fbpx

HFM

artykulylista3

 

Romantyczne okolice eleganckiej dyskoteki

7881042017 001
W drugiej połowie lat 70. XX wieku młode pokolenie było zmęczone podtatusiałymi gigantami rocka. Szukało czegoś nowego. Kontrapunktu do jazgoczących gitar, piętnastominutowych suit, stadionowych koncertów i tego, co stare, bluesowe, przepocone i otłuszczone.



 
W 1977 roku świat zalała pierwsza fala punk rocka, ale nie wszyscy się w niej odnaleźli. Rozwrzeszczany Johnny Rotten pogardliwie śpiewał o systemie, a Sid Vicious niemal publicznie brał kolejną działkę heroiny. Niektórych to odrzucało. Potrzebowali czegoś subtelnego i romantycznego. Nawet jeśli ów romantyzm miał być jedynie teatralny, umowny i krotochwilny.
Nie oznacza to, że nurt new romantic był przeciwieństwem wszystkiego, co się dotąd pojawiło w kulturze. Z jednej strony, stanowił przeciwwagę, ale z drugiej – kontynuował wiele zjawisk, jak przestrzeń space rocka czy makijaże i blask glamu. Była to epoka o ogromnej samoświadomości, swobodnie żonglująca kontekstami, choć jednocześnie bardzo skoncentrowana na sobie i niezależna stylistycznie. Istotnym czynnikiem tworzącym nowy nurt były syntezatory, które bardzo się wówczas zdemokratyzowały. Każdy chciał grać i szybko stać się gwiazdą, a miniaturyzacja elektronicznych sprzętów pobudzała wyobraźnię. Do komponowania nie trzeba już było nawet nie tyle wirtuozerii, co w ogóle jakichkolwiek umiejętności. Instrumenty nowej epoki umożliwiały swobodne używanie arpeggiatorów, pokręteł zmian fazy itp., dzięki czemu utwory oparte nawet na dwóch akordach zaczynały brzmieć porywająco. I wszystko było zamknięte już nie w wielkich skrzyniach, a w zgrabnych klawiaturach, które (poza pewnymi wyjątkami w rodzaju Yamahy CS80) można było położyć sobie na kolanach i zagrać próbę we własnej sypialni. To całkowicie zmieniło podejście, ale przecież... nie wzięło się znikąd.

7881042017 002


Ukryta opcja niemiecka i ojciec chrzestny Bowie
Ścieżkę przetarł Kraftwerk. Niemiecki zespół pokazał, że aranżację można zbudować niemal w stu procentach na elektronice, bez udziału instrumentów akustycznych. Stało się to już w roku 1974 na płycie „Autobahn”. Młodzi ludzie w Wielkiej Brytanii oszaleli na punkcie Niemców i też chcieli tak grać. Gorączka powoli zaczęła ogarniać całą zachodnią Europę i choć początkowo utknęła na etapie garażowym, to wkrótce rozprzestrzeniła się w klubach i salach koncertowych.
Kiedy w muzyce rezygnuje się z wirtuozerii i rozbudowanej formy, zwykle stawia się na ekspresję, uczucia, ale także na wyrazisty image. Dlatego panowie w teledyskach z tamtej epoki wyglądają trochę jak panie. Wyróżniają ich tapiry na głowach, ostre makijaże, kocie ruchy, ale też, paradoksalnie, niesamowita elegancja, dobre garnitury oraz schludność, stojąca w opozycji zarówno do dinozaurów rocka, jak i punków. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że popularny jeszcze wówczas glam rock potężnym echem odbijał się w modzie. W przypadku new romantic można mówić o transformacji, adaptacji i przeniesieniu świecących strojów na nieco bardziej stonowany, klubowy grunt. Stąd te garnitury, częstokroć jedwabne; stąd nawiązania do mody lat 20. XX wieku i całej dandysowskiej otoczki związanej z tym okresem.

