fbpx

HFM

artykulylista3

 

Wanda Wiłkomirska i cztery struny świata

064 069 HIFI 07 2018 001
„Zagrałam pierwszą nutę i obudziłam się z oklaskami. Nie pamiętam, jak grałam. Był to totalny trans.”
Wanda Wiłkomirska o koncercie w Carnegie Hall (1961)




Skrzypiąca królewna
Ojcowie zwykle rozpieszczają córki i nazywają swoimi księżniczkami. Alfred Wiłkomirski mianował Wandę królewną nie po to, by nosić ją na rękach. Wanda miała osiągnąć to, co jemu się nie udało: zrobić wielką karierę wiolinistyczną. Miała też być ostatnim ogniwem w rodzinnym triu instrumentalnym: skrzypce – Wanda; wiolonczela – Józef – starszy o trzy lata brat Wandy; fortepian – Dorota, matka Wandy i Józefa.
Była to już druga edycja przemyślnego projektu Alfreda. Pierwsze trio sformował ćwierć wieku wcześniej z dzieci z pierwszego małżeństwa: Kazimierza (wiolonczela), Michała (skrzypce) i Marii (fortepian). Niestety, Michał, wspaniale się zapowiadający wirtuoz, u progu dorosłości zapadł na ciężką cukrzycę. Dzięki słynnemu Hubermanowi wyjechał, co prawda, na stypendium do Francji, a potem do Stanów Zjednoczonych, ale stan zdrowia nie pozwolił mu na intensywne koncertowanie i podróże. Osiadł w USA i niemal zupełnie zrezygnował z publicznych występów. Zajął się hodowlą koni i uprawą pomarańczy. Występował incydentalnie, a w 1972 roku wrócił do Polski.

064 069 HIFI 07 2018 002

Ojciec
Alfred Wiłkomirski (1873-1950), skrzypek, altowiolista, pedagog i animator życia muzycznego, urodził się w Azowie nad Donem, a kształcił w Tbilisi i w Moskwie. Dzieci z małżeństwa z Anielą Kułaszowską urodziły się w Moskwie i tam też zaczęły się uczyć i występować. Natychmiast po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku Alfred przyjechał do ojczyzny i zamieszkał w Kaliszu. Założył tu szkołę muzyczną, organizował koncerty.
Kilka lat po śmierci Anieli ożenił się po raz drugi, z własną uczennicą, Dwojrą (Dorotą) Temkin (1901-1986). Małżeństwo ze starszym o 28 lat mężczyzną, artystą, w dodatku katolikiem, dla którego Dorota porzuciła judaizm, ochrzciła się i z którym wzięła ślub kościelny, sprawiło, że zamożna żydowska rodzina ją wyklęła i wydziedziczyła. Ale związek okazał się trwały i udany – oparty na uczuciu i wspólnych zainteresowaniach.

064 069 HIFI 07 2018 002

Alfred, mimo biegłości technicznej, nie zrobił kariery solistycznej. Nie potrafił opanować paraliżującej tremy. Spełniał się zatem głównie jako pedagog, zresztą Dorota również została nauczycielką muzyki (opracowywała też materiały do nauki gry na fortepianie) i wizytatorką szkolnictwa muzycznego. Urodziła dwoje dzieci: Józefa (w 1926 roku, w Kaliszu; on jedyny z całej piątki rodzeństwa jeszcze żyje) i Jolantę Wandę (11 stycznia 1929 w Warszawie). Do śmierci Alfreda rodzina mieszkała głównie w Łodzi.
Ku swej radości i dumie, Alfred wcześnie zbadał, że dwójka malców z drugiego małżeństwa ma słuch absolutny. Siadał przy fortepianie, rozcapierzał palce i uderzał jednocześnie w dziesięć klawiszy, a dzieci, nie patrząc, musiały nazwać wszystkie dźwięki.
Ojciec zadecydował, że Józef będzie się uczył grać na wiolonczeli. Pięcioletnia Wanda dostała skrzypce; malutkie, tak zwane ósemki. Pierwsze ćwiczenia trwały dziesięć minut dziennie, po paru latach dziewczynka doszła do sześciu godzin. Pierwszy koncert dała w kuchni, dla mamy, a przed prawdziwą publicznością zadebiutowała jako siedmiolatka. Pedagogiem Józefa i Wandy był ojciec, który uważał, że chodzenie do szkoły ogólnokształcącej jest stratą czasu. Program szkoły powszechnej dzieci przerabiały w domu i zdawały egzaminy eksternistycznie; nota bene podobny model edukacji domowej przyjęto w rodzinie znanego skrzypka Yehudiego Menuhina.

