fbpx

HFM

artykulylista3

 

Cztery żywioły w manufakturze platynowych hitów Queen

070 075 032019 001
Queen. Czterech muzyków niczym cztery żywioły współtworzących znakomicie działający organizm. Organizm, który przez lata ewoluował; różnorodny i spójny zarazem. Dziś spróbujemy zajrzeć do zespołu od środka. Weźmiemy pod lupę jedną z najsłynniejszych manufaktur przebojów.

Inspiracją do napisania artykułu był film „Bohemian Rhapsody”. Przed kilkoma miesiącami gościł w kinach, a niespełna kilka tygodni temu ukazał się na Blu-rayu. Kto nie oglądał na wielkim ekranie, niech żałuje. Namiastka koncertu zespołu, który w oryginalnym składzie nigdy nie przekroczył linii Odry, to coś, co trudno docenić na telewizorze. Ale i tak warto.
Film został pomyślany jako familijny, ponieważ wszelkie skandale związane z rozwiązłym życiem Freddiego pozostały w domyśle. Ale zadziałał tak, jak chcieli jego twórcy. Rzesze młodych ludzi znów słuchają Queen.




Historia zespołu sięga końca lat 60. XX wieku. Wtedy to Brian May i Roger Taylor grali w projekcie Smile, a Freddie przychodził na próby i koncerty, doradzał i kibicował. W roku 1970 zaczęli występować razem i szybko zmienili nazwę na Queen. Jak stwierdził Mercury: „To tylko nazwa, ale jest królewska i brzmi wspaniale, a ja lubię otaczać się wspaniałymi rzeczami”.
Przez szesnaście lat zespół zagrał ponad 706 koncertów. Na początku były to mniejsze imprezy klubowe, ale bardzo szybko przerodziły się w gargantuiczne widowiska. W Hyde Parku w Londynie występ Queen obejrzało 150-200 tysięcy ludzi (18.09.1976), pięć lat później w Sao Paulo w Brazylii – 131000 (20.03.1981). Koncert w Rio de Janeiro (12.01.1985) zgromadził 250000 fanów, a w Knebworth Park w Wielkiej Brytanii (09.08.1986) – 120000. Warto zaznaczyć, że ostatni z wymienionych koncertów był także ostatnim w karierze grupy. Stało się tak nie przez wzgląd na stan zdrowia Freddiego, który w tamtym czasie wciąż był w dobrej formie, ale z uwagi na fakt, że według zespołu formuła koncertowa lekko się wyczerpała i nadszedł czas, by się skupić na działalności studyjnej.

 

070 075 032019 002

 

A ta była nie mniej imponująca. Przez dwie dekady Queen nagrali piętnaście albumów, z których pochodzi ponad czterdzieści wielkich przebojów, nie licząc piosenek ogólnie lubianych i rozpoznawanych przez szeroką publiczność. Popularność zdobyli na całym świecie – uwielbiano ich po dwóch stronach Atlantyku, co wcale nie jest regułą.
Dziś przeanalizujemy jedynie creme de la creme największych hitów zespołu. Przysłuchamy się im, uwzględniając kompozytorów z utalentowanej czwórki, a trzeba wiedzieć, że w samym zespole pojawiały się na tym tle nieścisłości. Nad szczegółami pracowali wszyscy, ale wzięliśmy pod lupę kompozycje przypisywane konkretnym członkom. Ktoś przynosił do studia riff, podstawowe frazy, główne tematy i od tego się zaczynało udoskonalanie całości. Jako że wszystkich aspektów i każdego dźwięku poruszyć zwyczajnie nie sposób, przedstawiamy mocno telegraficzny skrót.

