fbpx

HFM

artykulylista3

 

Muzyka – sztuka przemijania

image 3W słynnym XVIII-wiecznym traktacie estetycznym „Laokoon, czyli o granicach malarstwa i poezji” Gotthold Ephraim Lessing podzielił sztuki na przestrzenne i czasowe. Muzykę zaliczył do drugiej kategorii, w której dzieła sztuki rozwijają się w czasie – zajmują pewien jego odcinek.

Na przykład pieśń „Prząśniczka” Stanisława Moniuszki w wykonaniu śpiewaczki AA i pianisty KR w sali XYZ w mieście B w dniu 18 maja 1986 trwała od godziny 19. minut 45 do godziny 19. minut 46 sekund 30. Muzyka rozbrzmiewała przez 90 sekund.

Na przykład pieśń „Prząśniczka” Stanisława Moniuszki w wykonaniu śpiewaczki AA i pianisty KR w sali XYZ w mieście B w dniu 18 maja 1986 trwała od godziny 19. minut 45 do godziny 19. minut 46 sekund 30. Muzyka rozbrzmiewała przez 90 sekund. Przez ten czas artyści i słuchacze zestarzeli się o 90 sekund – ich życie trochę przeminęło, może nie z wiatrem, ale z muzyką. Nigdy więcej nie zdarzy się takie samo wykonanie ani nigdy więcej słuchacze nie przeżyją takich samych wrażeń. Jeśli nie powstało nagranie tego koncertu (a takiej możliwości Lessing oczywiście nie przewidywał), przeżycia muzyczne zapiszą się tylko w pamięci uczestników. Z upływem czasu będą się zacierały i deformowały. Ktoś zapamięta wartkie tempo, ktoś inny – jasną barwę głosu, a jeszcze ktoś – nietypowo długą pauzę po frazie „Prysła wątła nić”. Ale nawet jeśli te wspomnienia zostaną przelane na papier i wydane – 90 sekund przeminie, zniknie.
image 263
Przemijają też epoki i związane z nimi stylistyki. Nie da się zawrócić rozwoju technik kompozytorskich, ale mogą się pojawiać dzieła-widma, pozwalające słuchaczom wyobrazić sobie, co mogłoby powstać wtedy, gdy nie powstało. Na przykład, gdybyśmy mieli polskiego Mahlera, sto lat temu skomponowałby zapewne… „Pieśni przemijania”, czyli VIII symfonię Pendereckiego, do wierszy poetów niemieckich.

Przemijać ze zrozumieniem

Upływ czasu jest problemem dla kobiet – dla bohaterek dzieł muzycznych i dla wykonawczyń. Uciekającą młodość opłakują heroiny Ryszarda Straussa (np. Marszałkowa w „Kawalerze srebrnej róży), Hrabina z „Damy Pikowej” Czajkowskiego i tytułowa „Die Alte” z pieśni Mozarta. Artystką spełnioną czuje się Floria Tosca z opery Verdiego, wyznająca: „Żyłam sztuką, żyłam miłością”. Wyjątek stanowi Emilia Marty z opery Janačka „Sprawa Makropulos”. Ta żyjąca już 337 lat śpiewaczka przeklina działanie eliksiru młodości.
Gwoli sprawiedliwości trzeba też wspomnieć o męskich protagonistach, przerażonych upływem czasu, jak Faust z opery Gounoda. Ów bohater, aby odwrócić proces przemijania, gotów jest się zaprzedać szatańskim mocom.

image 262Śpiewaczka ma tyle lat, na ile brzmi jej głos – dopóki zachowuje on świeżość i giętkość, może mieć szansę na angaż jako Verdiowska Gilda, Gounodowska Małgorzata czy Rossiniowska Rozyna. Dzisiejsi inscenizatorzy z nurtu „Regieoper” bacznie patrzą też, jak śpiewaczka wygląda, co w niektórych przypadkach może stanowić (dla danej primadonny) barierę nie do pokonania. Rozwibrowany, zmatowiały, ciężkawy głos nie przyda wiarygodności odtwórczyni głównej partii w „Traviacie” i jeśli AA nie dostanie propozycji wykonania tej roli, będąc „przy młodym głosie”, to już nigdy jej nie zaśpiewa. Na pewno?

Furorę w internecie robią nagrania z występu Liny Vasty, wykonującej z akompaniamentem fortepianu kilka znanych arii, w tym „Addio del passato” – łabędzi śpiew chorej Violetty Valery, która w „Traviacie” ma 22 lata. Lina Vasta ma… 92! Jeśli oceniać wiek jej głosu miarą barwy, to brzmi na lat siedemdziesiąt kilka, ale technika, oddech, artykulacja, intonacja są najwyższej próby. „Żegnajcie, szczęśliwe sny o minionych dniach,/Róż na moich policzkach już dawno zbladł” – słowa, będące w ustach młodziutkiej Violetty skargą na niesprawiedliwość losu, Vasta interpretuje pogodnie, pogodzona ze światem. Słychać wręcz radość, jaką wiekowej artystce sprawia koncertowanie. image 261
Vasta jest pensjonariuszką Casa Verdi – domu emerytowanych muzyków, założonego przez kompozytora i do dziś prowadzonego przez fundację jego imienia. Lina Vasta, podobnie jak inni lokatorzy tego „najweselszego domu starców na świecie” (jak zatytułowano niemiecki film dokumentalny), chętnie występuje przed współmieszkańcami, ale nie tylko. Niedawno zawędrowała z recitalem aż do Japonii, a na co dzień daje lekcje śpiewu. Mówi, że to dla niej praca i rozrywka i że nie zamierza bezczynnie spędzić reszty życia. Wszyscy zachodzą w głowę, jak toczyła się kariera Liny Vasty. Skoro teraz jest w tak wspaniałej formie wokalnej, to wcześniej musiała być rozchwytywana przez teatry operowe. I tu konsternacja. Lina Vasta debiutowała na początku lat 30. XX wieku partią Gildy na scenie Teatro Soziale w Busto Arsizio (miasto wielkości Gniezna lub Piły; leży niedaleko Mediolanu). Niestety, wkrótce wyszła za mąż za dyrygenta, który nie pozwalał jej występować. Przeminęło mnóstwo szans, mnóstwo muzyki do zaśpiewania. A dziś trudno o osobę, która piękniej wyraziłaby głosem przemijanie.
image 4