064 069 HIFI 07 2018 002

Ojciec był surowy, ale sprawiedliwy. Nie należał to tych sadystów-frustratów, którzy biją po palcach i poniżają. W rodzinach muzycznych za absolutnie naturalne uważa się codzienne ćwiczenie i podporządkowanie innych zajęć muzyce. Matka wynegocjowała dwa, słownie: dwa dni w roku wolne od grania – były to pierwsze dni świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Wanda wspominała, że ojciec w te dni wydawał się smutny i zagubiony; korciło ją nawet, aby sprawić mu przyjemność i odbyć codzienną lekcję.
W czasie okupacji Wiłkomirskim udało się uniknąć Zagłady. Nie poszli do łódzkiego getta. Alfred, który miał wielu uczniów Niemców, wystarał się o zezwolenie na wyjazd dzieci do rodziny w Warszawie. To wtedy Wanda dowiedziała się o swoim żydowskim pochodzeniu, a także o tym, że nikomu nie wolno zdradzić tej tajemnicy. Zaczęła chodzić do prywatnej szkoły. Po raz pierwszy w życiu miała koleżanki. O tym, że jest Żydówką i co jej groziło w czasie wojny, powiedziała im dopiero czterdzieści lat później.

064 069 HIFI 07 2018 002

Krewni w Warszawie oczywiście również byli związani z muzyką, więc Józef i Wanda kontynuowali ćwiczenia. I, jako że Wiłkomirscy z dziada pradziada to patrioci, rodzeństwo wstąpiło do konspiracji. Wanda była harcerką Szarych Szeregów, roznosiła gazetki. Józef wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po zniszczeniu Warszawy przedarli się do Łodzi. Matka już straciła nadzieję, że ich kiedyś zobaczy. Ojciec, ma się rozumieć, natychmiast przywrócił reżim ćwiczeniowy.
Kiedy do Łodzi weszła Armia Czerwona, Wiłkomirscy znów przeżyli chwile grozy, poniekąd za przyczyną muzyki, ale w tym przypadku muzyka przyniosła również ocalenie. Zwabieni dźwiękiem skrzypiec ćwiczącej Wandy, do drzwi zastukali sowieccy żołnierze. Polska rodzina przygotowała się na najgorsze: grabież, gwałt, śmierć. Ale rosyjski oficer chciał posłuchać muzyki. Ojciec kazał Wandzie wykonać „Serenadę melancholijną” Czajkowskiego. Powiedział: „Grasz o życie”. Zagrała i wygrała.
Nastał pokój, a wraz nim – odbudowa instytucji muzycznych. W 1947 roku Wanda ukończyła w Łodzi konserwatorium w klasie Ireny Dubiskiej i wyjechała na studia do Budapesztu.