 

070 075 032019 002

 



John Deacon
John Richard Deacon urodził się 19 sierpnia 1951 roku. To najmniej zauważalny członek zespołu. Inżynier elektryk, basista. Człowiek uroczy, skromny i lekko zagubiony. Każdy fan wiedział, że John Deacon to „ten cichy”. Instrumentalnym fachem nie ustępował jednak kolegom. Otrzymując niewdzięczne zadanie współtworzenia prostej sekcji rytmicznej, w której nie ma miejsca na popisy, z wdziękiem i konsekwencją dotrzymywał kroku pozostałym.
W sferze kompozycji Deacon był dla zespołu niczym tajna broń, a jego pomysły nierzadko okazywały się bardzo chwytliwe.
Dziś nie uczestniczy w koncertowym składzie zespołu, grającego w towarzystwie Adama Lamberta, ale pozostaje oficjalnym członkiem Queen. Żyje spokojnie, na obrzeżach Londynu. Ma żonę polskiego pochodzenia i szóstkę dzieci.
5. „You’re My Best Friend” („A Night at the Opera”, 1975)
Utwór ma solidną podstawę rytmiczną. Główna linia podkładu nie przebiega jednak na wysokości gitary basowej, a przez pianino elektryczne. Nie ma w tym nic dziwnego. Nawet Pat Metheny ponoć chętniej komponuje przy klawiaturze niż na gitarze.
„You’re My Best Friend” to jednak nie tylko rytm, ale także wpadająca w ucho melodia. Według filmu, utwór był brany pod uwagę jako bezpieczna alternatywa dla rewolucyjnego singla „Bohemian Rhapsody”. Na szczęście, tak się nie stało, choć w końcu i on okazał się hitem. Tekst opowiada o bardzo szczęśliwym związku, w którym wszystko jest idealne, a ukochana podmiotu lirycznego jest jednocześnie jego najlepszym przyjacielem.
4. „Cool Cat” („Hot Space”, 1982)
W tej opowieści o uroczym szpanerze Freddie brzmi trochę jak Smokey Robinson, a zespół buduje wyciszony, funkujący podkład. Kompozycja jest jedną z najciekawszych z tego elektronicznego albumu. Słychać, że nie wyszła od basowego riffu, a Deacon, komponując całość, myślał raczej o tym, by było to ogólnie frapujące i przyjemne.
3. „Friends Will Be Friends” („A Kind of Magic”, 1986)
Cudowny hymn na imprezy. Proste przesłanie i pewna poczciwość, pasująca do Deacona. Utwór mógł spokojnie powstać w latach 70. XX wieku. Wówczas aranż byłby mniej elektroniczny, ale nadal brzmiałby czadowo.
Rzadko zaaranżowane zwrotki, gęste i wzniosłe refreny, a wszystko podane według obowiązujących w roku 1986 trendów. Nie brakuje też sprzęgającej gitary i wieloosobowego chóru, śpiewającego frazę tytułową.
2. „I Want to Break Free” („The Works”, 1984)
Teledysk do tego utworu był zakazany w USA. Amerykanom nie spodobały się wygłupy Angoli poprzebieranych w damskie ciuchy. Dziwne, przecież to typowy brytyjski kabaret.
Piosenka opowiada o życiu zmarnowanym przez nieudany związek i pragnieniu wyrwania się na wolność. Tempo muzyki jest średnie, z niesamowitą motoryką i wpadającą w ucho melodią. Warto zaznaczyć, że owa motoryka jest oparta nie tylko na basie, ale również na bardzo nowoczesnej, jak na tamte czasy, elektronice. Deacon naprawdę był tajną bronią zespołu, jeżeli chodzi o tworzenie przebojów.
1. „Another One Bites The Dust” („The Game”, 1980)
Zespół nie był przekonany, czy w ogóle dawać to na singiel, ale podobno sam Michael Jackson uznał kawałek za genialny i powiedział, że bardzo im go zazdrości. Rzeczywiście, jest w tym utworze coś funkowego i czarno-ortodoksyjnego, mimo że grają go białasy z Wielkiej Brytanii. Hip-hipowy świat go uwielbia i często sampluje basowy motyw, a wersje taneczne i remiksy trudno zliczyć. Deacon, mniej lub bardziej świadomie, odwalił kawał fantastycznej roboty. A przecież zaczęło się od sprężystej zagrywki na preclu (jak pieszczotliwie mówią basiści o Fenderze Precision).
Konkluzja: John Deacon wniósł do muzyki Queen nie tylko elementy funkowe, ale także ciekawe spojrzenie na elektronikę. Ten drugi aspekt pojawił się dopiero w latach 80. XX wieku, gdyż wcześniej band unikał syntezatorów, bazując wyłącznie na naturalnych brzmieniach. Kompozycje Deacona są bardzo atrakcyjne pod względem rytmicznym. Najbardziej taneczne motywy w twórczości zespołu pochodzą, paradoksalnie, właśnie z jego utworów.

