HFM

artykulylista3

 

Symfonia na cztery kalkulatory

066 071 Hifi 05 2018 001
Dla jednych Kraftwerk to tylko przebrzmiały niemiecki zespół z przebojem „Das Model”. Dla innych – ojcowie techno, prekursorzy elektroniki, odważni artyści. Dla niektórych to przebogata kopalnia ampli, a dla nielicznych – dzieło sztuki z dżentelmeńskim, acz stanowczym ostrzeżeniem: postęp jest ekscytujący, choć bywa niebezpieczny.

Od mniej więcej 1955 roku, dzięki wielkiemu politykowi Konradowi Adenauerowi, Niemcy zaczęły łapać oddech po II wojnie światowej. Wiadomo, kto ją wywołał, ale nie wszyscy tak samo jej pragnęli. Wspomniany wyżej mąż stanu bardzo długo walczył z hitlerowskim aparatem. A ten nie grał wobec niego fair. Gdy gestapo nie mogło dosięgnąć samego Adenauera, porwało jego żonę.
Po wojnie Niemcy podnosiły się z kryzysu, a Konrad Adenauer w latach 1949-1963 pełnił funkcję kanclerza. I pełnił ją znakomicie. Biografowie wspominają, że „otoczył kraj ojcowską opieką i wyprowadził na prostą po koszmarze hitleryzmu”. W Polsce nie cieszył się dobrą sławą. Peerelowska prasa rysowała go jako wroga, wywlekając zdjęcie w krzyżackim płaszczu. Gdy zmarł pod koniec lat sześćdziesiątych, Zachodnie Niemcy były już po kilku głębszych oddechach i rosły w siłę, również kulturowo. Na Zachodzie nikt nie traktował ich jednak poważnie. Wiązało się to, rzecz jasna, z losem przegranego agresora, który „był na tyle głupi, że dał się pokonać”.



Wschodnia wiocha
W Wielkiej Brytanii zespoły znad Renu uważano za wieśniackie. Stąd niezbyt wówczas przychylny termin „krautrock”. Pochodził od słowa „krauts”, używanego w czasie II wojny światowej na określenie niemieckich żołnierzy. Nawiązywał do kiszonej kapusty, którą Niemcy uwielbiają. „Kapuściany rock” brzmi więcej niż pogardliwie. A przecież w tym popularnym nurcie przełomu lat 60. i 70. XX wieku zaistniało kilka świetnych kapel, m.in. Can, Amon Düül, Birth Control, Cluster, Faust, Grobschnitt, Guru Guru, Harmonia, Neu!, Out Of Focus, Popol Vuh, The Cosmic Jokers, Organisation, Wallenstein i właśnie Kraftwerk. Choć ten ostatni później rozwinął skrzydła, stworzył formułę, która z dzisiejszej perspektywy okazuje się ponadczasowa.

066 071 Hifi 05 2018 002


Tymczasem w Niemczech
Cofnijmy się jednak do Düsseldorfu końcówki lat 60. XX wieku. Dwaj kumple ze studiów – Florian Schneider i Ralf Hütter – grają razem w Organisation, krautrockowym zespole, wymienionym powyżej. Warto zanotować ich nazwiska, bo właśnie oni będą najważniejszymi postaciami w przyszłym Kraftwerku. W pewnym momencie stwierdzają, że formuła aktualnego zespołu jest dla nich zbyt ciasna i trzeba by poszukać czegoś nowego. W roku 1970 zakładają zalążek przyszłego Kraftwerku, a w listopadzie ukazuje się ich pierwsza płyta.
„Kraft” to moc, „werk” to fabryka. A zatem „fabryka mocy”, czyli „elektrownia”. Fantastyczna nazwa dla takiej kapeli!
Dla wielu fanów pierwsze zderzenie z tym, jak i dwoma kolejnymi wydawnictwami może się okazać szokujące. Klasyczne syntezatory, flet, gitara akustyczna, słowem: zwykłe instrumentarium. W pewnym momencie muzycy Kraftwerku spotkali się z zespołem Can, by poimprowizować. Z dłuższej współpracy nic nie wyszło, ale Holger Czukay i spółka byli pod ogromnym wrażeniem pomysłów Ralfa i Floriana.