064 069 HIFI 07 2018 002

Zaprosił ją Ede Zathureczky, węgierski wirtuoz i świetny pedagog. Obiecał Wandzie, że zrobi z niej gwiazdę. Zaczął od tzw. korekty ręki, czyli mozolnego odzwyczajania jej od dotychczasowego układu dłoni na gryfie i budowania nowych nawyków. Dla osiemnastoletniej instrumentalistki, laureatki międzynarodowych konkursów (Genewa, Budapeszt), była to operacja bolesna i w pewnym sensie upokarzająca, ale przyniosła efekt – większą swobodę ruchów, siłę palców, precyzję artykulacji. Słowem – mogła teraz grać i szybciej, i z większym wyczuciem. Kiedy przyjechała do Polski na wakacje i zaprezentowała swoją skrzypcową formę dotychczasowej profesorce, Dubiska skwitowała to lekceważąco: „U mnie grałaś lepiej”. Wtedy Wanda przysięgła sobie, że nigdy nie zakwestionuje osiągnięć czyjegoś pedagoga. Na razie nie wyobrażała sobie, że sama kiedyś będzie uczyła, ale gdy przyszedł na to czas – dotrzymała słowa.

064 069 HIFI 07 2018 002

W Budapeszcie mieszkała w zatłoczonym akademiku i miała skromne stypendium. Postanowiła dorobić w orkiestrze. Po trudnym przesłuchaniu przez dwa sezony zasiadała w kanale orkiestrowym opery. W Budapeszcie zaręczyła się z kolegą ze studiów, lecz na wieść o jego niewierności, odesłała pierścionek.
W roku 1950 zdobyła drugą nagrodę na Konkursie Bachowskim w Lipsku i została przez władze wyznaczona (tak to ujmowała) na przyszłą laureatkę prestiżowej polskiej imprezy – Konkursu im. Wieniawskiego, którego najbliższa edycja miała się odbyć w 1952 roku w Poznaniu. Do zmagań konkursowych przygotowywał ją legendarny Tadeusz Wroński. Wydawało się oczywiste, że w finale (bo nikt nie wątpił, że dojdzie tak daleko) artystka wykona z orkiestrą Koncert skrzypcowy Karłowicza. Traf jednak chciał, że usłyszała I koncert Szymanowskiego i z dnia na dzień zmieniła plany. Profesor Wroński zgodził się – pod warunkiem, że opanuje utwór w ciągu tygodnia. Udało się, a w finale Wanda zagrała wspaniale; oklaski po jej występie trwały 20 minut.
Zdobyła drugą nagrodę (ex aequo z Julianem Sitkowieckim). Zwyciężył Igor Ojstrach, zaś I koncert skrzypcowy Szymanowskiego na zawsze stał się perłą w jej repertuarze.

064 069 HIFI 07 2018 002

Sukces
W roku 1955 Wanda zagrała na otwarciu odbudowanego gmachu Filharmonii Narodowej w Warszawie i przez 22 lata była główną solistką współpracującą z zespołem warszawskich filharmoników i jego dyrygentami: Witoldem Rowickim, Stanisławem Wisłockim, Antonim Witem. „Ja się nie zrobiłam sławna z dnia na dzień. Czułam, jak ta orbita się poszerza” – wyjaśniała po latach. Ewolucja – a nie rewolucja; codzienna praca, ćwiczenia, pokora wobec muzyki i lojalność wobec wszystkich, z którymi dane jej było kooperować. Wszak solista wiolinista niemal nic nie zdziała sam – potrzebuje akompaniatora, orkiestry i dyrygenta, wreszcie – impresaria, który zadba o sprawy organizacyjne.
W telegraficznym skrócie wspominała: „Kiedy wróciłam po studiach [w Budapeszcie] w 50. roku, jak wiadomo, trwała komuna. Ten system miał bardzo niemiłe strony, ale i jedną pozytywną: niewiarygodnie promował sportowców i artystów. Posłali mnie do Londynu i tam zagrałam nie tylko w ambasadzie, ale i w Wigmore Hall, w kameralnej, ale znanej na cały świat sali. Zaproszono agenta, który od razu podpisał ze mną umowę i po recitalu grałam z orkiestrami londyńskimi i angielskimi. Londyn wyprowadził mnie do Europy, a Witold Rowicki – w szeroki świat. Z Filharmonią Narodową pojechaliśmy do Nowego Jorku – był to pierwszy w tym mieście występ polskich filharmoników – i tam pojawił się wspaniały, kochający Polskę Artur Rubinstein. Przyciągnął ze sobą Sola Huroka, króla impresariów, który żył jeszcze 20 lat i przez 20 lat grałam po kilka koncertów w Stanach i w Kanadzie. To jest to: miałam genialnych impresariów”.