 

070 075 032019 002

 

Brian May
Brian Harold May urodził się 19 lipca 1947 roku. W młodości, z powodu braku funduszy na poważny instrument, skonstruował z pomocą ojca inżyniera własny i, jak się okazało, niepowtarzalny model gitary. Uroczy, kompaktowy sześciostrunowiec nazywa się Red Special, a ponieważ drewno pochodziło ze starego kominka, czasem określany jest także mianem Fireplace. Brzmienie jest obiektywnie średnie, ale za to unikatowe. Do tego dochodzi gra Briana Maya, który swym talentem i fachem inspiruje kolejne pokolenia gitarzystów. Jego zadziorne brzmienie zawsze stanowiło kontrapunkt dla lirycznej woltyżerki Mercury’ego.
Charakterologicznie May zawsze wydawał się dżentelmenem. Stanowczym, silnym, ale wrażliwym. Muzyka w jego życiu to nie wszystko. W roku 2007 obronił zaległy – jeszcze z lat siedemdziesiątych – doktorat z astronomii. Praca nosi tytuł „Prędkości radialne w zodiakalnej chmurze pyłu kosmicznego”.
5. „Now I’m Here” („Sheer Heart Attack”, 1974)
Dla osób zainteresowanych sferą hi-fi ten utwór ma wymiar historyczny. Stanowi bowiem podręcznikowy przykład zabawy stereofonią. Muzycznie to szalona rockowa jazda, nie pozbawiona jednak uroku i melodyjności. Przez wzgląd na pewną dyscyplinę riffową brzmi nieco w stylu The Rolling Stones, ale prócz stałych elementów mamy do czynienia z porywającymi, wielogłosowymi refrenami, których u Stonesów się nie spotyka.
4. „Hammer to Fall” („The Works”, 1984)
Mimo że kompozycja powstała w czasach bardziej przyjaznych syntezatorom niż gitarom, riff brzmi jak ze złotej ery rock’n’rolla. Został wpleciony w legendarny set na Live Aid i zabrzmiał świetnie po brawurowo wykonanym „Radio Gaga”.
3. „Who Wants to Live Forever” („A Kind of Magic”, 1986)
Utwór ukazuje łagodne, liryczne oblicze Maya. Pastelowe plamy klawiszowe z Yamahy DX7 budują podstawę akordową, by potem powoli ustąpić miejsca potężnym, dramatycznym riffom gitarowym. Jednak znaczna część utworu to niemal ambient. Warto też wspomnieć o przestrzennej solówce, która pojawia się w części zwieńczającej.
Warstwę wokalną dzielą pomiędzy siebie May i Mercury. A tekstowo? No cóż, utwór nabrał jeszcze większej mocy z odejściem Freddiego, choć początkowo stanowił jeden z głównych motywów ścieżki dźwiękowej filmu „Nieśmiertelny” z Christopherem Lambertem.
2. „Fat Bottomed Girls” („Jazz”, 1978)
Co oni mieli z tymi wielkimi tyłkami? Motyw szczodrze obdarzonych dziewczyn pojawia się również w „Bicycle Race”. Generalnie chodzi o to, że te, co mają duże pupy, są fajniejsze, bo wiedzą, o co chodzi i nie krępują się zaspokajać swoich potrzeb. Muzycznie utwór to wspaniała gitarowa bujanka, idealna na koncerty. Ale wielkim plusem kompozycji Maya jest to, że nie zapominał również o chwytliwych liniach wokalnych.
1. „We Will Rock You” („News of the World”, 1977)
Idealny rozgrzewacz na początek występu. Słowo „rock” to skała, ale też bujanie się. Utwór został oparty na rytmicznym klaskaniu. Od początku towarzyszy mu linia wokalna, zmieniająca się w refrenie w chuligański wielogłos. Dopiero w ostatniej części wchodzi pełny skład, z gitarą na froncie.
Konkluzja: Jeśli May, to – rzecz jasna – riffy. Jego kompozycje są najbardziej gitarowe ze wszystkich. Do tego dochodzą zapętlające się frazy i porywające solówki. Choć warto zaznaczyć, że te ostatnie pojawiały się niemal we wszystkich utworach zespołu.

