HFM

artykulylista3

 

Artyści jednego przeboju, vol. 6

074 077 Hifi 09 2023 008Kontrowersje. Nie da się ich uniknąć, szczególnie kiedy się stąpa po tak delikatnej materii. Dlatego od pierwszego odcinka cyklu apeluję do czytelników o humor i dystans. Wszak chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, a przy okazji o sięganie do historii kultury i przypominanie sobie wspaniałych utworów. A czasem ich poznawanie.


W czasie tworzenia cyklu korzystałem z różnych rankingów i zestawień. Zwykle bardzo się od siebie różnią. Bywają bezsensowne albo zwyczajnie niedopracowane. Nierzadko artyści jednego przeboju po tamtej stronie Atlantyku to muzycy cenieni u nas i odwrotnie. Dlatego ostatecznie kierowałem się własną oceną sytuacji oraz faktem, że żyję muzyką od urodzenia. A było to dość dawno temu.


074 077 Hifi 09 2023 006

   


The Cascades
Rhythm Of The Rain z albumu pod tym samym tytułem (1963)
AJP VOL 6 Fot 1
Jeden z najważniejszych przytulańców początku lat 60. Kiedy słyszę takie utwory, trochę żałuję, że nie urodziłem się zaraz po II wojnie światowej w USA. Młodość w rytmie ckliwych ballad musiała być wspaniała. Oczywiście wiadomo, że współcześnie trochę tamte czasy mitologizujemy. Warto jednak wiedzieć, że wówczas jedna z najpotężniejszych sił rozwoju nie była ograniczana. Mam na myśli wyobraźnię.
Była to złota era radia. Rzadko kto miał w domu telewizor, za to rozgłośnie nadawały życiu ton. Informowały, nastrajały, spełniały marzenia. Właśnie wtedy spory sukces odnieśli The Cascades. W listopadzie 1962 wypuścili swój największy i jedyny przebój. Ciekawe, czy wtedy dużo padało, bo słuchanie „Rhythm Of The Rain” z towarzyszeniem strug deszczu za oknem musiało być niezwykle romantyczne. Popularność piosenki dała zespołowi napęd i już w marcu 1963 roku ukazała się płyta długogrająca. Znalazła się na czwartym miejscu podsumowania „Piosenka roku 1963” magazynu „Billboard”, a wcześniej spędziła dwa tygodnie na miejscu pierwszym „Billboard’s Easy Listening Chart”. W roku 1999 BMI umieściła „Rhythm Of The Rain” na dziewiątym miejscu najczęściej emitowanych utworów stulecia.
O jego fenomenie stanowiły nie tylko piękna melodia i przyjemny rytm (tempo średnie), ale również aranżacja – jak na tamte czasy bardzo nowatorska. Wpleciono w nią dyskretne odgłosy padającego deszczu i burzy, a największą atrakcję stanowiła czelesta. Jest tutaj równie ważna co wokal i gra solówkę unisono z organami. Co ciekawe, czelestę zaliczamy do instrumentów perkusyjnych, choć ma klawisze i przypomina fisharmonię. Jej dźwięk jest znany również, na przykład, z tańca wieszczki cukrowej z „Dziadka do orzechów” Piotra Czajkowskiego.
W roku 1990, na płycie „Between The Lines” ukazał się cover „Rhythm of The Rain” w wykonaniu Jasona Donovana. Wersja Australijczyka była mocno uwspółcześniona i już bez czelesty. Pewnie dlatego, pomimo ogólnej atrakcyjności, nie miała startu do o wiele bardziej surowego, ale naturalnego oryginału. Cover powstał przy wsparciu legendarnej spółki kompozytorsko-producenckiej Stock, Aitken, Waterman. Artykuł o tych trzech magikach ukazał się w „Hi-Fi i Muzyce” w maju 2019.