064 069 HIFI 07 2018 002

Nie tylko impresariów. Miała szczęście do artystów, którzy potrafili współtworzyć znakomite interpretacje (pianiści: Andrzej Ratusiński, Tadeusz Chmielewski, Geoffrey Parsons, Antonio Barbosa; brat Kazimierz i siostra Maria, z którymi po wojnie uformowała trzecią odsłonę Tria Wiłkomirskich). Miała także szczęście, że wokół niej znajdowali się prawdziwi przyjaciele-profesjonaliści, którzy – tak jak np. kompozytor Kazimierz Serocki – nie wahali się szczerze mówić o mankamentach jej gry. Skromna i rozsądna, przyjmowała takie uwagi jak najcenniejsze wskazówki.
Z równą powagą traktowała występ w Nowym Jorku, jak w Nowym Mieście nad Pilicą. Twierdziła: „Tam ludzie też mają uszy”. Zdarzało jej się zrezygnować z intratnej zagranicznej propozycji, jeśli dany dzień miała już zarezerwowany dla melomanów na polskiej prowincji.
Zjeździła cały świat – ponad 50 krajów na wszystkich kontynentach. Jej recital zainaugurował koncerty nie-operowe w słynnej Operze w Sydney. Na otwarciu sali Barbican Hall w Londynie zagrała Koncert skrzypcowy Brittena pod batutą Ericha Leinsdorfa.
Na liście dyrygentów, z którymi wystąpiła, są tak wielkie nazwiska, jak: Klemperer, Boulez, Kletzki, Barbirolli, Sawallisch, Masur, Mehta, Bernstein. Z niektórymi połączyła ją długoletnia przyjaźń (jak z sir Johnem Barbirollim, który z szacunkiem zaakceptował jej wizję interpretacji Brittena). Z innymi – rozstawała się bez żalu po jednym koncercie – jak z Leonardem Bernsteinem, który z poczuciem wyższości narzucił jej absurdalne tempo w Koncercie skrzypcowym Czajkowskiego.

064 069 HIFI 07 2018 002

Najbardziej lubiła „nuty, z których nikt wcześniej nie grał” – tak określała dedykowane jej utwory. Współcześni kompozytorzy polscy chętnie powierzali jej prawykonania nowych dzieł („Capriccio” Pendereckiego, V i VII Koncert skrzypcowy Bacewiczówny, „Expressions” Bairda, Sonata Maciejewskiego).
Oczywiście miała swoje sympatie i antypatie repertuarowe, jednak, koniec końców, wyznawała: „Jestem poligamiczna. Lubię bardzo, bardzo wiele. […] Ale gdybyście mnie przycisnęli i dopytywali na przykład o to, bez jakiego kompozytora nie wyobrażam sobie życia, to tak przyciśnięta, odpowiedziałabym, że bez Szymanowskiego i Brahmsa”. Na bezludną wyspę wzięłaby nuty sześciu sonat solowych Bacha.
Pozostawiła po sobie dziesiątki nagrań dla tak zacnych firm fonograficznych, jak: Polskie Nagrania, Deutsche Grammophon, EMI, Philips, Naxos i Connoisseur Society (dla tej nowojorskiej wytwórni zarejestrowała 12 albumów kameralnych z brazylijskim pianistą Barbosą). Nagrywała klasykę i muzykę współczesną, polską (Karłowicz, Szymanowski, Bloch) i światową (Bach, Beethoven, Rachmaninow, Ravel, Bartók, Chaczaturian). Wystąpiła w dwóch polskich filmach fabularnych w epizodycznych rolach… skrzypaczek („Jowita” w reż. Janusza Morgensterna i „Matka swojej matki” w reż. Roberta Glińskiego).