Przemijanie talentu

Jeśli spojrzeć (pesymistycznie czy realistycznie?) na biografię muzyka jak na ciąg przemijających szans, to stabilizacja życiowa może się okazać fałszywym przyjacielem. Osobowości wielkiego formatu potrafiły godzić codzienne etatowe obowiązki dyrygenta (jak Mahler) czy organisty (jak Messiaen) z komponowaniem obszernych dzieł. Przeciętniacy, przygnieceni rutyną codzienności i rodzinnymi zobowiązaniami, odkładają twórcze plany ad Kalendas Graecas, nawet nie zdając sobie sprawy, w jaką wpadli pułapkę. Tak właśnie było z Glennem Hollandem, bohaterem filmu „Symfonia życia” (1995, reż. Stephen Herek). image 260
Kompozytor świeżo po studiach przyjmuje posadę nauczyciela muzyki w prowincjonalnym amerykańskim liceum. Ma popracować tylko przez jeden rok szkolny, a przez ten czas napisać symfonię, która stanie się dla niego trampoliną do kariery kompozytora. Niestety, zakres obowiązków jest spory; absorbuje czas i siły. Holland prowadzi orkiestrę uczniowską i chór; udziela indywidualnych lekcji gry na instrumentach. Musi też przygotowywać szkolne akademie i przedstawienia. W dodatku żona spodziewa się dziecka. I tak umowa nauczyciela zostaje przedłużona na następny rok, a potem na kolejny i tak dalej. Prace nad symfonią postępują w żółwim tempie. Do tego los zadaje Hollandowi szczególnie bolesny cios: jego syn jest od urodzenia głuchy i wymaga specjalnej opieki. I tak mija trzydzieści lat. W liceum zostają zorganizowane uroczystości z okazji jubileuszu powszechnie lubianego profesora. Punktem centralnym ma być wykonanie wreszcie ukończonej symfonii przez… orkiestrę szkolną. Dyryguje oczywiście siwowłosy, przygarbiony autor. Wiekopomne dzieło trwa całe… siedem minut i, szczerze mówiąc, nie rzuca na kolana. Ale Holland płacze ze wzruszenia. Ma też inny powód do łez. Władze oświatowe, szukając oszczędności w budżecie, chcą zlikwidować jego etat. Pan Holland „przeminął” pod każdym względem, bo nie czuje się spełniony pod żadnym względem, nawet rodzinnym. Spełnił się tylko aktor Richard Dreyfuss, który za rolę Hollanda dostał nominację do Oscara.image 6
Tama przemijania

W wywiadzie dla „Twojej Muzy” śpiewaczka Aleksandra Kurzak wspomina swój debiut w „La Scali” w „Rigoletcie” Verdiego: „Przed przedstawieniem, a nie miałam żadnej próby na scenie, podszedł do mnie wielki Leo Nucci i powiedział: «Na scenie stawaj nieco w prawo od budki suflera. To miejsce Marii Callas, ma najlepszą akustykę, tam ona śpiewała swoje wszystkie arie». Miał rację, a właściwie to Maria Callas ją miała”.
Czasem udaje się zatrzymać lub opóźnić przemijanie aury towarzyszącej muzyce. Tak jak w powyższym cytacie, pozostaje pamięć ludzi, pamięć murów. Zostają kostiumy i rekwizyty, eksponowane w muzeach teatralnych. Instrumenty, na których grali sławni wirtuozi. Nagrody i konkursy imienia sławnych muzyków.image 5
Najskuteczniej tamę przemijaniu stawia technika. Nagrania audio i wideo (a przypomnijmy, że Edison wynalazł fonograf w 1877 roku) ze stale rosnącą wiernością rejestrują wykonania utworów, nie zapisując jednakowoż nastroju oczekiwania na koncert czy atmosfery w studiu nagrań. Zapisana muzyka staje się skamieliną. Ale nagrania ocalają artystów. Tych najsławniejszych i tych występujących co dzień w małych teatrach, w aulach szkół muzycznych, w muszlach koncertowych lub w swoich pokojach, przed kamerą internetową. Nagrania dokumentują zjawisko muzykowania, stare jak cywilizacja. Tyle że dzięki technice możemy porównać mistrzów z ich legendą; dzięki archiwom ożywają artyści. Jak napisał Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górze”: „Muzyka budzi czas, budzi nas do najdoskonalszego odczuwania czasu…”

Hanna i Andrzej Milewscy
Źródło: HFM 03/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF