fbpx

HFM

artykulylista3

 

Muzyka w głowie

muzykawglowieWakacje w tym roku trwały dłużej. Nie powiem, że mi się to nie podobało, bo przez dwa miesiące mogłem się moczyć w basenie, pożerać kiełbaski z ogniska, obcować z naturą i fotelem, pochłaniając kolejne seriale, na które wcześniej nie miałem czasu.


Wakacje to także częstsze spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi (jeżeli ktoś ma takowych, bo zdaje się, że ostatnio to coraz rzadsze zjawisko), a ci przeważnie pytają: co nowego w twojej dziedzinie? Ano, mimo rozwoju technologii powrót do źródeł oraz fakt, że sprzęt coraz droższy. Poza tym po staremu, żadnych rewolucji ani przełomów. Co gorsza, brak też pomysłów, które mogłyby urozmaicić słuchanie muzyki. Budowanie coraz lepszych kolumn i wzmacniaczy to jedno. Ale na tym się przecież nie powinno kończyć. Można się przecież zająć samym słuchaczem.
Są na to sposoby, a pierwszy wpadł mi w oko podczas surfowania w internecie. Fotel kinowy w wersji „Ultimate”. Jedyne 6000 zł, a więc mniej niż za high-endową sieciówkę. Nota bene, podłącza się go do sieci. Na razie nie informatycznej, tylko elektrycznej. Najważniejsza jest funkcja „relaks”, czyli przekształcenie go w leżankę. Bardzo pożyteczna, zwłaszcza po kilku godzinach oglądania. Żeby nie zdrętwieć, jest też funkcja masażu, a żeby nie uschnąć z pragnienia – uchwyty na napoje i chłodziarka. Aż się prosi dołożyć zgrabny stoliczek na przekąski. Można by też wprowadzić kilka usprawnień do wersji audiofilskiej i… tutaj jest szerokie pole do popisu dla konstruktorów ustrojów akustycznych. Bo czemu taki fotel nie miałby poprawiać brzmienia w pokoju? A może wibrator wzmacniający konsumpcję basu? Ot, głośniki pompują sygnał o częstotliwości 25 Hz, a siedzisko te 25 Hz przekazuje podrobom. I opowieści o „czuciu basu w żołądku” stają się ciałem. Wersja audiofilska byłaby z pewnością droższa, ale akurat do tego klienci są przyzwyczajeni. Na razie takiej nie ma, więc tymczasem polecam kinową. Też obleci.


Drugi pomysł zalągł się w głowie Elona Muska i przyznam, że wywołuje u mnie mieszane uczucia. Neuralink jest projektem rozpoczętym w 2016 roku i ponoć ostatnio mocno przyspieszył, a firma miliardera rekrutuje coraz więcej specjalistów od informatyki, chemii i biologii. Ujmując w skrócie, chodzi o czip wszczepiany pod czaszkę, dzięki któremu będzie możliwe „odtwarzanie muzyki bezpośrednio w mózgu”. Trwają eksperymenty na zwierzętach. Świnki morskie i białe myszki wprawdzie nie wypowiedziały się, jak to brzmi, ale raczej nie konały w męczarniach, skoro badania trwają, a to już coś. Nie wiemy też, co im puszczano, choć przypuszczam, że raczej nie Wagnera i Megadeth. Rodzi się obawa, co innego taki chip mógłby robić? Pole dla tzw. teorii spiskowych mamy tu ogromne, chociaż mawiają, że nie ma teorii, są za to „spiskowe praktyki”. Wiadomo, że chip może stymulować różne obszary mózgu do aktywności, na przykład do wydzielania hormonów, jak serotonina i oksytocyna. I tak użytkownik staje się producentem, może więc na tym zarobi? Dla wielu to kusząca perspektywa, bo wiadomo: po kopiejkę i car się schyli, a po rubla przyklęknie. Mało kto jednak zna drugą część porzekadła, że za pięćset pozwoli się wychędożyć. Jeżeli jednak, to w „bliżej nieokreślonej przyszłości”, bo trudno oczekiwać, że taka perspektywa wzbudziłaby entuzjazm miłośników nowych technologii. A już na pewno ograniczyłaby ilość ochotników do prób na ludziach. Jest ich ponoć sporo i za dwa, trzy lata kolejka ruszy z kopyta. Załóżmy jednak, że Musk jest prawdziwym filantropem i chce ludziom usłać życie różami. Puszczać im piękną muzykę, trójwymiarowe filmy, stworzyć nowy rodzaj telefonu. A skoro zmysły daje się stymulować, to kto powiedział, że na słuchu i wzroku koniec? Jest jeszcze smak, dotyk, węch, a może i więcej? Można się będzie wirtualnie najeść i zaspokoić wszelakie potrzeby bez obaw konsekwencji i potencji. Pewnie trzeba będzie za to płacić i jeżeli tu jest pies pogrzebany, to pół biedy. Chociaż niektórzy zauważą roztropnie: czym? A to już poważniejsza sprawa, zwłaszcza jeżeli ktoś zechce użyć chipów do niecnych planów.


Może być uprawniony i tutaj kluczem jest zaufanie do rządów. Jedni mają większe, inni mniejsze, a Musk nie wspomina nic o obowiązkowym chipowaniu, więc byłbym spokojny. Gorzej, jeżeli nieuprawniony, czyli haker na przykład. Pomijając kradzież danych, które trudno zaklasyfikować do jakiejkolwiek grupy z punktu widzenia zawartości i… legalności, może nam zaserwować w zwoje, co mu się żywnie podoba. Puszczać w kółko piosenkę o „majteczkach w kropeczki”, dzieła późnych dodekafonistów lub dema amatorskich wykonawców poezji śpiewanej. Tego nie wytrzyma nawet świnka morska. Ba, nawet szanty mogą ją powalić na kolana – wszystko zależy od dawki.
Zagrożeń jest sporo, ale podejrzewam, że wielu audiofilów zastanawia się: jak to brzmi? Może dostaną wreszcie bas, którego nie wykrzesze żadna membrana, a złudzenie obecności na koncercie stanie się pełne? Ja bym jednak do pierwszej rakiety Elona Muska nie wsiadał.


Maciej Stryjecki