fbpx

HFM

artykulylista3

 

Peter Kowald - Niech przemówi bas

105-107 10 2009 01Sam sobie zrobiłem krzywdę. Co więcej, zrobiłem to z rozmysłem, a do zadania ciosu przygotowywałem się dość długo. Pisanie o Peterze Kowaldzie – jednym z wielkich mistrzów kontrabasu – to wyjątkowo trudne zadanie.

Jego muzyka wymyka się kategoryzacji. Doznania towarzyszące jej słuchaniu powodują, że słowa bledną, chyba że poszukamy odpowiednich w poezji. Wierszy jednak pisać nie zamierzam; tak będzie lepiej dla wszystkich, ale z tekstu rezygnować nie chcę. Obawiam się, że nie przypominając o istnieniu takich muzyków, ryzykujemy ich utratę z pola widzenia, a w dalszej perspektywie – przesłonięcie ich rzeszą młodych, doskonale wyedukowanych instrumentalistów, zdolnych swą masą przygnieść nawet najbardziej oryginalnego twórcę.
Peter Kowald to bez wątpienia jeden z najbardziej oryginalnych kontrabasistów nowoczesnego jazzu. Tylko czy aby na pewno jazzu? Przez lata jego muzycznej aktywności rozswingowanych fraz i zanurzonych w bluesie melodii zagrał niewiele. Tak przynajmniej wynika z dokumentujących jego twórczość albumów. Do dzisiaj słyszę z ust adwersarzy Kowaldowej sztuki basowania: „co to za granie, nawet walkingu nie potrafi poprowadzić, jak należy”. To wygodny punkt widzenia, zwłaszcza że sam muzyk nieszczególnie się palił do komentowania podobnych opinii, a już zupełnie nie był zainteresowany udowadnianiem, że jest inaczej.

Wieczorem jestem twój! - Rod Stewart

102-104 10 2009 02Obietnica w tytule nie jest bynajmniej na wyrost. Wprawdzie piosenkarz ostatnio się ustatkował i wiedzie spokojny żywot u boku żony, ale na początku kariery nie żałował sobie nocnych szaleństw. Teraz oddaje się już innym pasjom. Lubi piłkę nożną (posiada dożywotnio stałe miejsce na stadionie Celtic Park), prowadzi szybkie samochody (m.in. Ferrari Enzo), a kolekcjonuje... miniaturowe modele pociągów. Przede wszystkim zaś ciągle uwielbia scenę i jest mistrzem wokalnej interpretacji.

Ciekawe, w jakim składzie wystąpiłaby angielska drużyna na Wembley w 1973 roku, gdyby Rod Stewart wybrał karierę sportową zamiast muzycznej. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że urodzony w 1945 roku piosenkarz w młodości wiązał swoją przyszłość z futbolem. Podobno nawet nieźle grał (m.in. w londyńskim klubie Brentford). Niewykluczone, że trafiłby do reprezentacji i w konsekwencji mógłby nawet stanąć oko w oko z Janem Tomaszewskim w czasie jednego z najsłynniejszych meczów w historii polskiej piłki.

Daniel Lanois - Producent gwiazd

131-133 11 2009 01„To wielki przywilej móc tworzyć muzykę – twierdzi Daniel Lanois. – To również wielki honor, że jest odbierana i doceniana”.

Producent w branży muzycznej jest nie tylko organizatorem pracy w studiu, ale równoprawnym artystą, który niekiedy w stopniu większym niż wykonawca decyduje o ostatecznym kształcie materiału trafiającego na płytę. Jeśli sięgnąć do początków muzyki rockowej, czyli do wczesnych lat 60. XX w., najczęściej przychodzą na myśl nazwiska dwóch producentów – Phila Spectora i George’a Martina. Pierwszy to twórca słynnej „ściany dźwięku”, która pojawiała się w rozmaitych formach jeszcze długo po swojej premierze, a zarazem współkompozytor niezapomnianego hitu „You’ve Lost That Lovin’ Feelin’”. Drugi zasłynął jako producent The Beatles. To jemu grupa zawdzięczała część pomysłów na oryginalną aranżację i nowatorskie brzmienie. Chyba nie mylą się ci, którzy twierdzą, że George’a Martina można nazwać piątym Beatle’em, zwłaszcza od czasu, gdy słynny zespół zrezygnował z występów, ograniczając działalność do pracy w studiu.