 

7881042017 002

Inspiracją dla młodego pokolenia stał się David Bowie, który już kilka lat wcześniej zrezygnował z wizerunku kosmity na rzecz looku androgenicznego. Muzycznie od dawna eksperymentował z syntezatorami, a na słynnej trylogii berlińskiej (płyty „Low”, „Heroes” i „Stage”), wydanej w latach 1977-1978, zaprezentował swe apokaliptyczne wcielenie. Bowie, świadomie lub nie, stał się kimś na kształt ojca chrzestnego młodych, poszukujących ludzi.
Pod koniec lat 70., na słynnych wtorkowych imprezach „David Bowie Nights”, organizowanych w londyńskim klubie Blitz, zaczęło się pojawiać coraz więcej wymalowanych dziwaków. Miejsce było tak modne, że każdy chciał się tam dostać. Na tych kolorowych i nieformalnych spotkaniach można było spotkać m.in. Boya George’a (Culture Club), Pete’a Burnsa (Dead or Alive) czy chłopaków ze Spandau Ballet.
Klub Blitz uważa się za jedną z kolebek new romantic. Organizatorzy wydarzeń – Steve Strange i Rusty Egan – założyli wówczas jeden z najważniejszych dla nurtu projektów – Visage. Wokal objął w nim nie kto inny, jak Midge Ure, który później rozsławił swym głosem romantycznego giganta – Ultravox.

7881042017 002

Wiedeń 1980
Skoro mowa o Ultravox, zespół powstał na długo przed rewolucją new romantic, bo już w 1974 roku (początkowo pod nazwą Tiger Lily). Grał coś na kształt „uwrażliwionego punk rocka”, który stanowił znakomitą podstawę do tego, co działo się później. Przez pierwszych pięć lat przedsięwzięciu liderował założyciel, John Foxx, który ostatecznie postanowił opuścić grupę. Kiedy wszystkim się wydawało, że to koniec, do składu dołączył charyzmatyczny Midge Ure. Utalentowany Szkot szybko stał się kolejnym liderem i nadał grupie nowoczesny kierunek. Pod jego kierownictwem Ultravox okazał się nie tylko jednym z najważniejszych zespołów epoki, ale przede wszystkim współtwórcą nurtu new romantic.
Wszelkie muzyczne annały i dokumenty filmowe jako przełomowe dzieło wskazują album „Vienna” z 1980 roku (a szczególnie utwór tytułowy). To on zapoczątkował błyskotliwą karierę telewizyjno-koncertową Ultravox i kilkuletnią passę czterech znakomitych albumów.

7881042017 002

W 1985 roku zespół wystąpił na wielkim charytatywnym koncercie Live Aid. Midge wraz z Bobem Geldofem skomponował z tej okazji song „Do they know it’s Christmas?”. W jego nagraniu wzięły udział takie gwiazdy, jak: Phil Collins, Sting, Paul Young, George Michael, Simon Le Bon, Bono, David Bowie czy Paul McCartney.
Jeżeli chodzi o Ultravox, to godnymi polecenia są wszystkie albumy z lat 1980-1984. Ostatni krążek z Midge’em Ure na wokalu – „U-vox” – został wydany w 1986 roku. Działo się to przed rozpadem najważniejszego składu i długą przerwą w działalności zespołu. Płyta zdradza, że mimo wysokiego poziomu artystycznego grupa coś straciła i dzieje się w niej nie najlepiej. Można jeszcze nadmienić, że w roku 2012 Ultravox powrócił w swym najlepszym składzie, z bardzo dobrą płytą „Brilliant”. Miejmy nadzieję, że nie ostatnią.