074 077 Hifi 09 2023 007

   


Dave Loggins
Please Come to Boston z płyty Apprentice (In A Musical Workshop) (1974)
AJP VOL 6 Fot 2
Dave Loggins to dalszy kuzyn Kenny’ego Logginsa. Co ciekawe, panowie poznali się dopiero w dorosłym życiu i to na gruncie zawodowym, nie prywatnym. „Please Come to Boston” to jedyny wielki przebój Dave’a, choć nie jedyny ważny utwór, jaki skomponował. Zdarzyło mu się na przykład współpracować z Three Dog Night, dla których napisał „Pieces Of April” (1979). Najbardziej znana piosenka artysty zdobyła sporą popularność, choć głównie po tamtej stronie Atlantyku. W USA dotarła do piątego miejsca listy „Billboard Hot 100”, a w Kanadzie do czwartego listy magazynu „RPM”.
Jeżeli chodzi o stylistykę, to plasuje się gdzieś pomiędzy radiowym popem, charakterystycznym dla lat 70., muzyką country, a piosenką poetycką. Wszystko zostało tutaj podane z niezwykłym smakiem. To nie tylko wspaniały kawałek muzycznego tortu, z przebogatą harmonią, łagodnym, choć ekspresyjnym wokalem i partiami granymi z wyczuciem. To również wzruszająca liryczna uczta.
Tekst to listy do ukochanej, pisane na różnych etapach życia. W pierwszej zwrotce podmiot znajduje się w Bostonie. Jest młodym chłopakiem, który ma nadzieję załapać się do pracy w kawiarni. Zachęca swoją lubą, która została w ich rodzinnym Tennessee, by przyjechała do niego wiosną. W drugiej jest nieco starszy i mieszka w Denver. Pisze, że jeśli ona do niego przyjedzie, wykrzyczy w głębi Wielkiego Kanionu, jak bardzo ją kocha. W trzeciej zwrotce jest już dorobionym starszym panem, który osiadł w Los Angeles. Wyznaje jednak, że samotne życie w Kalifornii nie jest łatwe, nawet jeśli się mieszka w domu nad oceanem, a nocą przez wielkie okna ogląda spadające gwiazdy. Adresatka w każdym refrenie odpowiada, że nie przyjedzie, bo woli, by nasz bohater wrócił w rodzinne strony, gdzie wciąż na niego czeka. Nie potrzebuje bowiem żadnych atrakcji: bogactwa, wielkich miast ani podróży. Zawsze podziwiała go jako zwykłego chłopaka z Tennessee i chciałaby, żeby takim pozostał.
Jako niezależni obserwatorzy sytuacji lirycznej widzimy sprzeczność charakterów: ducha błądzącego i ciągle poszukującego siebie oraz duszy, która nie chce żadnych zmian. Oboje są jednak nieszczęśliwi, bo w ostatecznym rozrachunku nie mają tego, co najcenniejsze. Siebie nawzajem.


074 077 Hifi 09 2023 001

   


The Buggles
Video Killed the Radio Star z płyty The Age Of Plastic (1980)
AJP VOL 6 Fot 3
Utwór-fenomen. Powstał chyba tylko po to, żeby słynny producent Trevor Horn, który wówczas nie wszedł jeszcze w najwyższą fazę swojej kariery, sprawdził siły jako wokalista i osobowość medialna. Wizualnie kompletnie się do tego nie nadawał – mały, chudy, w okularach grubych jak denka od butelek. Wokalnie dawał radę na jakimś tam poprawnym poziomie, ale nic poza tym. Nie zmienia to faktu, że kompozycja była świetna i to pod kilkoma względami. Ewentualne braki solisty ograno zabiegami studyjnymi. Krótko mówiąc, głos Horna został puszczony „przez telefon”. Efektowny refren śpiewał chórek pań, dialogując z głównym wokalem.
Poza tym, jak na rok 1979, „Video Killed The Radio Star” było produkcją na wskroś nowoczesną. Prosta stopa, skompresowana i przetworzona perkusja, sprzężona z tradycyjnym brzmieniem elektrycznego basu, mnóstwo zabiegów w obrębie stołu mikserskiego i wstawek przypominających sample. Czy sampler wówczas istniał? Na pewno nie w formie, jaką znamy dziś. Ale od 1979 był już produkowany CMI Fairlight i zdaje się, że to właśnie ten instrument został tutaj wykorzystany.
Niezależnie od użytych środków, Trevor Horn całkiem nieźle antycypował trendy. W jakimś sensie to studyjne szaleństwo przypominało dokonania Electric Light Orchestra, ale było o wiele mniej symfoniczne, mniej przytłaczające i dzięki temu lżejsze. Pod wieloma względami był to jeden z utworów, które zapowiadały nadejście w muzyce zupełnie nowej epoki. Nie do końca wiadomo jakiej, ale na pewno trochę kosmicznej, trochę zwariowanej i trochę eksperymentalnej. Takiej, w której elektronika będzie odgrywać olbrzymią rolę. Niewykluczone, że właśnie dlatego utwór jest chętnie grany przez stacje radiowe nawet dziś. Oczywiście mam na myśli nadawców emitujących stare przeboje. Co ciekawe, tekst opisuje śmierć złotej ery radia, która nadeszła wraz z rewolucją telewizyjną, a nawet magnetowidową; na zachodzie popularność zdobywały wtedy pierwsze VCR-y.
Nieco zawiła, ale inteligentna i sugestywna warstwa liryczna opowiada o zachodzących w życiu zmianach. Jest rozmową z idolem z dawnych lat, choć również chyba z samym sobą. Z pewnością odwołuje się do ery świetności radia, przedstawiając ten czas jako magiczny i inspirujący. Warto również odnotować, że teledysk do utworu był pierwszym, jaki w swojej historii wyemitowała MTV. Co za ironia!
O Trevorze Hornie wspominaliśmy w dużym artykule, opublikowanym w „Hi-Fi i Muzyce” w kwietniu 2019 roku. Przypomnijmy jednak, że za zespołem The Buggles stał nie tylko on, ale również Geoff Downes, Bruce Woolley oraz… Hans Zimmer. Tak, ten Hans Zimmer.