Formuła zaczynała się krystalizować. Z płyty na płytę coraz wyrazistsze stawały się nuta konsekwentnego minimalizmu, higiena dźwięków i ekscytujący niepokój.
Początkowy okres działalności grupy to poszukiwania. Głównie studyjne, bo pierwszy koncert panowie zagrali dopiero w roku 1973. W starej kamienicy zbudowali swoją twierdzę nagraniową Kling-Klang, do której dostępu nie miał prawie nikt. Na marginesie warto dodać, że – poza okresem aktywniejszej działalności koncertowej, przypadającym na drugą połowę lat 70. i początek lat 80. – zespół bardzo rzadko pokazywał się na żywo.


W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Ralf i Florian działali spokojnie, poszukując własnej drogi. Przełom nastąpił w okolicach płyty „Autobahn” (1974), na punkcie której oszalała Wielka Brytania, a po niej cały świat. Wszyscy uznali, że to granie nad wyraz nowoczesne. Że tak właśnie powinna brzmieć muzyka i że dobrze byłoby tworzyć coś podobnego. Tak powstały podwaliny new romantic, nurtu, który ukształtował się dosłownie kilka lat później.
Sam David Bowie stał się wielkim fanem niemieckiego kwartetu. Podobno, jeżdżąc po Europie, popularyzował ich muzykę wśród swoich elitarnych znajomych.
„Autobahn” był pierwszym poważnym koncept-albumem zespołu i od tego czasu panowie postanowili iść właśnie tą drogą. Każda następna płyta była oparta na konkretnym pomyśle i motywie przewodnim. I tak „Radio-Aktivität” z roku 1975 opiera się na fascynacji radioaktywnością sensu largo. Zjawisko można interpretować jako metaforę napięcia erotycznego między dwojgiem ludzi. Jednak w podstawowym sensie chodzi rzeczywiście o właściwość, odkrytą przez madame Curie. Na tej płycie słychać wielki respekt oraz zachwyt. Później, kiedy przypadki awarii elektrowni atomowych zaczęły się mnożyć, zespół poszedł wyraźnie w kierunku ostrzegania przed skutkami, a fraza „Radioactivity is in the air for you and me” została poprzedzona wykrzyknieniem „Stop!”.
Krążek „Trans-Europa Express” z roku 1977 to wyraz fascynacji możliwością szybkiej komunikacji przez Europę, a jednocześnie zobrazowanie pewnego zblazowania, jakie z tego wynika. Postęp ma tutaj dwie strony: to cudownie, że jest, ale…występują pewne skutki uboczne. Kiedyś podróże były magiczne, a dziś zaczynają trącić rutyną.