064 069 HIFI 07 2018 002

Smyczek i smycz
Wiłkomirska, w latach 70. i 80. XX wieku kojarzona z kręgami dysydenckich intelektualistów, wcześniej popierała władzę komunistyczną. Z przekonaniem, z nieprzymuszonej woli. Doceniała przemiany społeczne w PRL-u, Podobało jej się, że władza przywiązuje wagę do upowszechniania kultury, a twórcy mogą liczyć na stypendia, mieszkania, wysokie nakłady swoich książek, wystawy, występy. Jako studentka wstąpiła do ZMP, jeździła na zloty postępowej młodzieży i uświetniała obrady swoją grą. Podczas zjazdu bojowników o pokój w Berlinie w 1951 roku minęła się w holu hotelowym z Mieczysławem Franciszkiem Rakowskim, młodym, ambitnym instruktorem propagandy partyjnej. Rakowski, nie wiedząc, że ma do czynienia z Polką (i członkinią polskiej delegacji na zjazd), na cały głos powiedział do kolegi: „Fajna d…”. Cóż, chłopski syn, żołnierz, nie miał w życiu możliwości nabrania ogłady. Wiłkomirska, do tej pory otoczona adoratorami, którzy najpierw komplementowali jej grę, a dopiero potem – inne walory, była bardziej zaskoczona niż obrażona; zignorowała incydent. Na uroczystym koncercie Rakowski zorientował się, że „otaksował” Polkę, w dodatku świetną artystkę. Kiedy spotkał ją w restauracji, zaczerwienił się i zaczął przepraszać. Taki był początek wielkiego uczucia i niezwykłego związku eksportowej wirtuozki i przyszłego redaktora naczelnego najlepszego polskiego tygodnika – „Polityki”, premiera i ostatniego I sekretarza PZPR.
Rakowski nie miał pojęcia o muzyce, ale szanował ciężką pracę, codzienne ćwiczenia i profesjonalizm artystyczny. Nie jeździł za żoną na tournée, a oboje zdecydowali, że nie będą nakłaniać dzieci do edukacji muzycznej. Na ślubie (oczywiście tylko cywilnym) Wiłkomirskiej i Rakowskiego w 1952 roku spośród ich najbliższych krewnych obecni byli tylko matka i brat Wandy. Reszta jej rodziny, tudzież bogobojna matka Mieczysława, zbojkotowała ceremonię. Teściowa przekonała się do Wandy dopiero wtedy, gdy proboszcz jej parafii wyraził chęć poznania sławnej skrzypaczki.