7881042017 002

Śledź po japońsku
Od połowy lat 70. XX wieku modne były krawaty typu „śledź” i modny był orient. Popularność zyskiwały japońska elektronika, samochody oraz sushi. Ale nie bądźmy złośliwi – także kultura i szeroko pojęta dalekowschodnia duchowość, którą Zachód tłumaczył sobie na swój sposób, płynąc na fali ezoteryki, jeszcze z epoki hipisowskiej. Od jakiegoś czasu „na fali” były więc nie tylko Toyota i jedzenie pałeczkami, ale też medytacja, sztuki walki i minimalistyczne wnętrza (obowiązkowo z dobrą energią).
David Sylvian, który świetnie wyczuwał trendy, choć prawie nigdy tego nie wykorzystywał, tym razem idealnie wpisał się w mainstream. Grupa Japan, z założonego w 1974 roku zespołu glam rockowego, szybko zaczęła się przeistaczać w coś zupełnie nowego i zdobywała coraz większą popularność, również poza Wyspami Brytyjskimi. W artykule o solowej twórczości Davida Sylviana („HFM 11/2016”) cytowałem już słynnego menadżera Simona Napier-Bella, który uważa Japan za pierwowzór tego, co było najważniejsze w tamtej epoce: „(…) Japan zbudowało podstawy wszystkiego, co działo się w latach osiemdziesiątych. (…) Gary Numan ukradł głos Davida Sylviana, Duran Duran ukradli mu fryzurę, Paul Young jego bas, wszyscy kopiowali grę na perkusji Steve’a Jansena…”. Trudno z tą tezą polemizować. Wszak słuchając płyt zespołu nawet dziś, nie da się odsunąć wrażenia, że w tej muzyce jest coś wyjątkowego.
Z najważniejszych dzieł zespołu śmiało można polecić: „Quiet Life” (1979) i „Gentlemen Take Polaroids” (1980). Ta druga płyta to niemal esencja opisywanego stylu.

7881042017 002

Monolit wielobarwny
Większość ludzi, spoglądających z dzisiejszej perspektywy, wspomina new romantic jako jednolity, chwilowy trend, złożony z kilku wymalowanych chłopców stojących za śmiesznymi syntezatorkami. Tymczasem artystów epoki było mnóstwo, a „podstawowe” postaci, pomimo wielu punktów wspólnych, mocno różniły się od siebie stylistycznie. Z najważniejszych wykonawców należy wymienić jeszcze trzy zespoły: Human League, OMD i Spandau Ballet. Wszystkie ciekawe, choć każdy o nieco innym rodowodzie i odrębnej indywidualności.
Human League przecierali szlaki równolegle z największymi. Posłuchajcie singla „Empire State Human” i przyjmijcie do wiadomości, że powstał w roku 1979! Tak nowoczesne, jak na tamte czasy, granie musiało powodować w umysłach i sercach prawdziwe spustoszenie. Z płyt zespołu polecam przede wszystkim „Dare” (1981), na której znalazł się jeden z największych hitów nie tylko grupy, ale i epoki – „Don’t you want me”.
OMD (Orchestral Manoeuvres in the Dark) w swojej epoce stanowili charakterystyczny element muzycznego krajobrazu. Utwory takie, jak „Enola Gay” czy „Joan of Arc” znają właściwie wszyscy i często traktują jako miłe radiowe brzęczydełka, a przecież oba mają bardzo ciekawą warstwę liryczną i świadczą o wrażliwości autorów. Najważniejszą płytą jest wydana w 1981 roku „Architecture and Morality”. Oni się tam bawili kolorami, makijażami, muzyką i wydumanymi problemami pierwszego świata, a u nas generał Jaruzelski skasował „Teleranek”.