Alicja z krainy fortepianu - Alicia de Larrocha

124-125 11 2009 01Była osobą niewysoką o niewielkich dłoniach, co nie przeszkadzało jej grać nawet najbardziej wymagający repertuar. Nie lubiła kamer, rzadko udzielała wywiadów. Wolała, aby zamiast słów przemawiała za nią muzyka.

 

Jej interpretacje muzyki hiszpańskiej stały się wzorcem. Dziś nie ma jej już wśród nas, ale jej sztuka pozostała w pamięci i nagraniach.
Alicia de Larrocha zmarła w Barcelonie w wieku 86 lat.
Gdy w 1995 roku w jej apartamencie na Manhattanie pojawił się reporter „New York Timesa”, pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to staranne wyciszenie pokoju ćwiczeń. Grube zasłony, dywan, ogromna sofa oraz specjalne maty, stosowane zwykle jako wyciszający podkład pod dywany, ale tutaj umieszczone także na spodzie pudła rezonansowego fortepianu. „Nie chcę przeszkadzać sąsiadom. Od razu gdy się wprowadziłam, poprosiłam przyjaciela, by zainstalował te rzeczy. Dzięki nim mogę ćwiczyć bez kłopotu dla innych” – mówiła. A przecież ludzie nie mieliby nic przeciwko temu, żeby zza ściany słuchać codziennie tej wielkiej artystki. Mogła się o tym przekonać już kiedyś we Francji.

AACM czyli Wielka Czarna Muzyka

120-122 01 2010 01Połowa lat 60. XX wieku to, z dzisiejszej perspektywy, okres ogromnych i odbywających się w przyspieszonym tempie przemian w muzyce. Szczególnie wiele działo się wówczas w szeroko pojętym jazzie.

Styl free, na początku dekady traktowany jako dziwactwo i wyśmiewany, okrzepł i zadomowił się na amerykańskich scenach. Nadal, co prawda, jego naturalnym środowiskiem były małe elitarne kluby, ale zaczął przyciągać wybitnych muzyków głównego nurtu. Koronny przykład to oczywiście saksofonista John Coltrane, który stał się gorącym zwolennikiem free. Na płytach „Ascension” (1965), „Kulu Se Mama” czy „Meditations” (obie z 1966) rozwinął i udoskonalił koncepcje wypracowane wcześniej przez Ornette’a Colemana, Alberta Aylera czy Erica Dolphy i nadał im swój indywidualny rys. Bogactwo środków artykulacyjnych (cały wachlarz przedęć, tryli, warkotów i innych efektów sonorystycznych), swoboda harmoniczna i rytmiczna, a wreszcie nieokiełznana energia stały się magnesem dla twórczych, poszukujących muzyków.

Maestro - Arturo Toscanini

111-115 01 2010 01„Mój Boże, co za życie! I pomyśleć, że są ludzie, którzy mi zazdroszczą. Widzą jedynie zewnętrzną powłokę mojej osobowości, która wydaje się lśniąca i bez skazy, ale wnętrze, dusza, serce pozostaną dla nich na zawsze nieodkryte i skrywają niejedną tajemnicę” - Arturo Toscanini, 1936

 

Trudno byłoby znaleźć w panteonie najsłynniejszych dyrygentów godnego konkurenta dla Toscaniniego. Już za życia stał się legendą i do dziś inspiruje kolejne pokolenia kapelmistrzów oraz żyje w świadomości każdego miłośnika opery i symfoniki. Stał się uosobieniem bezkompromisowego dążenia do perfekcji wykonawczej, nawet jeśli miałoby to oznaczać tyranizowanie muzyków dyktatorskim sposobem pracy. Ironia losu polega na tym, że Toscanini sprzeciwiał się każdej dyktaturze i nie bał się konsekwencji wyrażania tych niepopularnych w pewnym okresie poglądów. Mit, który do niego przylgnął, jest prawdziwy jedynie w części i mocno spłyca osobowość tego wyjątkowego człowieka. Artysty, którego 52. rocznicę śmierci obchodzimy w styczniu 2010.