodziewano się rewolucji na miarę free jazzu Ornette’a Colemana. Jednak po latach doceniono album i określono jako „jeden z najwspanialszych, nagranych przez jednego z największych”. W 2015 roku nagranie zostało wprowadzone do Grammy Hall of Fame i stało się klasyką jazzu.

068 073 Hifi 09 2020 002

Nagrody
Następne działania saksofonisty wprawiały krytyków w jeszcze większe zakłopotanie. Rollins stanął na czele awangardowego tria z trębaczem Donem Cherrym i perkusistą Billym Higginsem. Nagrywał ze swoim mentorem z lat młodości Colemanem Hawkinsem i skomponował oryginalną muzykę do filmu „Alfie” (1966), nominowaną do Grammy. Statuetkę odebrał dopiero w 2001 roku za album „This Is What I Do”. Trzy lata później Akademia Muzyczna USA uhonorowała go specjalną statuetką Lifetime Achevement Award. W 2005 roku odebrał jeszcze jedną nagrodę za solówkę w utworze „Why Was I Born?”. W 2011 dostał dwie nominacje za koncertowy album „Road Shows Vol. 2”.

068 073 Hifi 09 2020 002

Jednak najważniejszą nagrodę – Polar Music Prize – otrzymał w 2007 roku w Szwecji jako „jeden z najpotężniejszych i najbardziej osobistych głosów jazzu od ponad 50 lat”.
W czerwcu 2020 roku udzielił obszernego wywiadu Danielowi Kingowi z „New Yorkera”, mówiąc między innymi o jazzie w czasie pandemii: „Jazz musi zachować swoją integralność, swoją duchowość. Jazz musi coś znaczyć. To jest najważniejsze. Wielu wielkich muzyków myśli podobnie. To dobrze. Myślę, że nie powinniśmy lamentować nad faktem, że nie możemy grać w klubach. To minie. Jako muzycy będziemy mogli grać poważny jazz. Myślę, że to zwycięży. Nie będę prorokować, ale mam mocne przeczucie, że jazz będzie silniejszy niż kiedykolwiek i będę miał kolejną szansę, by spróbować odwrócić bieg tego świata”.

 

Janusz Michalski
Źródło: HFM 09/2020