7881042017 002

W zachodniej części Berlina mieści się dzielnica o nazwie Spandau. Jeszcze w latach osiemdziesiątych funkcjonowało w niej specyficzne, tak samo nazwane  więzienie. Do swojej śmierci w roku 1987 przebywał w nim Rudolf Hess – ostatni gość owego przymusowego hotelu. Mimo tego, przyznajmy, dość ciężkiego kontekstu Spandau Ballet to perfekcyjny zespół na randkę. Zaskakująco ciepłe brzmienie teoretycznie nie powinno pasować do chłodnych czasów. Ale pasowało i to nieźle. Zespół można postrzegać jako boczną gałąź romantycznej rewolucji, sięgającą klimatem do lampowych lat siedemdziesiątych, soulowej atmosfery, głębokiego basu i dość męskiego wizerunku, ale i tak stanowił on istotny element naszej układanki. Jeśli chodzi o płyty – warto zacząć od wydanej w 1983 roku „True”.
To tylko kilku, subiektywnie wybranych, najważniejszych wykonawców nurtu new romantic. Do grona najjaśniejszych gwiazd dorzuca się też często wspomniany już wcześniej Visage (album „Visage”), Davida Bowie (płyta „Scary Monsters”) oraz Soft Cell („Non-stop Erotic Cabaret”), Adam and the Ants („Kings of the Wild Frontier”), ABC („Lexicon of Love”), Duran Duran („Rio”), Talk Talk („It’s my Life”), a nawet Roxy Music („Avalon”). Moglibyśmy stworzyć numer specjalny „Hi-Fi i Muzyki”, poświęcony wyłącznie new romantic, a i tak nie wystarczyłoby miejsca na opis wszystkich wykonawców i najważniejszych płyt tego nurtu. Przenieśmy się zatem na nasze rodzime podwórko, bo i o nim warto coś wspomnieć.

7881042017 002

Karate po polsku
Na przytłaczającą, betonową polską szarość lat 80. XX wieku rodacy starali się nakładać jak najwięcej kolorowych filtrów. Nawet jeśli były one głównie z krepiny, wyrobów skóropodobnych oraz aromatów identycznych z naturalnymi – fantazji odmówić nam niepodobna.
Gonitwie za Zachodem, paradoksalnie, rzadko towarzyszyła zadyszka. Częściej coś na kształt śmieszności, ale i tak można powiedzieć, że mamy narodowego „czuja” i w porównaniu z papugowaniem trendów z USA spod znaku ZSSR wypadaliśmy dość korzystnie. Szczególnie że w naszym, mimo wszystko europejskim, poczuciu niezależności, wolności i indywidualności byliśmy bliżsi Wielkiej Brytanii, Niemcom czy Francji niż wzajemnie polaryzującym się światowym mocarstwom. I to tyle w kwestii optymizmu i pozytywnego patriotycznego PR.
W rzeczywistości kopiowanie zjawisk kulturowych z Zachodu było u nas zwykle spóźnione o kilka lat, czasem nawet o dekadę. Hipisowskie zespoły grające hard rocka w 1982 roku? Absurd. Era disco zaczęła się u nas kilka lat po Abbie, Boney M i Donnie Summer... Tak samo było z new romantic, a właściwie... nie było, ponieważ jako odrębne zjawisko ten styl właściwie w Polsce nie istniał. Nie wyrobiliśmy się. Pierwsza fala punkowej rewolucji (1977 r.) dotarła do nas, kiedy świat zalewała już druga (1982 r.). Dodatkowo mieliśmy wysyp mocnych składów: Maanam, Lombard, Perfect, Lady Pank, Republika, Oddział Zamknięty. Przy tej klęsce urodzaju, a jednocześnie wąskim korytarzu komunikacyjnym, trudno było spojrzeć na Zachód w sposób bardziej selektywny i wysublimowany. Pod względem zjawiska new romantic było więc w Polsce bezrybie. Poza pewnymi wyjątkami, które z tego nurtu czerpały jedynie pewne elementy, ale bez niego brzmiałyby zupełnie inaczej. Dlatego przyjrzyjmy się kilku chłopakom z naszego podwórka.