064 069 HIFI 07 2018 002

Wiłkomirska wspominała, że Mietek pięknie mówił o komunizmie; miał dar przekonywania do swoich racji. Wierzyła mu, wstąpiła nawet do PZPR i nigdy się tego nie wstydziła. Śmieszyły ją sytuacje, kiedy w formularzach wizowych przed zagranicznymi wyjazdami z orkiestrą Filharmonii Narodowej tylko ona wpisywała swoją przynależność do PZPR, podczas gdy inni zatajali członkostwo w partii. Kiedyś konsul USA zdradził Wandzie: „My dokładnie wiemy, kto należy do PZPR”.
W 1968, po wydarzeniach marcowych, odwołując się do swego żydowskiego pochodzenia, zamierzała oddać legitymację, jednak powstrzymała się ze względu na stanowisko męża. Wystąpiła z PZPR w 1970 roku. Partia wezwała ją do opamiętania, ale Wanda uzasadniła z prostotą: „Chcę patrzeć w lustro i lubić swoją twarz.” Drażniły ją przywileje dla aparatczyków, cenzura. W 1977 rozwiodła się z Rakowskim. Przeżyła szok, odkrywszy, że od 7 lat mąż ma inną kobietę (aktorka Elżbieta Kępińska). Zachowali dobre kontakty, mimo że Wanda coraz bardziej angażowała się w działalność antykomunistyczną. Mietek oświadczył, że na ile mu się uda, będzie ją ochraniał, ale ma ograniczone możliwości.
Po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 Wiłkomirska czuła, że wokół niej zaciska się krąg paranoi: „Moi przyjaciele zamykali innych moich przyjaciół”. Podpisywała listy protestacyjne, była wzywana na przesłuchania. Były mąż przekonywał, że opór nie ma sensu. Grożono jej, że nie otrzyma zgody na wyjazd na zaplanowane już koncerty. Wanda odpowiadała, że takim postępowaniem władza komunistyczna potwierdzi tylko opinię o terrorze panującym w kraju. Ostatecznie paszport dostała.
Wiedziała, że nie wróci do Polski. Z mieszkania nie zabrała nic poza partyturami z dedykacjami kompozytorów i książkami z dedykacjami autorów, w tym tomikami jej ulubionego poety – Wiktora Woroszylskiego. Kiedy odbyła wszystkie zakontraktowane koncerty, z terytorium RFN odesłała paszport do ambasady polskiej w Berlinie Wschodnim. Prasa zachodnioniemiecka opublikowała jej oświadczenie o tym, że na zawsze pozostanie polską skrzypaczką.
Zawitała do Polski po upadku PRL-u, we wrześniu 1990 i w Filharmonii Narodowej wykonała koncert Andrzeja Panufnika w obecności kompozytora. Dla Panufnika była to pierwsza podróż do kraju po 35 latach; Wanda przyjechała po ośmiu latach. Ale nie na stałe.
Na emigracji w 1982 roku osiadła w Niemczech Zachodnich; przyjęła tamtejsze obywatelstwo. W 1999 przeniosła się do Australii – od pierwszej wizyty tam (1969) bardzo ją pokochała; nie rozstawała się z maskotką – pluszowym misiem koala. Po kilku latach odezwała się jednak nostalgia. Gdy na zabawie noworocznej w Sydney usłyszała muzykę Chopina, podjęła spontaniczną decyzję o powrocie do Polski. Ostatnie kilka lat spędziła w Domu Artysty Weterana w podwarszawskim Skolimowie. Pełna energii, w dobrej formie intelektualnej, była odwiedzana przez uczniów, którzy dawali dla niej koncerty.
Zmarła na atak serca 1 maja 2018, w wieku lat 89. Spoczęła w rodzinnym grobowcu na Starych Powązkach.

064 069 HIFI 07 2018 002

Matka, babcia i skrzypce
Wiłkomirska przerwała rodzinną tradycję poddawania dzieci intensywnej edukacji muzycznej. Co prawda nadała synom imiona na cześć wielkich wirtuozów fortepianu: Włodzimierz (jak Vladimir Horowitz) i Artur (jak Arturo Bededetti Michelangeli), lecz na tym kończą się skojarzenia z muzyką poważną. Słuchała z chłopcami ich ulubionych zespołów rockowych, np. The Doors. Chciała spędzać z nimi jak najwięcej czasu – być w domu jak najlepszą matką, być na scenie jak najlepszą artystką. Proporcje czasu przemawiały na korzyść artystki; na 12 miesięcy tylko trzy spędzała w domu. Miała 100-130 koncertów rocznie, do tego próby, nagrania. Zgodnie z rodzinną anegdotą, mały Artur powiedział, że kiedy on się urodził, mama była na koncertach w Lipsku. Jak to kiedyś podsumowała: muzyka zabierała dzieciom matkę, ale dawała dżinsy i banany…
Przed urodzeniem Włodzimierza sądziła, że powinna poświęcić się rodzinie. Dopadła ją jednak depresja poporodowa, której towarzyszyło poczucie winy wobec wszystkich i poczucie niespełnienia w nowej roli. Chciała popełnić samobójstwo. Napisała do najbliższych serię listów wyjaśniających powody jej decyzji; zgromadziła zapas tabletek nasennych, poprosiła matkę o przyjazd i przejęcie opieki nad niemowlęciem. I wtedy dostała zaproszenie na koncerty. Pokusa dotknięcia skrzypiec okazała się silniejsza niż czarna rozpacz. Muzyka znów uratowała Wandzie życie. Koncerty przyniosły dochody, dzięki którym Rakowscy wynajęli gosposię. I chociaż gosposie wciąż się zmieniały, Włodzimierz i młodszy o pięć lat Artur mieli szczęśliwe dzieciństwo. Włodzimierz jest dziś tłumaczem; mieszka w Warszawie. Artur przed stanem wojennym wyjechał z kraju. Jest finansistą, mieszkał w Australii i w Londynie. Wanda doczekała się w sumie czworga wnuków i jednego prawnuka. Jeden z wnuków, Radomir, ma artystyczną duszę. Uczył się grać na skrzypcach. Występuje w zespołach folkowych, rysuje, pisze.
Wiłkomirska żyła skromnie. Wspierała finansowo rodzinę i organizacje charytatywne, niosące pomoc ubogim mieszkańcom Azji i Afryki. Dzielenie się sprawiało jej radość.