Grupa stawała się coraz bardziej rozpoznawalna. Świat rozchełstanych, zbuntowanych artystów drażniła sesjami zdjęciowymi, w których stylizowała się na sztywnych, pozbawionych polotu korporacyjnych księgowych. Jednak dopiero przy albumie „Die Mensch-Maschine” wyklarował się styl roboto-androgeniczny. Zespół założył czerwone koszule i zrobił sobie blade makijaże. Zaczął wykorzystywać na scenie ruchome manekiny-roboty, odzwierciedlające członków kwartetu. Estetycznie było to nawiązanie do retro-futurystycznych klimatów z filmów Fritza Langa oraz radzieckiego konstruktywizmu. Była to celowa prowokacja, ale również podkreślenie, jak bardzo utopijny może się okazać ślepy, technokratyczny postęp. Muzycznie album okazał się arcydziełem, aktualnym i ekscytującym do dziś.
Później Kraftwerk nagrał jeszcze trzy płyty studyjne. Przede wszystkim „Computerwelt” – niemal w stu procentach trafioną antycypację współczesnego nam świata. Kto, prócz futurystów, w roku 1981 zdawał sobie sprawę z zależności i niebezpieczeństw, jakie niesie komputer? Singiel „Tour de France”, wydany w roku 1983, obrazował fascynację zespołu globalizacją, rozwojem technologii przekazu, ale także… rowerami. Bo muzycy uwielbiali jeździć na jednośladach. Szczególnie Ralf, który odłączał się od zespołowego konwoju na 100 km przed miejscowością, w której miał się odbyć koncert i dojeżdżał do niej na rowerze. Pewnego razu uległ wypadkowi i na jakiś czas zapadł w śpiączkę. Podobno pierwszym zdaniem, jakie wypowiedział po przebudzeniu, było: „Co z rowerem?”.
W międzyczasie miała wyjść kolejna płyta („Techno Pop”), ale zespół zaprzestał prac, uznając efekty za niezadowalające (niektóre źródła podają, że przyczyną był wypadek Ralfa). Po „Electric Cafe” z roku 1986 Kraftwerk ograniczył aktywność, odzywając się tylko okazjonalnie  (remiksy, składanki, wydarzenia, np. Expo2000). Warto odnotować znakomite DVD z roku 2005, z zapisem niesamowitego show koncertowego, które esencjonalnie i trafnie podsumowuje działalność grupy.
Nieważna jednak ilość płyt i bieżąca aktywność. W latach 70. i 80 XX stulecia Krawtwerk dokonał tak wiele, że później mógłby nie robić już nic. Obecnie zespół koncertuje, ale bez Floriana, który przeszedł na muzyczną emeryturę.

066 071 Hifi 05 2018 003


Uniwersalny kod kulturowy
Powiedzieć o Kraftwerku, że jest na wskroś niemiecki, to brutalny skrót myślowy. Owszem, można wskazać szereg cech, które łączą się z takim skojarzeniem, ale będzie to uproszczenie i krzywda dla zespołu.
Faktem jest, że mimo międzynarodowej kariery Kraftwerk raczej trzymał się ojczystego języka. Mimo anglojęzycznych wersji tekstów, wstawek po francusku, hiszpańsku, rosyjsku, czesku, a nawet po polsku – niemiecki pozostaje językiem podstawowym. Nie należy jednak zapominać o przejrzystym przesłaniu tekstów. Nie są one hermetyczne, ale bardzo uniwersalne.
Po drugie, Kraftwerk wyznaje etos skromnych rzemieślników. Muzycy nigdy nie uważali się za artystów, a jedynie za pracowników własnej fabryki dźwięków. To pozytywistyczno-mieszczańskie podejście jest charakterystyczne dla ich rodzinnych stron. Poza tym, stanowi świetne alibi dla nieudzielania wywiadów i trzymania się na dystans od tabloidów. Bo w końcu jeżeli ktoś nie zachowuje się jak gwiazda, to pewnie nie warto się nim interesować. Pytanie tylko – ile w tym kreacji, a ile faktycznej szczerości?
No i jeszcze ta tendencja do maszerowania. Oczywiście, jest to uwaga maksymalnie złośliwa, ale nie raz się ją słyszy i to od osób rozsądnych. Tymczasem owa marszowość jest bardzo pozorna. W teoretycznie sztywnych ramach utworów słychać żywy puls, funk, groove i naturalną frazę.
Wreszcie – po czwarte – Kraftwerk to pewna surowość, oszczędność i schludność. Owa fasada jest jednak punktem wyjścia do bogatego, choć spójnego świata różnorodnych nurtów plastycznych i wizualnych. Tych kontekstów jest tyle, że gdy pewnego razu z moim przyjacielem, historykiem sztuki w stopniu doktora, oglądaliśmy barwny koncert „Minimum-Maximum” z 2005 roku, towarzysz co chwila komentował przebogaty świat nawiązań. Zapewniam, że było tego dużo.
Określić Kraftwerk jako „typowo niemiecki” byłoby więc wielką krzywdą dla tych uzdolnionych i świadomych muzyków.
Równie niesprawiedliwe są także inne uproszczenia. Choćby postrzeganie Kratfwerku jako grupy „techno”. Jak powiedział sam Derrick May: „W świecie techno było wiele syfu, więc nie wypada wrzucać do tego worka niemieckiego zespołu”.