7881042017 002

Najbliższym gatunkowi zespołem zdaje się poznański Klincz. Grupa ciekawa, tekstowo kontrowersyjna, ale w swej artystycznej ścieżce bardzo szczera. Estetycznie można ich umiejscowić w połowie drogi między londyńskim klubem Blitz a dyskoteką w Garwolinie. Dorobili się jedynie dwóch płyt – „Gorączka” (1984) i „Jak lodu bryła” (1988) – oraz składanki największych przebojów, wydanej w 1999 roku przez Universal Music. Niespecjalnie pomogła pomoc wielkiej gwiazdy lat osiemdziesiątych, Urszuli Kasprzak, która wsparła zespół wokalnie i tekstowo na drugiej płycie. Czegoś zabrakło, ale do dziś Klinczu słucha się całkiem przyjemnie. Choć bardziej jest to antropologiczna wycieczka w interesujące rejony niż estetyczna rozkosz.
Z naszych noworomantycznych gwiazd nie należy zapomnieć o Kapitanie Nemo, czyli Bogdanie Gajkowskim. Ponury image, groźna mina, nieodłączny beret – tak prezentował się i do dziś prezentuje ten kultowy i… w sumie świadomy muzyk. Czy jednak było to new romantic? Tylko częściowo. Kapitana Nemo prędzej da się uplasować gdzieś bliżej mrocznego New Wave i synthpopu spod znaku Depeche Mode, ze względu na syntezatorowe, riffowe arppegiatory, jak i niski, choć bardziej matowy niż u Dave’a Gahana głos.

7881042017 002

A skoro Depeche Mode, to trochę i Kraftwerk. W jakimś procencie Ultravox i Japan, ale wszystko to odbywało się na zasadzie: „Szkoda nie korzystać z tak dobrych inspiracji”.
Z najważniejszych płyt Kapitana Nemo należy polecić dwie pierwsze: debiutancką „Kapitan Nemo” (1986) i „Jeszcze tylko chwila” (1989).
Dwa najlepsze polskie zespoły, wciśnięte tu nieco na siłę, ale jednak w istotnym procencie pasujące do naszej układanki, to bez wątpienia Papa Dance i Kombi. Ekipy różne, trafiające w różne gusta, ale z dzisiejszej perspektywy najbardziej eksportowe, muzycznie najciekawsze i porywające komercyjnie. Gdyby tylko podrasować kilka szczegółów…
Kombi lat osiemdziesiątych to zespół złożony z prawdziwego basu, gitary, bębnów (głównie Simmonsa), wywodzący się z myślenia jazzowego, ale brzmieniowo oparty na syntezatorowych konstruktach Sławomira Łosowskiego, bardzo nowoczesnych, jak na tamte czasy. Lider nie tylko podążał za światowymi trendami, ale szedł z nimi łeb w łeb. Podobnie jak cała reszta. Gitarowe solówki Grzegorza Skawińskiego wprawdzie wywodziły się z tradycji bluesowej, ale nowoczesnym podejściem wnosiły aranżacje na inny poziom. Dyżurny przystojniak, Waldemar Tkaczyk, grał na Jazz Basie Fendera i robił to oszałamiająco punktualnie. W czasie największych sukcesów perkusistą składu był Jerzy Piotrowski (wymiennie z Janem Plutą i, przez chwilę, Zbigniewem Kraszewskim). W rytmicznej warstwie muzyki Kombi dominowały wtedy bębny elektroniczne, ale przecież na nich też można pokazać kunszt. Nawet Bill Bruford z King Crimson grał wówczas na podobnym zestawie i świetnie mu to wychodziło.