 

070 075 032019 002

 


Roger Taylor
Roger Meddows-Taylor urodził się 26 lipca 1949 roku. Obok Freddiego to największy ancymon w składzie. Jednocześnie niesamowity perkusista – jeden z tych bębniarzy, którzy grają wszystko, nie grając prawie nic. Jego styl nie był jednak ascetyczny. Kiedy trzeba, Taylor grał bardzo w punkt, kiedy było można, inteligentnie się wygłupiał.
Ciężko pracował na sukces zespołu, choć mógł zostać stomatologiem; właśnie ten kierunek początkowo studiował. Później przeniósł się na biologię, by ostatecznie odpuścić sobie temat edukacji i zająć się wyłącznie Queen.
5. „I’m in Love With My Car” („A Night at the Opera”, 1975)
Ten utwór wiele osób odebrało jako żart. Nie zrozumie go jednak tylko ten, kto nigdy nie miał fajnego auta. A Taylor jest znany z tego, że uwielbia piękne maszyny oraz wyścigi samochodowe. Kompozycja jest tak gitarowa, że równie dobrze mogła wyjść spod rąk Briana Maya. A jednak nie. Taylor komponował różne rzeczy i trudno jednoznacznie zdefiniować jego styl. Warto zaznaczyć, że główny wokal w tym utworze to także robota perkusisty. Nikt z takim przekonaniem nie umiał zaśpiewać hymnu do samochodu.
4. „The Invisible Man” („The Miracle”, 1989)
Ta piosenka spokojnie mogłaby się znaleźć na „Achtung Baby” U2. Legendarna płyta irlandzkiego kwartetu ukazała się jednak dwa lata później.
Kompozycja jest oparta na motorycznym riffie basowym i inteligentnie wplecionych wstawkach klawiszowych. Strukturę wzbogacają sample wokalne, zapowiadające partie kolejnych członków zespołu. Jest barwnie, elektronicznie, a nawet transowo. Kulminacją utworu okazuje się jednak rockowa jazda, kiedy „hipnotyczna” część się zatrzymuje i ustępuje miejsca mocniejszemu graniu. Pudełko pełne niespodzianek.
3. „These Are the Days of Our Lives” („Innuendo”, 1991)
W warstwie tekstowej utwór stanowi głęboko refleksyjne wyznanie, które dopadło podmiot liryczny u schyłku życia. Choć autorem kompozycji jest Roger Taylor, nietrudno się domyślić, że opisywana słodko-gorzka myśl może mieć związek z odchodzącym Freddiem. Nie podano, kto napisał tekst, ale biograficzne skojarzenia wydają się nader klarowne.
Muzycznie jest to spokojna, wyciszająca pieśń, oparta głównie na etnicznych bębnach Taylora, które częściowo zastępują konwencjonalną perkusję, oraz na nowoczesnych plamach klawiszowych, wypełniających przestrzeń pięknymi barwami. Moment kulminacyjny stanowi atrakcyjna solówka Briana Maya. To najlepszy dowód, że Taylor nie zachowywał się egoistycznie, a myślał o muzyce jako o całości.
2. „A Kind of Magic” („A Kind of Magic”, 1986)
Niby nic. Niby prosty, niemal dyskotekowy utwór, a jednak coś w sobie ma. Stał się nie tylko fantastyczną wizytówką swoich czasów, ale także świetnym przykładem na to, że nie trzeba specjalnie kombinować, by było dobrze. Motywy i tematy działają na wyobraźnię, a sekcja rytmiczna brzmi jak najbardziej wysmakowana synteza rocka i disco.
1. „Radio Gaga” („The Works”, 1984)
Testament starego świata dla nowych czasów. List z przeszłości, ale też wskazówka, jak nie wysadzić się w powietrze poprzez kumulację wszechogarniającej głupoty. Pierwsza warstwa liryczna, będąca apostrofą do radia sensu largo, z epoki, kiedy było wspaniałym zjawiskiem, jest tylko pretekstem do przekazania czegoś więcej: głębokiej troski o standardy nie tylko estetyczne, ale i moralne.
Piosenka została zbudowana na relatywnie chwiejnych konstrukcjach rytmiczno-oscylatorowych. Chwiejnych dlatego, że nie słychać żadnej automatyki, która oczywiście jest obecna, ale nie narzuca się komputerowym charakterem. Być może właśnie dzięki temu całość do dziś brzmi świeżo. Wszystko sprawia wrażenie, jakby miało się za chwilę rozpaść, a jednak napiera do przodu na naturalnym, organicznym feelingu.
Sekwencery z zegarem istniały wówczas dopiero od kilku lat, ale panowie z Queen umieli je wykorzystać, nie zabijając naturalnego charakteru muzyki. Brzmi to bardziej jak zwykły rockowy skład, podrasowany syntetycznymi próbkami bębnów, fretlessem Deacona i seksownym Rolandem Jp-08 oraz przestrzennym Oberheimem OBX. To wszystko sprawia, że utwór zapada w pamięć na zawsze.
„Radio Gaga” miało pierwotnie trafić na solową płytę Rogera Taylora. Ale Mercury uznał, że jest tak dobre, iż powinno się znaleźć na kolejnej płycie Queen.
Konkluzja: Utwory Taylora są bardzo pomysłowe. W aranżacjach dzieje się tyle, że aż trudno za pierwszym razem połapać się, o co chodzi. Są budowane tak, jakby twórca chciał przykryć efektami specjalnymi rzekome braki kompozytorskie. Dziwne, bo przecież podstawowe linie melodyczne są zwykle bardzo udane, a rytmy porywają.
Trudno mówić o jednoznacznym stylu perkusisty jako kompozytora. Na pewno można jednak stwierdzić dwie rzeczy: po pierwsze, dowcipy o niesłyszących bębniarzach mają się nijak do Taylora; a po drugie – miał on zawsze dużo do powiedzenia.