066 071 Hifi 05 2018 006



 
Pięć płyt Kraftwerku, które trzeba mieć w kolekcji:

066 071 Hifi 05 2018 004


Die Mensch-Maschine (1978)
Absolutna klasyka oraz punkt kulminacyjny w twórczości zespołu. Nie oznacza to, że tym krążkiem grupa wyczerpała formułę i po nim nie miała już nic do powiedzenia. Ale „Die Mensch-Maschine” jest pozycją wiekopomną. Nie tylko wspaniale brzmi, ale również świetnie wygląda. Na półce z winylami zwykle błyszczy jako jedna z najważniejszych pozycji. Już sama okładka jest dziełem sztuki. A genialnej muzyki nie wypada komentować. Podstawowa różnica pomiędzy dziełem a arcydziełem jest taka, że to drugie jest ponadczasowe, a bywa, że zyskuje z biegiem lat. Jak jest w tym przypadku – wiadomo.

066 071 Hifi 05 2018 005


Computerwelt (1981)
Ta płyta jest niczym kronika zapowiedzianej śmierci. Śmierci relacji międzyludzkich i prawdziwych uczuć. Zespół jednak nie moralizuje, a jedynie ostrożnie wskazuje kierunki, sugeruje scenariusze, jednocześnie fascynując się nie tylko rytmem muzyki, ale i rytmem oczekiwanych zdarzeń.

066 071 Hifi 05 2018 007


Trans-Europa Express (1977)
Wielu fanów uważa tę płytę za najlepszą jako całość. Mnóstwo osób rekomenduje ją jako znakomity początek przygody z muzyką zespołu. Jest w tym wiele racji. Kraftwerk poszedł o kilka kroków dalej względem poprzedniego krążka, mimo że ten wydawał się nie do przeskoczenia.

066 071 Hifi 05 2018 008


Radioaktivität (1975)
To porywająca kontynuacja koncepcji, odważnie zapoczątkowanej na płycie „Autobahn”, ale też zerwanie ze schematami i zupełnie nowe spojrzenie na materię.
Ogólnie, 1975 to nie był zły rok dla fonografii. Pink Floyd wydali „Wish You Were Here”, Mike Oldfield „Ommadawn”, Queen „A Night at the Opera”, a Bruce Springsteen – „Born to Run”. Z drugiej strony, muzyka zmierzała w kierunku dyskotekowej przyszłości. W atmosferze nadciągającej elektronicznej apokalipsy ukazała się piękna i dostojna „Radio-Aktivität”. Aż trudno uwierzyć, że ma już tyle lat.

066 071 Hifi 05 2018 010


Minimum-Maximum (DVD 2005)
Pod względem ważności powinna się tu znaleźć „Autobahn”, ale ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z Kraftwerkiem, powinni sięgnąć po wersję niemieckiego bandu „na żywo”. Wydawać by się mogło, że zespół jest mało koncertowy, ale to pozory. Całość jest tak przemyślana, że pozostaje w pamięci na zawsze.

066 071 Hifi 05 2018 011


Wpływ twórczości Kraftwerku na muzykę popularną jest przeogromny i niekwestionowany. Przykłady można mnożyć, jednak dziś tylko trzy pierwsze z brzegu.
Afrika Bambaataa

066 071 Hifi 05 2018 012


Kevin Donovan to jeden z najważniejszych przedstawicieli True School oraz ojciec electro funku. Jego klasyczny już przebój „Planet Rock” (nagrany z Soul Sonic Force) położył podwaliny pod urban music. Warto jednak nadmienić, że w istotnej części był cytatem z Kraftwerku i zaznaczyć, że niemiecki zespół przeniknął do czarnej muzyki nie tylko pod postacią sampli. Czarnoskórzy raperzy i didżeje upodobali sobie twórczość kwartetu z Düsseldorfu i traktowali ją jak bratnią. To najlepszy dowód, że dobra muzyka nie zna podziałów ani granic.