7881042017 002

Kompozycyjnie Kombi można czasem skojarzyć z Ultravox, choć Polacy nie gubili swego oryginalnego stylu. Instrumentalnie przewyższali większość zachodnich składów. Szkoda tylko, że tego nie słychać. Niedoróbki realizacyjne tamtej epoki dziś dają się mocno we znaki. „Linia życia”, „Za ciosem cios”, „Black and White” czy „Słodkiego miłego życia” brzmią dobrze, ale… na sprzęcie z tamtych lat. A na współczesnym? Cóż, nie tak dobrze, jak na to zasługują.
Papa Dance to twór o kiepskiej recepcji społecznej. Odbierani są – szczególnie w swoim późniejszym wcieleniu – jako zespół dla dziewczyn i dzieci. Ich popularność wśród młodej widowni mocno się utwierdziła przy okazji cyklicznego udziału w „Teleranku” – programie dla dzieci i młodzieży, który wielu czytelników „Hi-Fi i Muzyki” zapewne pamięta. Nadawany był (poza pewnymi wyjątkami) w niedzielę rano, a Paweł Stasiak, wraz z ekipą, mocno dawał w nim czadu.
Papa Dance to zespół założony przez producentów: Sławomira Wesołowskiego i Mariusza Zabrodzkiego. Podobnie jak brytyjski Duran Duran, został stworzony jako rzecz mocno castingowa i eksperymentalna. Później wyklarował się z tego dość konkretny skład. Prócz reaktywacji w 2005 roku i działalności do dziś, można rozróżnić dwa podstawowe wcielenia. Pierwsze – z Grzegorzem Wawrzyszakiem na wokalu. Z tego okresu znane są takie hity, jak „Ordynarny faul”, „Panorama Tatr”, „Pocztówka z wakacji”, „Te głupie strachy” i „Kamikadze wróć!”. Drugie, to  bardziej znane, z Pawłem Stasiakiem jako frontmanem i przebojami: „Nietykalni”, „Naj story”, „Maxi singiel”, „Kryształek nocnej opowieści”, „Historyjka z talii kart” „Ciało i talent”, „O-la-la”, młodzieżowy „Teleleń” czy wreszcie „Nasz Disneyland”. Muzycy, szczególnie na późniejszym etapie, byli bardzo sprawni technicznie. Choć bębny często wydają się programowane, sekcja do dziś wypada przyzwoicie, a Waldemar Kuleczka na gitarze basowej jawi się jako jeden z ciekawszych instrumentalistów tamtych lat. Warto również zwrócić uwagę na gitarzystę  Jacka Szewczyka, który tylko pozornie niewiele dokładał od siebie w tym mało gitarowym składzie. Grupie towarzyszyli także nieźli klawiszowcy: Marcin Tywoniuk, Krzysztof Kasprzyk czy Kostek Joriadis. Ten ostatni nie tylko należał do pierwszego składu, ale na płycie „Poniżej krytyki” (1986) stanowił, z Pawłem Stasiakiem, trzon zespołu.

7881042017 002

Czy Papa Dance to bardziej new romantic, czy może jednak synthpop? Nie ma to dziś większego znaczenia. Na pewno była to grupa ludzi, którzy bawili się muzyką, wchodzili w interakcję z publicznością. Mieli do siebie totalny dystans i do swego rzemiosła podchodzili z humorem, szczególnie na tle innych wykonawców, którzy próbowali być śmiertelnie poważni. Niektórzy wrzucają ich do jednego worka z nurtem disco polo. Ale nie ma się czym przejmować, bo ci sami ludzie lokują tam również rockowy Bajm. Prawdą jest natomiast, że Papa Dance tworzyło perfekcyjny pomost pomiędzy skocznym zachodnim popem a polską muzyką dance. Mocno generalizując, więcej znajdziemy tu A-ha, Kajagoogoo, Wham, Ultravox, OMD czy… no dobrze, może nawet Modern Talking niż Top One, Akcentu czy Bayer Fulla. Zachowajmy odrobinę powagi…


Top 10 zagranicznych płyt new romantic i synthpop, które trzeba mieć w kolekcji:
1. Japan „Gentlemen Take Polaroids” (1980)
2. Ultravox „Vienna” (1980)
3. Ultravox „Lament” (1984)
4. Duran Duran „Rio” (1982)
5. Spandau Ballet „True” (1983)
6. Visage „Visage” (1980)
7. Human League „Dare” (1981)
8. OMD „Architecture and Morality” (1981)
9. Roxy Music „Avalon” (1982)
10. ABC „The Lexicon of Love” (1983).