 

070 075 032019 002

 


Freddie Mercury
Farrokh Bulsara urodził się w roku 1946 w Zanzibarze. W młodości przeniósł się wraz z całą rodziną do Anglii i tam poznał kolegów, z którymi później utworzył legendarny zespół.
Inklinacje artystyczne, nie tylko muzyczne, zdradzał od samego początku. To on zaprojektował herb grupy. W Wielkiej Brytanii czuł się jak ryba w wodzie. Od dzieciństwa fascynował się kulturą Zachodu. Pod koniec lat 60. XX wieku. prowadził z Taylorem stoisko z używanymi ubraniami i rysunkami. Panowie zamknęli je na jeden dzień, gdy dowiedzieli się o śmierci Jimiego Hendriksa. Następne dwie dekady to wielka kariera, ale też ciężka praca. Upadki, wzloty, bizantyjskie imprezy i dramat ciężkiej choroby, która towarzyszyła wokaliście przez ostatnich dziesięć lat życia.
O Freddiem powstała już niejedna książka, dlatego każde dodatkowe zdanie o jego biografii będzie tu bez sensu. Darujemy sobie także przytaczanie smutnej historii związanej z odejściem Mercury’ego w roku 1991. Młodszym czytelnikom przypominam jedynie, że na AIDS wtedy jeszcze się umierało, a żadne dostępne leki nie pomagały.
5. „Killer Queen” („Sheer Heart Attack”, 1974)
„W pięknym kredensie trzyma Moet et Chandon,
Niech jedzą ciastka – mówi – zupełnie jak Maria Antonina.”
Nie zostało wyjaśnione, o kim to piosenka, ale widocznie była w otoczeniu jakaś zgryźliwa piękność, która wszystkich elektryzowała. Pierwszy prawdziwy hit zespołu. Najlepszy dowód, że materia kompozycji dla Mercury’ego nie miała żadnych granic. Utwór jest tak melodyjny, a jednocześnie tak bardzo klasyczny, że mógł powstać nawet sto lat wcześniej i wejść do repertuaru operetkowego lub wodewilowego.
4. „Don’t Stop Me Now” („Jazz”, 1978)
Utwór – petarda; wyciąga z największego dołka. Podmiot liryczny prosi: „nie zatrzymuj mnie”, porównując się do legendarnej Lady Godivy czy seksmaszyny gotowej do przeładowania. Muzycznie można go porównać do urockowionej wersji twista z najlepszych lat tego gatunku. To rock’n’roll, ale pełen ciekawych zwrotów akcji, zmian tempa, z uroczystym intro oraz wygaszającym outro.
3. „We Are The Champions” („News of the World”, 1977)
Ten utwór znają wszyscy. Jego zwycięski klimat sprawił, że połączył się z ważnymi wydarzeniami sportowymi. W kontekście zespołu i jego twórczości ma jednak wymiar autoterapeutyczny. Krytycy muzyczni specjalnie za Queen nie przepadali. Grupa cały czas musiała coś udowadniać. Sytuacja liryczna pokazuje moment, kiedy samemu trzeba stwierdzić, że osiągnęło się coś ważnego. Nikt bowiem tego za nas nie zrobi. I nie chodzi o bezrefleksyjne powtarzanie, że jest się zwycięzcą. Raczej o świadomość pracy, jaką się wykonało i szacunek dla niej.
Muzycznie to typowy stadionowy hymn. Melodyjny, wzniosły, piękny i uroczysty, choć nie pozbawiony nutki nostalgii.
