fbpx

HFM

artykulylista3

 

Muzyczny survival cz. 2

battery g0b5064c39 640
W poprzednim wstępniaku padło pytanie: czego będziemy słuchać, kiedy wyłączą prąd? Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ale „człowiek zabezpieczony mniej nerwami żyje”. Było o radyjkach na baterie. Podałem nawet modele, które uważam za dobre; zainteresowanych zapraszam do lektury numeru 1/2022. A skoro już mają ten prąd wyłączyć, to zasilanie powinniśmy potraktować priorytetowo.

Pierwsza porada: pozbywamy się baterii i przechodzimy na akumulatory. Aspekt ekologiczny to miły dodatek do walorów użytkowych, wygody i ekonomii. Wydatek na początku może być spory, ale szybko się zwraca, a później już zaczynamy „zarabiać”. Przestajemy kupować baterie, a i tak zawsze mamy je pod ręką. Kalkulujemy taki zapas, żeby wyczerpany komplet, który poszedł do ładowarki, można było zastąpić pełnym. W takiej konfiguracji nie przejmujemy się czasem ładowania. Wystarczy policzyć, ile mamy baterii w pilotach, myszkach, zabawkach, trymerach, radyjkach i tym podobnych, dodać 4-6 sztuk i gotowe. Teoretycznie akumulatory są lepsze od baterii w urządzeniach potrzebujących większej wydajności i nie lubią tych o minimalnym poborze prądu. Czyli piloty odpadają. Teoretycznie, bo praktycznie wytrzymują tysiąc i więcej cykli. Akumulatory nie lubią, gdy się je rozładowuje „do końca”, ale znów – standardowe paluszki są na to odporne (chemia NiMh). Polecam Eneloopy Panasonica, bo są po prostu najlepsze. Druga sensowna opcja to propozycja Ikei. Co prawda niska cena budzi obawy o jakość, ale są one nieuzasadnione, bo to japoński produkt, niewiele gorszy od Eneloopa.
Kolejna porada – kupujemy ogniwa AA o mniejszej pojemności (1900 mAh na przykład); tak samo AAA. Są wytrzymalsze i będą dłużej służyć. Niższa cena to nie gorsza jakość, przeciwnie.


Przy wyborze radyjka warto zwrócić uwagę, czym jest zasilane. Najlepiej gdyby to były AA lub AAA, bo są w każdym sklepie i – dziwnym trafem – najlepsze znajdziemy tylko w tym standardzie. Zupełnie nie wiem, po co producenci trzymają się uporczywie takich wynalazków, jak R14 czy R20 (i  odpowiedników). Chyba tylko po to, żeby utrudnić ludziom życie. A może nie korzystają ze swoich urządzeń? Gdyby było inaczej, dawno by zauważyli, że to niemal wymarły gatunek. Panasonic na przykład jakiś czas temu wycofał je z oferty i proponuje przejściówki w formie pudełek. Tylko po co się w to bawić? Zaawansowane odbiorniki  radiowe, o których za miesiąc, korzystają czasem z ogniw 18650, a nawet 21700 (oznaczenia pochodzą od wymiarów). Ich wydajność i pojemność ma się do AA i AAA jak dzień do nocy. To po prostu lepsze źródło prądu, stosowane chociażby w hulajnogach i samochodach elektrycznych, a dawniej – także w laptopach, w postaci bloków zawierających wiele ogniw. Stąd znajdziecie sporo ofert „z odzysku”, ale nie korzystajcie z nich. Najlepsze modele 18650 na rynku to LG M1, Sanyo GA i Samsung 30Q. Może nie znajdziecie ich w supermarketach, ale w sklepach internetowych na pewno. Chemia Li-ion nie przepada za głębokim rozładowaniem, ale są też ogniwa zabezpieczone, na przykład Xtar. Warto się zaopatrzyć w dobrej jakości akumulatory, bo te dodawane do odbiorników są  nie najlepsze. Teoretycznie 18650 to egzotyka, ale praktyka znów wskazuje inaczej. Stosuje się je w dobrych latarkach, dronach czy papierosach elektronicznych. Tam paluszki okazałyby się za słabe i gdyby nie było mocniejszych ogniw, nie zobaczylibyśmy kieszonkowej latarki świecącej jak samochodowy reflektor. W latarkach stosuje się akumulatory „firmowe”, na przykład Olight czy Acebeam. Są dwukrotnie droższe, ale czy lepsze? Ani trochę, bo są „rebrandowane”. Czyli na zewnątrz mamy koszulkę z logiem firmy, a pod nią Sanyo albo LG. W przypadku 18650 należy pamiętać o jednym: nie nosić ich w kieszeni razem z kluczami itp. Zwarcie może doprowadzić nawet do wybuchu (tak się działo w wadliwych telefonach). Do przechowywania wystarczy się zaopatrzyć w plastikowe pudełeczka, dostępne za grosze w sklepach z ogniwami. Na AA i AAA też takie są. Przy okazji w szufladzie robi się porządek.


Skoro akumulatory już czekają, potrzebujemy ładowarki. Jeżeli korzystamy tylko z AA i AAA, wystarczy przeznaczony do Eneloopów Panasonic. Można jednak potraktować sprawę high-endowo i zaopatrzyć się w Skyrca NC2200. Wtedy dostaniemy ciekawe funkcje, jak odświeżanie i reanimowanie ogniw (działa), a także dostosowanie poziomu naładowania do dłuższego przechowywania. Jeżeli już zdecydujecie się na taki model, zapewne zdobędziecie wiedzę i przyda się pomiar pojemności oraz inne opcje. Jeżeli nie chcecie się bawić, możecie wybrać też ładowarki Xtara, które świetnie się sprawdzają. Większa ilość rodzajów ogniw (dla posiadaczy latarek na przykład) to konieczność nabycia ładowarki uniwersalnej. Bezapelacyjnie najlepsza to Skyrc MC3000, zaraz za nią – Xtar VP4 plus Dragon (z obu jestem zadowolony). Mają jednak pewną wadę – sloty za krótkie dla zabezpieczonych ogniw 21700. Raczej nie będziecie ich używać, ale jeżeli się wkręcicie w superlatarki, to… Pozostanie zakup na przykład Nitecore UM4, ale ta z kolei wymaga uwagi przy AA, bo styki lubią tracić kontakt. Xtar VC4 L powinien być lepszy, ale to nowy model, nie ma go jeszcze w Polsce. Podsumowując: warto kupić dobrą ładowarkę, bo taka może działać i 20 lat.


Zapas ogniw pozwoli na przetrwanie krótkiego blackoutu. Ale co, kiedy potrwa dłużej? Na to jest recepta: Power Station. „Walizka” jest magazynem prądu ładowanym z gniazdka albo nawet paneli fotowoltaicznych. To już wydatek od tysiąca do kilku tysięcy złotych. Wprawdzie nie zastąpi zasilania w domu, bo lodówce i telewizorowi zabezpieczy tylko kilka godzin pracy, ale już radyjka, latarki, telefony i laptopy naładuje tyle razy, że w domu skończy się wszystko inne. Temat magazynu prądu można zgłębić samemu – to proste. W tym miejscu tylko przypominam, że jest coś takiego i może warto pomyśleć?
A za miesiąc znów o radyjkach. Może do tego czasu prądu nie wyłączą…

 

 

Maciej Stryjecki