074 077 Hifi 09 2023 002

   


The Sugarhill Gang
Rapper's Delight z płyty Sugarhill Gang (1980)
AJP VOL 6 Fot 4
Singiel pochodzi z roku 1979. Album, na którym się ukazał, wyszedł rok później. O tym utworze mówi się, że był pierwszym hip-hopowym kawałkiem, który zaistniał w mainstreamie i zapoczątkował ekspansję gatunku na całym świecie. Niektórzy uważają „Rapper’s Delight” za pierwszy rap w historii. Czy to prawda? Rozstrzygnięcie pozostawmy badaczom. Z całą pewnością można jednak mówić o prekursorstwie, chociażby biorąc pod uwagę tekst.
Zaczyna się od słów: „To nie jest test. Ja po prostu rapuję do mikrofonu w rytm bitu”. Dostajemy instrukcję do rozumienia gatunku, ale nie tylko. Znawcy tematu uznają „Rapper’s Delight” za dowód, że hip-hop nie wywodzi się z biedy, frustracji i przestępstw, ale z zabawy, funku i swobodnego stylu życia. Dodatkowo spotykamy się tu z tzw. „braggadocio”, czyli stylem w rapie, w którym chodzi o lans, szpan i wychwalanie własnych umiejętności. Przewijają się więc laski, luksusowe domy, kolorowe telewizory i inne atrybuty sukcesu tamtych lat. Warto jednak zaznaczyć, że wszystko jest tu podane sympatycznie i lekko. Bez spiny, rasizmu i chamstwa. Zresztą, już na samym początku muzycy wyraźnie podkreślają, że przesłanie o dobrej zabawie i wczuciu się w rytm jest dla wszystkich, bez względu na kolor skóry i pochodzenie. A potem mamy prawie 15 minut (sic!) funkowej jazdy z wejściami różnych MC’s, należących do grupy. W tle grają głównie żywe instrumenty, z niesamowitym pulsem. Utwór był popularny nawet u nas. Wyobraźcie sobie! W tym paskudnym, siermiężnym PRL-u lat 80. XX wieku kompozycja ukazała się na… pocztówce dźwiękowej!
„Rapper’s Delight” to świetny utwór, który później został wielokrotnie przeżuty i wypluty przez popkulturę. Deformowano go na różne sposoby, z których najbardziej bolesny był ten w wykonaniu idiotycznego tria Las Ketchup w roku 2002. Warto więc wrócić do oryginału i uświadomić sobie, jak wyglądały prawdziwe początki hip-hopu.