2. „Innuendo” („Innuendo”, 1991)
Błaganie i wołanie. Nie przejmujmy się głupotami. Zwracajmy uwagę na całość. To może dotyczyć kryzysu w związku, ale także postaw ogólnoludzkich. „Innuendo” to „insynuacja”, „przytyk”.
„Jeśli Bóg istnieje lub jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie,
jeśli jest sens, powód, by żyć lub umrzeć,
jeśli istnieją odpowiedzi na pytania, które wciąż nam się nasuwają –
pokaż siebie, zniszcz nasze lęki, zdejmij tę maskę...”
Kompozycja pochodzi z najbardziej dojrzałej, dostojnej i poważnej płyty Queen. Ostatniej, która powstała, gdy Freddie jeszcze żył. Atmosferę „wielkiego testamentu” czuje się tu niemal na każdym kroku. Nie inaczej jest w przypadku niniejszej pieśni. To bardzo progresywny utwór, ze zmiennym tempem i rozbudowaną strukturą. W większości oparty na mocnym, zeppellinowskim rytmie, przywodzącym na myśl tak wielkie kompozycje jak np. „Kashmir”. W środkowej, „hiszpańskiej” części, gdzie zespół bardzo zgrabnie nawiązuje do flamenco, na gitarze akustycznej gra Steve Howe z grupy Yes.
1.„Bohemian Rhapsody” („A Night at the Opera”, 1975)
O tym utworze napisano właściwie wszystko. Art rock wyniesiony do rangi hitu światowych list przebojów. Tryptyk składa się z części balladowej, operetkowej i rockowej, by w końcowej fazie wygasnąć we wdzięcznym outro. Niemożliwe połączenie elementów wzruszających, komediowych i dynamicznych. Dlatego na zawsze zapisał się w annałach muzyki.

 

070 075 032019 002

 


Konkluzja: Mercury jako kompozytor to nieskrępowana erudycja i wielka swoboda. On naprawdę uważał, że wszystko mu wolno i był w swej bezczelności uroczy. Jego utwory były najbardziej teatralno-operowymi ze wszystkich. Większość z nich spokojnie można by uznać za znakomicie pasujące do nieistniejącego musicalu. W stylu Freddiego nie było granic pomiędzy rockiem a wodewilem; pomiędzy wzniosłością a kiczem. Mercury doskonale o tym wiedział i świadomie bawił się wszelką konwencją. Paradoksalnie, to właśnie jego kompozycje najbardziej pasowały do przypisywanego grupie nurtu, zwanego rockiem progresywnym. W latach siedemdziesiątych był to gatunek popularny i pożądany. Queen wyniosło go na wyżyny szlachetnej radiowej komercji.

 

070 075 032019 002

 


Podsumowanie
Czterech muzyków niczym cztery żywioły. Deacon był niby spokojny, ale pisał energiczne i zdyscyplinowane utwory. May to dynamiczna i zadziorna gitara, a więc kompozycje najbardziej rockowe. Taylor to piosenki melodyjne i pełne niespodzianek. Mercury natomiast zadziwiał liryczną woltyżerką, podróżami w kierunku repertuaru klasycznego i rozszerzaniem granic. Cóż za różne światy! A jednak dało się to wszystko ze sobą pogodzić i stworzyć jeden z najlepszych zespołów w historii muzyki.

Michał Dziadosz
Źródło: HFM 03/2019


Pobierz ten artykuł jako PDF