Coldplay

066 071 Hifi 05 2018 015


Coldplay nie raz przyznawali się do fascynacji Kraftwerkiem. Aż w końcu dali wyraz swemu uwielbieniu, cytując temat z utworu „Computer Love” (niem. „Computerliebe”), pochodzącego z albumu Computerwelt” z 1981 roku. Jak wspominałem, do panów z Kraftwerku trudno dotrzeć, bo bardzo pilnują swojej prywatności. Podobno było tak, że Coldplay wysłali do nich długi list po niemiecku z ukłonami, hołdami i prośbą o pozwolenie na wykorzystanie motywu. Dostali odpowiedź o treści: „Ja”.
Tak oto powstał jeden z największych przebojów brytyjskiego zespołu, w którym Kraftwerkowy motyw odgrywa bardzo ważną rolę. Znalazł się on na płycie „X&Y”, wydanej w 2005 roku. Warto zaznaczyć, że istnieje również alternatywna wersja tego utworu. Z nieco odmienną perkusją, zmienioną linią wokalną i w 90 % innym tekstem, nawiązującym do powieści Neala Stephensona „Cryptonomicon”. Obie są wspaniałe i w obu pojawia się temat Kraftwerku.

Pink Floyd

066 071 Hifi 05 2018 014


Choć trudno w to uwierzyć, nowatorska i przełomowa „The Dark Side of The Moon” (1973) nie jest wolna od współczesnych jej wpływów. We wstępie do utworu „Time” słychać orkiestrę zegarów. Zabawa stereo, głębia szlachetnych brzmień i symboliczne podkreślenie mijającego czasu. Ale czy to na pewno powstało z niczego?
Koniecznie posłuchajcie kompozycji „Kling Klang” Kraftwerku z 1972. Nie mamy tutaj do czynienia z bezpośrednim samplingiem, ale inspirację da się usłyszeć.

Kilka słów o sprzęcie Kraftwerku
Z Marią Białotą, pasjonatką i kolekcjonerką starych syntezatorów, melomanką i współzałożycielką awangardowego zespołu Signal to Noise Ratio, rozmawia Michał Dziadosz:

066 071 Hifi 05 2018 013


Michał Dziadosz: Wielu muzyków rozsławiło konkretne sprzęty. Vangelis – Yamahę CS80, Jean Michel Jarre – Arp Oddysey 2600 itd. A Kraftwerk?

Maria Białota: Kraftwerk korzystali zarówno z dostępnych już na rynku modeli, jak i przerabiali je, a nawet zlecali budowę instrumentów według własnych projektów. Brzmienie na ich najważniejszych płytach bazowało między innymi na popularnym wówczas Minimoogu (linie basowe), wokoderach i maszynach perkusyjnych.
Moim ulubionym instrumentem w ich ówczesnym repertuarze jest orchestron – rodzaj klawiszowego samplera analogowego, w którym dźwięki są odtwarzane z zapętlonych ścieżek, wydrukowanych na wymiennym dysku optycznym. Choć brzmienie instrumentu można pomylić z bardziej popularnym melotronem, oniryczne dźwięki chórów na „Radio-Aktivität” i smyczków na „Trans-Europa Express” to właśnie zasługa orchestronu.

Czy prócz tego są urządzenia, które określiłabyś jako nowatorskie i przełomowe? Czy Kraftwerk wniósł do muzyki coś poza wartością artystyczną?