064 069 HIFI 07 2018 002

Kiedy zejść z estrady
Przerażała ją historia Marii Callas, która próbowała wrócić na scenę mimo słabej formy wokalnej. Postanowiła, że nie będzie występować ani o dzień za długo. Gdy artretyzm zaczął się jej dawać we znaki, ograniczyła działalność do pedagogiki. Mówiła: „Ja gram dzisiaj palcami dzieci”.
Kiedyś nie dopuszczała do siebie myśli o uczeniu innych. Gdy w 1982 roku pozostała na emigracji w RFN, rektor nowo otwartego konserwatorium w Mannheim zaproponował jej etat. Po wielu miesiącach namawiania zgodziła się przyjąć kilku uczniów. I połknęła belferskiego bakcyla.
Na lekcji oddawała się młodym skrzypkom bez reszty. Nie patrzyła na zegarek; rozmawiała nie tylko o muzyce. Najbardziej cieszyły ją postępy mniej zdolnych uczniów. Z nikogo nie zamierzała robić „mini-Wandy”. Prowadziła także kursy mistrzowskie. Jurorowała w międzynarodowych konkursach, szukając młodych wirtuozów, którzy zachwycają wrażliwością i oryginalnością interpretacji, nie zaś tylko nieskazitelną techniką. Uważała, że kilka pomyłek nie dyskwalifikuje występu – przecież w utworze jest jeszcze kilkaset nut do pięknego zagrania. W 1999 przeniosła się do Australii i tam uczyła w Sydney i Melbourne. Niestety, żadna uczelnia w Polsce nie zaproponowała jej posady, ale przyjeżdżała do kraju na letnie kursy.
Emigracja oznaczała dla Wandy jeszcze jedną dobrą zmianę. Otóż, dzięki regularnym wysokim dochodom, mogła sobie wreszcie pozwolić na zakup porządnego instrumentu ze znanej historycznej pracowni lutniczej. Najpierw był to Gugliani, potem ciemnowiśniowy Montagnana, aż wreszcie, w 1989 roku – cytrynowozłoty Guarneri z 1734 roku.
Artretyzm sprawił, że podjęła decyzję o sprzedaży tych ostatnich, najwspanialszych skrzypiec w domu aukcyjnym Sotheby’s. Wrocławski lutnik Krzysztof Mróz sporządził dokładną kopię Guarneriusa i Wanda jeszcze parę lat cieszyła się nią. Oryginał sprzedała, aby nie leżał w szufladzie. Bo skrzypce powinny grać! Skrzypce są jak życiowy partner, jak mąż.
Miała swój laptop, a jeden z wnuków nauczył ją posługiwać się komputerem. Wstawała wcześnie, gimnastykowała się. Cieszyła się, że zaczyna kolejny dzień – pierwsze słowo po przebudzeniu brzmiało: „Dziękuję”. Kochała życie. Nigdy nie była samotna, chociaż lubiła być sama.

 

Hanna Milewska
Źródło: HFM 07-08/2018


Pobierz ten artykuł jako PDF