HFM

artykulylista3

 

Opowieści Belzebuba dla wnuka

070 075 HIFI 07 2018 001 Przyznawanie się do słuchania King Crimson bywa ryzykowne. Dla jednych zespół skończył się w roku 1969, zaraz po fonograficznym debiucie. Inni gardzą pierwszym okresem, uważając go za zbyt oczywisty. Jeszcze inni tylko wcielenie z lat dziewięćdziesiątych uznają za to właściwe, a znajdą się też tacy, którzy z oburzeniem oznajmią, że dopiero teraz grupa osiągnęła szczyt swoich możliwości.

King Crimson to zjawisko wyjątkowe i nie da się go sklasyfikować. Każdy etap twórczości Karmazynowego Króla to inny skład, inny kierunek, wreszcie inne brzmienie. Każdy album to odrębny byt.
Próba periodyzacji niemal pięćdziesięciu lat działalności grupy to niewdzięczne zadanie. Artykuł wymaga kompresji, dlatego wybaczcie, że nie wspomnę o pobocznych projektach członków zespołu. Nie napiszę o legendarnej szkole gitarowej Roberta Frippa ani o jego filozofii, inspirowanej Georgijem Gurdżijewem. Nie będzie zbyt wielu informacji o Davidzie Sylvianie, Franku Zappie, Peterze Gabrielu, Peterze Hammillu i wielu innych muzykach, związanych ze światem King Crimson. Nie wymienię też wszystkich składanek, kompilacji, koncertówek, bootlegów i wydań specjalnych. A trochę tego było. Skupimy się na dyskografii studyjnej, spróbujemy ogarnąć ten chaos. Chaos inspirujący, który – z przerwami – trwa już blisko pięćdziesiąt lat.

Wanda Wiłkomirska i cztery struny świata

064 069 HIFI 07 2018 001
„Zagrałam pierwszą nutę i obudziłam się z oklaskami. Nie pamiętam, jak grałam. Był to totalny trans.”
Wanda Wiłkomirska o koncercie w Carnegie Hall (1961)

The Beach Boys – dobre wibracje z Kalifornii

076 079 Hifi 06 2018 001
Zdarza się, że o gwieździe sprzed lat robi się głośno za sprawą nowo wydanej płyty. Tym razem mowa o grupie The Beach Boys, której przeboje pojawiły się niedawno w nowych aranżacjach.

The Necks - Karki z Antypodów

072 075 Hifi 06 2018 001

Australijskie trio The Necks nie mieści się w żadnych tradycyjnych ramach gatunkowych. Ta muzyka, choć improwizowana, wywodzi się z wielu źródeł, wśród których jazz wcale nie jest tym najważniejszym.

The Necks to grupa zajmująca swoją własną niszę w, bogatym przecież, muzycznym krajobrazie. Albo się ich kocha, albo nienawidzi; na koncertach Australijczyków raczej nie spotkacie przypadkowych słuchaczy. Fani The Necks to sekta, którą łączy bezgraniczne uwielbienie dla swoich idoli i przeświadczenie, że to właśnie oni grają muzykę przyszłości.

 

Siergiej Prokofiew – siła indywidualności

067 071 Hifi 06 2018 001
„Czy Soncowka była okręgiem ubogim w pieśni, czy też drażniły mnie wokalne metody wiejskich śpiewaczek, nie szczędzących swoich głosów – w ich śpiewach nie dostrzegłem piękna ludowej pieśni i nie zapamiętałem ani jednej melodii. Przypuszczam jednak, że wchłonąłem pieśni te podświadomie […]”
Siergiej Prokofiew: „Autobiografia”

 

Symfonia na cztery kalkulatory

066 071 Hifi 05 2018 001
Dla jednych Kraftwerk to tylko przebrzmiały niemiecki zespół z przebojem „Das Model”. Dla innych – ojcowie techno, prekursorzy elektroniki, odważni artyści. Dla niektórych to przebogata kopalnia ampli, a dla nielicznych – dzieło sztuki z dżentelmeńskim, acz stanowczym ostrzeżeniem: postęp jest ekscytujący, choć bywa niebezpieczny.

Od mniej więcej 1955 roku, dzięki wielkiemu politykowi Konradowi Adenauerowi, Niemcy zaczęły łapać oddech po II wojnie światowej. Wiadomo, kto ją wywołał, ale nie wszyscy tak samo jej pragnęli. Wspomniany wyżej mąż stanu bardzo długo walczył z hitlerowskim aparatem. A ten nie grał wobec niego fair. Gdy gestapo nie mogło dosięgnąć samego Adenauera, porwało jego żonę.
Po wojnie Niemcy podnosiły się z kryzysu, a Konrad Adenauer w latach 1949-1963 pełnił funkcję kanclerza. I pełnił ją znakomicie. Biografowie wspominają, że „otoczył kraj ojcowską opieką i wyprowadził na prostą po koszmarze hitleryzmu”. W Polsce nie cieszył się dobrą sławą. Peerelowska prasa rysowała go jako wroga, wywlekając zdjęcie w krzyżackim płaszczu. Gdy zmarł pod koniec lat sześćdziesiątych, Zachodnie Niemcy były już po kilku głębszych oddechach i rosły w siłę, również kulturowo. Na Zachodzie nikt nie traktował ich jednak poważnie. Wiązało się to, rzecz jasna, z losem przegranego agresora, który „był na tyle głupi, że dał się pokonać”.