fbpx

HFM

artykulylista3

 

Vintage atakuje

radio 2974649 1920
Kolejne „stare radio” na okładce to nie przypadek. Podobnego sprzętu pojawia się na rynku coraz więcej, a „wykopaliska” wywołują większe zainteresowanie niż najnowsze zdobycze techniki.
Inna sprawa, że tych ostatnich jakoś nie widać, a elektronika do odtwarzania dźwięku od dłuższego czasu nie zaskoczyła nas żadnym przełomowym rozwiązaniem. Najlepiej takim, które powoduje, że faktycznie gra lepiej. Owszem, firmy ze ścisłej czołówki udoskonalają flagowe modele wzmacniaczy i kolumn. Efekty słychać, więc jest sens śledzić premiery. W bezpośrednim porównaniu McIntosh MA12000 wygrywa z MA9000. Nowa seria 800 B&W pewnie też nas zadziwi – ostatnio miałem okazję się przekonać, że obecna 700 to zdecydowany krok do przodu w stosunku do modeli produkowanych przed dekadą. Ogólnie producenci sprzętu z wyższej półki jakby bardziej się starali lub zrywali z modą na miękkie brzmienie czy studzienny bas. Łatwiej dziś znaleźć elektronikę i kolumny grające prawidłowo, bez wynaturzeń. To dobra tendencja, więc trzymamy kciuki, żeby trwała.


Technologia w tym pomaga – ot, na przykład skończyła się ochrona patentowa na przetwornik AMT i wiele firm zaczęło go stosować. Nowe materiały również – może niebawem zobaczymy membrany z grafenu wielokrotnie cieńsze od włosa? Mimo to sama idea głośnika dynamicznego pozostaje niezmienna od dziesięcioleci, a wzmacniacze nadal bazują z grubsza na tych samych założeniach.
Osoby, które liczyły na szalony postęp technologiczny, przestały już chyba wierzyć w to, że za kolejną dekadę samograj za 1000 zł zabrzmi lepiej od obecnego systemu za milion. Z komputerami teoretycznie jest to możliwe i można snuć spiskowe teorie, że tak się nie dzieje, bo prawdziwi władcy tego świata nie mają w tym interesu. Ale czy wzmacniacz zachwyci pięknem brzmienia, bo w jego środku będzie chlupać plazma albo zachodzić fuzja jądrowa? W ogóle to, że nadal posługujemy się pojęciami „wzmacniacz” czy „głośnik”, coś określa. Najogólniej – system „produkcji” dźwięku, który pozostaje ciągle ten sam.


Na chłopski rozum, współczesna technologia i sam dźwięk, jako zjawisko fizyczne, zawsze prowadzą do jednego: trzeba poruszyć powietrzem, wzbudzić fale. A do tego nadaje się tylko jakiś tłok, sprężarka plus silnik. Może sam proces da się zmodyfikować, zaprząc do niego inne narzędzia? Choćby komputer, co miał zastąpić niemal wszystko. Już go mamy i jakoś się nie wydaje, że kwantowy, mimo epokowego kroku naprzód, wywoła rewolucję w dziedzinie jakości brzmienia. I raczej nie przeniesie audiofilskiego raju pod przysłowiowe strzechy. No, chyba że… skoro sposobem myślenia bardziej zbliża się do ludzkiego niż do obecnych pecetów i makbuków, to może coś za nas wymyśli?
Póki co – mamy to, co mamy. Wizje nowego, wspaniałego świata najwyraźniej nie przemawiają do wszystkich i może stąd tęsknota za starym? Niekoniecznie za brzmieniem, które było lepsze, bo w to wierzą chyba tylko najbardziej zapaleni „złomiarze”. Jest jeszcze spora grupa melomanów, których nie stać na sprzęt wysokiej klasy, więc szukają 30-letnich Marantzów i Luxmanów i potem zapominają, że wówczas były to perełki o rynkowej wartości dużego fiata, a teraz porównują je do masowej produkcji w cenie taniego ciśnieniowego ekspresu do kawy. Podejrzewam jednak, że największa grupa miłośników tego, co na okładce, ani z jednymi, ani z drugimi nie ma nic wspólnego.


Do pewnego czasu ich potrzeby zaspokajały firmy takie, jak Accuphase, Luxman i McIntosh oraz Spendor, Harbeth czy Graham. One jednak zawsze robiły swoje i nie oglądały się na aktualną modę. Rewolucję wywołała Yamaha serią 2000. Jak pamiętamy, była to wysoka półka, „czyste stereo” (w czasach szczytu popularności kina domowego), ale też prezentacja technicznych możliwości producenta. Spektakularny sukces Japończyków zachęcił naśladowców. Znajdziemy wśród nich koncerny, znane firmy, ale są też reaktywacje. Przykładem jest właśnie Leak, potraktowany przez nas w tym numerze jako temat miesiąca. Podobno klienci najchętniej kupują ten system z monitorami Wharfedale Linton, a to też vintage pełną gębą. Razem pięknie to wygląda, przenosi nas w lata młodości i tworzy niepowtarzalny klimat. A w dodatku nie kosztuje majątku i świetnie gra, i to w odniesieniu do dzisiejszej, nie ówczesnej konkurencji. Ciekawa reaktywacja marki to także Quad. O ile elektronika wygląda niespecjalnie, to w legendarnych elektrostatach ESL koneserzy widzą wehikuł czasu.
Przepiękny wzmacniacz wyszykował też JBL. SA750 powstał na 75-lecie firmy i trafia na rynek z dopasowanymi wzorniczo monitorami. Seria jest limitowana. Głośniki wyprzedały się na pniu, można powiedzieć, że wśród „znajomych królika”. Za to wzmacniacz jest dostępny, a jego test opublikujemy już za miesiąc.


Efektownego hopsztosa wywinął ostatnio Luxman. Dla niego integry ze wskaźnikami to nowoczesność, tyle że ciągnąca się na przestrzeni lat, stąd pojęcie „vintage” potraktował na swój jedyny, niepowtarzalny sposób: wskrzesił wzmacniacz z roku 1989. Dla mnie wzornictwo L-595A SE to wielka klasa, ale nie jestem obiektywny, bo kiedy miałem 19 lat, jego pierwowzór był moim marzeniem, nieosiągalnym zresztą. Wkrótce do redakcji przyjedzie jego następca. Z ewentualnym zakupem trzeba się będzie pospieszyć, bo Luxman zamierza zamknąć produkcję na 300 egzemplarzach.
Na szczęście te oldtimery nie są wiernymi kopiami starych wzorców. Wszyscy producenci mają za sobą doświadczenia podobne do dwóch, wymienionych na początku. Na ile mądrze je wykorzystali – przeczytacie już wkrótce.

Maciej Stryjecki