074 077 Hifi 09 2023 005

   


Kim Carnes
Bette Davis Eyes z płyty Mistaken Identity (1981)
AJP VOL 6 Fot 5
Trzynaście albumów studyjnych. Niesamowity głos, międzygatunkowy talent, niezwykła wrażliwość muzyczna, uznanie w środowisku i… tylko jeden międzynarodowy hit. Warto też podkreślić, że „Bette Davis Eyes” to… cover. Oryginał był znany od roku 1974 i to raczej w środowiskach fanów muzyki country. Pierwsze wykonanie należało do Jackie DeShannon. Tak już bywa, że country może się okazać prawdziwą kopalnią hitów. Trzeba je tylko trochę przerobić i podrasować, jak to miało miejsce na przykład w „I Will Always Love You” Whitney Houston, również odkopanym po latach (oryginał zaśpiewała Dolly Parton).
Wróćmy jednak do Kim Carnes. Zanim dała się poznać światu, szlifowała warsztat w zadymionych pubach. Legenda głosi, że to właśnie stąd wzięła się jej charakterystyczna chrypka. Największy sukces przyszedł na początku lat 80. Singiel „Bette Davis Eyes”, jak na tamte czasy, okazał się niezwykle nowoczesny. Z jednej strony rockowy, z drugiej – mocno oparty na brzmieniach syntezatorów i tanecznym rytmie. Nad wszystkim królował głos – charyzmatyczny, spokojny, dojrzały, a jednocześnie lekki i liryczny.
Tekst opowiada o uwodzicielce, która reprezentuje wyszukany i wystudiowany styl. Oczy podobne do spojrzenia słynnej aktorki Bette Davis to jeden z jej atutów. Te słowa można interpretować jako zazdrość. Podmiotem lirycznym jest bowiem kobieta, która ostrzega mężczyznę przed inną.
Utwór zdobył aż dwie nagrody Grammy – w 1982 uznano go za najlepszą piosenkę oraz nagranie roku. Wielki sukces utworu „Bette Davis Eyes” sprawił, że Kim Carnes została doceniona nie tylko przez publiczność, ale również świat muzyków. Świadczy o tym choćby jej obecność w utworze „We Are The World” zespołu USA For Africa (1985). W sumie ten projekt również można by wciągnąć na listę wykonawców jednego przeboju, ale już bez takich żartów. Wiemy, o co w nim chodziło i traktowanie go z tego klucza byłoby niezłym fikołkiem.


074 077 Hifi 09 2023 004

   


Kajagoogoo
Too Shy z krążka White Feathers (1983)
AJP VOL 6 Fot 6
Ten zespół był jedną z najjaśniejszych gwiazd stylów synth pop, new wave i new romantic pierwszej połowy lat 80. Jego wokalista – Limahl, który w pewnym momencie został relegowany i rozpoczął karierę solową (również opartą na jednym przeboju, o którym więcej w kolejnej części cyklu), stanowił główny i najbardziej rozpoznawalny głos grupy. Później zespół próbował jeszcze raz z basistą Nickiem Beggsem na wokalu.
Choćbyśmy nie wiem jak szanowali i doceniali Kajagoogoo, mieli tylko jeden wielki przebój: „Too Shy”. To zgrabna kompozycja, oparta na sprytnej, funkującej sekcji rytmicznej, syntezatorach i refrenie, który natychmiast wpada w ucho. O ile w tamtej epoce możliwość programowania instrumentów sprawiała, że nie każdy musiał umieć grać, o tyle akurat tej grupie granie wychodziło świetnie. Dlatego elektronika pełniła tu raczej rolę pomocniczą, a podstawową wartość stanowiły groove, puls i melodia.
Tekstowo utwór opowiada o nieśmiałości. Tym razem podmiotem lirycznym jest facet z gatunku niezbyt wyrywnych. Wyraźnie daje sygnał płci przeciwnej, że samemu trudno mu podejść i zagadać, więc prosi o większą aktywność z jej strony. Świetny patent. Może właśnie dzięki temu „Too Shy” sprawdził się na dyskotekach i sprawił, że wiele niewieścich serc otworzyło się na mniej przebojowych panów. Inna sprawa, że Limahl raczej wolał chłopców, ale w roku 1983 mało kto o tym wiedział, więc apel w piosence został potraktowany jako wiarygodny. Kompozycja błyskawicznie zdobyła ogromną popularność nie tylko na Wyspach, ale też w całej Europie. Przez pięć tygodni utrzymywała się na pierwszym miejscu w Niemczech, przez dwa w Zjednoczonym Królestwie, natomiast latem 1983 tryumfowała w USA.
Zespół przetrwał jeszcze jedną płytę bez Limahla. Była to „Islands”, wydana w roku 1984. Później nastąpiła długa przerwa i stary skład powrócił w 2008 albumem „Gone To The Moon”.