Wraz z odejściem od instrumentów akustycznych muzycy zaczęli eksperymentować ze sprzętem i brzmieniem. Już na płycie „Autobahn” wykorzystali, wykonany na zamówienie, zestaw elektronicznej perkusji, która – podłączona do automatu perkusyjnego – umożliwiała własnoręczne granie zamiast odtwarzania fabrycznie zaprogramowanych rytmów.
Na „Radio-Aktivität”, w utworze „Radioland”, stworzyli niezwykłą, bo całkowicie syntetyczną linię wokalną poprzez połączenie wojskowego syntezatora mowy z wokoderem.
W 1976 roku zamówili, zaprojektowany specjalnie dla siebie, 16-krokowy sekwencer, który został później użyty na płytach „Trans-Europa Express” i „Die Mensch-Maschine”.
W latach 90. na ich zamówienie konstruktor syntezatorów, Dieter Doepfer, zaadaptował rękawicę Nintendo Power Glove, opracowaną oryginalnie do sterowania grami wideo, do kontroli dźwięku za pomocą gestów.

Czy praktykowany przez zespół sprzętowy minimalizm zabija muzykę? Te ich pady, kalkulatory, a w pewnym momencie tylko cztery laptopy na scenie – to nie są zbyt radykalne cięcia?

Muzyka Kraftwerku ma wiele wspólnego właśnie z minimalizmem, który był silnym nurtem muzyki poważnej XX wieku. Twórczość zespołu, mimo że kojarzona z kręgiem kultury pop, dobrze pasuje do założeń minimalizmu. Biorąc pod uwagę klasyczne muzyczne wykształcenie Ralfa Hüttera i Floriana Schneidera, myślę, że muzyczny minimalizm był u nich celowym dążeniem. Co do samego sprzętu, współcześnie laptop może być jednocześnie syntezatorem, samplerem, wokoderem, maszyną perkusyjną i sekwencerem, a muzyka Kraftwerku zawsze opierała się na, może nieco żartobliwej i ironicznej, ale jednak wyraźnej fascynacji zdobyczami techniki. W tym aspekcie również ewolucja nie dziwi.

Gdzie zatem szukać najważniejszej idei tej muzyki? Można ją stworzyć na „kalkulatorku”, a mimo to brzmi wiarygodnie i ciekawie?

Ralf Hütter przyznał kiedyś, że jego celem jest stworzenie „idealnej piosenki pop dla plemion globalnej wioski”. Śledząc ewolucję sprzętu i twórczości zespołu, nie sposób nie zauważyć, że – niezależnie od gabarytów instrumentów – zawsze były to eksperymenty z nowinkami technicznymi. Jakość brzmienia może być różna, ale muzyka Kraftwerku dowodzi, że technologia każdej epoki jest szalenie inspirująca zarówno dla artystów, jak i słuchaczy.

Dziękuję za rozmowę.

066 071 Hifi 05 2018 009



Czy wiecie, że:
- Kraftwerk byli tak pożądani jako producenci, że mnóstwo sław chciało z nimi współpracować. Jednak Niemcy odmówili niemal wszystkim. W pewnym momencie nawet Michaelowi Jacksonowi.
- W roku 1981 Kraftwerk zagrali w Polsce kilka koncertów. Na występy przybyła liczna publiczność, w tym melomani z… NRD, albowiem tam nie było mowy o organizowaniu takich wydarzeń, a u nas panował większy luz. Peerelowska prasa rozpisywała się o tym, że „polska młodzież nie powinna się zachwycać twórczością potomków nazistów”, ale nikt nie traktował tego poważnie. Frekwencja rozsadzała sale koncertowe.
- Na koncertach w Polsce Kraftwerk wplatał do utworu „Pocket Calculator” frazy w naszym języku, m.in. „Jestem operator i mam minikalkulator”.
- Skład zespołu ulegał zmianie. Początkowo Kraftwerk działał jako duet (Florian Schneider i Ralf Hütter), a mniej więcej od „Autobahn” – jako kwartet. Czwórka, która stworzyła najważniejsze albumy, to: Florian Schneider, Ralf Hütter, Karl Bartos i Wolfgang Flür.

 

 

 

Michał Dziadosz

Źródło: HFM 05/2018

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

 

 

Komentarze  

0 #1 Rob Roy 2018-08-23 14:15
Ich bin der Musikant mit Taschenrechner in der Hand

W oryginalnej wersji ma to jednak dużo głębsze znaczenie.
Cytować | Zgłoś administratorowi