Top 5 polskich płyt new romantic i synthpop, które warto mieć w kolekcji:
1. 2+1 „Bez limitu” (1983)
2. Papa Dance „Papa Dance” (1985)
3. Kombi „Nowy rozdział” (1984)
4. Klincz „Jak lodu bryła” (1988)
5. Kapitan Nemo „Kapitan Nemo” (1986).

Ta jedna płyta
Dlaczego w zestawieniu Top 5 gości płyta zespołu 2+1, a w artykule nie ma o niej ani słowa? Zasada jest prosta. Przez lata swojej kariery zespół ciągle ewoluował muzycznie, a w stylu synthpop/new romantic nagrał tylko dwie płyty: „Bez limitu” (1983) i „Video” (1985). Ogólnie jednak, mimo ogromnej popularności obu krążków, 2+1 nie był typowym przedstawicielem nurtu, a jedynie z niego skorzystał, jako z aktualnego trendu. Co nie zmienia faktu, że zrobił to z wdziękiem i klasą.
Na tej samej zasadzie nawet wielki David Bowie ze swoim albumem „Scary Monsters” (1980) nie znalazł się w zestawieniu, choć został wspomniany w artykule. Z kolei Roxy Music z „Avalonem”, dla którego new romantic było jedynie epizodem, mocno zaznaczył się w nurcie. Dlatego znalazł się i w zestawieniu, i (symbolicznie) w treści artykułu.

Słowniczek
New romantic – zjawisko muzyczne i socjologiczne (moda, zwyczaje, styl życia), którego rozkwit i największa popularność przypadła, w różnym natężeniu, na lata 1980-1986.  Termin został po raz pierwszy użyty w 1981 roku przez znanego producenta Richarda Jamesa Burgessa. W warstwie formalnej przeważały krótkie utwory wokalno-instrumentalne, oparte na tradycyjnej konstrukcji piosenkowej. Teksty dotyczyły głównie sfery uczuć, ale także sięgały skojarzeń historycznych, politycznych oraz dylematów moralnych ówczesnych lat.
Ze względu na demokratyzację elektroniki, w aranżacjach dominowały syntezatory analogowe nieco nowszej generacji, takie jak: Oberheim Xpander, Prophet 5, Yamaha CS80, Korg Polysix. W warstwie wizualnej prym wiodły mocne makijaże, spektakularne stroje i fryzury, ale również uwspółcześniona klasyczna elegancja.

Synthpop – muzyka pop, będąca dla wielu wykonawców naturalną kontynuacją grania new romantic. Oparta na przeważającej roli syntezatorów. Biorąc pod uwagę fakt, że rozkwit i największa popularność gatunku przypadły na lata 80. XX wieku, dominowały instrumenty cyfrowe (Yamaha DX7, Korg M1, Roland D50), które dość szybko wyparły, wcześniej ochoczo używane, instrumenty analogowe. O ile new romantic było zjawiskiem o wiele szerszym, sięgającym również kontekstów społecznych, o tyle synthpop dotyczył głównie muzyki, choć z pierwotnego nurtu zaczerpnął wiele charakterystycznych elementów, transformując je na bardziej nowoczesny i uniwersalny język.
Synthpop był popularny równolegle z new romantic (za początki można uznać nagrania Gary’ego Numana i Human League z końca lat 70.), w porywach do końca lat 80. XX wieku.

New wave – to nurt częściowo przeplatający się z synthpopem i new romantic. Artystycznie bliżej mu jednak do… wysublimowanej wersji punk rocka. Jego największy rozkwit przypadł na epokę równoległą z opisywanymi powyżej gatunkami. Do najczęściej wymienianych przedstawicieli należą: Joy Division, Classix Nouveaux, Killing Joke, The Cure, Devo, Talking Heads, The Jam, The Pretenders, The Stranglers, ale także OMD, The Cars, Duran Duran, Depeche Mode, Gary Numan, Talk Talk i Ultravox.

 


Michał Dziadosz
Źródło: HFM 04/2017


Pobierz ten artykuł jako PDF