074 077 Hifi 09 2023 003

   


Wilson Phillips
Hold On z płyty Wilson Phillips (1990)
AJP VOL 6 Fot 7
Trzy panie, w sumie ładne i umiejące śpiewać. Carnie Wilson i Wendy Wilson to córki Briana Wilsona z The Beach Boys, a blondyna – Chynna Phillips – to córka Johna Phillipsa i Michelle Phillips z grupy The Mamas And The Papas. Na marginesie ta ostatnia grupa też mogła się pochwalić jednym wielkim hitem – koło historii się zamyka.
Mimo znakomitego startu, dużego potencjału i wielkich ambicji Wilson Phillips dorobiły się tylko jednego wielkiego przeboju. W podsumowaniach zdobył: pierwsze miejsce na liście w USA, szóste w Zjednoczonym Królestwie, drugie w Australii i trzecie w Kanadzie. Popularnością cieszył się nawet w Polsce. Głównie dlatego, że jakiś maniak w naszej rodzinnej telewizji katował go niemal w każdą niedzielę w okolicach „Teleranka”. No cóż, panie były ładne, a treści trzymały się ram familijnych – bez wicia się a la Samatha Fox czy wyskakującego cyca Sabriny. Pasował do niedzielnego poranka, a jednocześnie miał odrobinę rockowego pazura. Nie trzeba się było z tego spowiadać, a zawarta w aranżu energia dawała kopa na cały dzień.
Tekst był ciekawy i nieoczywisty. Z jednej strony można go interpretować jako stonowany i umiarkowanie feministyczny, mieszczący się w ramach przesłania „dziewczyno, musisz być silna i zadbać o siebie”. Z drugiej – jako apel do młodej osoby, żeby nie robiła niczego głupiego. Nie popełniała samobójstwa, tylko dała sobie szansę i wzięła się w garść.
Co się działo z miłymi paniami później? Charakterystyczny trójgłos zapewnił im względną popularność, która trwa do dziś. Nie przebiły jednak sukcesu „Hold On”, mimo że wielokrotnie próbowały.


074 077 Hifi 09 2023 008

   


Natalie Imbruglia
Torn z płyty Left Of The Middle (1997)
AJP VOL 6 Fot 8
Ta piękna pani zapowiadała się znakomicie. Nagrywała płyty, próbowała sił w aktorstwie i można powiedzieć, że w pewnym sensie do dziś funkcjonuje na obrzeżach szołbiznesu. No cóż, z taką urodą można istnieć w długim półtrwaniu i nikt z tym nic nie zrobi.
Jako wokalistka miała tylko jeden międzynarodowy hit. Dodatkowo nie była to piosenka napisana ani przez nią, ani specjalnie dla niej. Utwór wyłowiono z czeluści niewypromowanego, ale świetnego songwritingu. Wykonywało go wielu muzyków, między innymi Lis Sorensen (jako „Brandt”, jeszcze z duńskim tekstem), Trine Rein (już jako „Torn” z anglojęzycznymi słowami) oraz amerykańska grupa rockowa Ednaswap. Ale dopiero wersja śpiewana przez Natalię Imbruglię stała się sławna na całym świecie.
Była najbardziej dopieszczona. W aranżacji zadbano o każdy szczegół. Melodię i harmonię słuchacz otrzymuje na tacy. Bez żadnych utrudnień ani wątpliwości. Wcześniejsze wersje miały potencjał, ale też mnóstwo niedopracowanych elementów. A jeśli były rockowe, jak ta w wykonaniu Ednaswap, to nie nadawały się do zwykłego radia. Dodatkowo siłą Natalii Imbruglii była jej interpretacja wokalna. Lekka, ale przekonująca. Bez tłuczenia talerzy, jak to miało miejsce w przypadku Lis Sorensen. I choć dziś można się czepiać niektórych rozwiązań produkcyjnych, utwór nadal jest chętnie grany przez stacje radiowe na całym świecie. Płyta, z której pochodzi, była naprawdę niezła. Podobnie jak następne nagrywane przez piosenkarkę albumy. Niestety, wielkiego sukcesu nie udało się powtórzyć.
Wokalistka ma rodowód australijski. Podobnie jak Jason Donovan i Kylie Minogue medialną karierę rozpoczynała w słynnym serialu „Sąsiedzi”. Później  przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii, a resztę już znacie.


 

Michał Dziadosz
09/2023 Hi-Fi i Muzyka