fbpx

HFM

artykulylista3

 

Ludzie listy piszą cz.2

writing 1149962 12801O tym, że ludzie listy piszą i jak, było miesiąc temu. Teraz będzie o listach do redakcji. A przychodzi ich sporo, mimo że z kopertą i znaczkiem nie ma to już nic wspólnego.



Tak zwane „nowoczesne formy komunikacji” dają możliwości, w których, przyznaję, czasem się gubię. Niektórych nie lubię i nie odpowiadam z założenia. Zaliczam tutaj Facebooka i komunikatory w rodzaju Messengera. Bez czytania wiem, że znajdę tam śmietnik. To nie jest nasz czytelnik, tylko „fan”, który polubił profil, bo zobaczył ładne zdjęcie.
Jaki kupić głośnik Bluetooth, żeby miał basy albo bass. Wyjaśniam: „basy” to chłopy, co grubym głosem śpiewają w chórze, a „bass” to taki klaps, co się podoba „mężczyzną”. Głośniki Bluetooth radzą sobie przeważnie z obydwoma, ale nie wiem, jak.
Kolejny przedmiot pytań to słuchawki do „fona, do 70 zł maks, ale jak dobre, to dołożę dwie dyszki”. Czołówce peletonu depczą po piętach: odtwarzacze samochodowe, głośniki do „kompa” i miniwieże. Wspólnym mianownikiem tej korespondencji jest czas. „Zależy mi, żeby odpowiedź dostać szybko, bo sprzedawca mi odłożył, ale tylko do jutra”. Skoro nie odpowiadam natychmiast, to dostaję uwagi, że firma niepoważna i ma ludzi w „d”. Przecież można jednym słowem: „ten”. I tylko o to chodziło, a my nie mamy minuty; no szkoda gadać. Na koniec pada: „skreślam was”, „odlubowuję”. Jejku. Spływa to po mnie jak po kaczce, bo co to za „lubość”, skoro człowiek pisma na oczy nie widział? Jakby widział, to by wiedział, że na tym, o co pyta, znam się, jak świnia na gwiazdach.

Kolejny typ widomości tym kanałem to pomoc w grzebaniu po śmietnikach: zalazłem trzy „wzmaki” po półtorej stówki każdy. W załączniku galeria zdjęć, a ja mam ocenić ich stan techniczny. Zobaczyć, czy ktoś przy tym nie dłubał i ewentualnie doradzić, gdzie i po ile takie „chodzą”. Zapomniałbym o  najważniejszym: czy sprzedający nie chce autora listu „zrobić”. Znowu kończy się tak samo: jestem „wujem” (a myślałem, że Stryjem – tak mówili na mnie koledzy 20 kilo temu). Z rzadka przychodzi na Facebooku „poważny list” i go nie zauważam, za co autorów w tym miejscu przepraszam. I doradzam na przyszłość, żeby nie tędy.
„Listy” od prawdziwych czytelników rozpoznaję po tym, że są skierowane bezpośrednio do mnie. Albo na e-mail, albo na „fona”. Adres i numer to żadna tajemnica, ale żeby do nich dotrzeć, trzeba kupić magazyn, wydanie elektroniczne albo przynajmniej poszukać na portalu. Wszystkie formy wymagają albo wydatku, albo fatygi, więc czuję się zobowiązany. Dla odmiany, zupełnie nie wiem, skąd „fan” bierze przekonanie, że muszę mu odpowiedzieć i że to mój „śmierdzący obowiązek”.
Odkąd telefony zaczęły przypominać telewizory, zmieniła się forma SMS-a. To już nie 160, a 1000 znaków; bywa że i strona maszynopisu. Kiedy dostaję takiego tasiemca, robi mi się niedobrze. Bo niedobrze jest nie odpowiedzieć, a jak już odpowiedzieć, to wypadałoby konkretnie. Pytania bywają sformułowane tak, że na ich rozwikłanie trzeba poświęcić godzinę, a czasem i to niewiele pomoże. Bo jeżeli napiszę, że kolumny mają „jasne wysokie tony”, to zaraz padnie: „a czy nie za jasne?”. No nie. A jeżeli nie za jasne, to może jednak za ciemne? Potem przychodzi pora na przestrzeń i dynamikę. I wielki finał: „Jest Pan pewien, że będę zadowolony?”. „Tak” – i masz człowieka na sumieniu.

Mailem to samo. Dlatego zawsze odpowiadam: proszę zadzwonić, bo przez minutę powiem więcej niż przez godzinę napiszę. Poza tym rozmowa to co innego. Można się czegoś dowiedzieć o pomieszczeniu, preferencjach i doświadczeniach. Nawet to lubię, o ile akurat mam czas i humor.
Meloman obeznany ze sprzętem wie, że każdy przypadek jest inny. Składa się na niego sprzęt grający, pokój i upodobania. Nie da się odpowiedzieć na maila, który właśnie do mnie przyszedł: „Czy za 10000 kupię lepsze kolumny niż Hyperion IV plus?”. W czym lepsze? Jeśli mają mieć „bass”, to na pewno.
Ludzie reagują różnie. Znowu nie chcę poświęcić dosłownie kilku minut na postawienie literek, no niech będzie i pół godzinki, co tam. Przecież to „nic nie kosztuje”; jestem „wujem”. Otóż – kosztuje. Bo najdroższą walutą w życiu jest czas. Nie można go kupić dla siebie, można za to sprzedać innym. Prawnik bierze za godzinę tyle, co za „wzmaka” i cedeka z drugiej ręki. Nauczyciel angielskiego mniej, ale dobry hydraulik już niekoniecznie. Dentysta, taksówkarz, panna lekkich obyczajów też przeliczają minuty na złotówki. Dlaczego z poradą w kwestii wyboru kolumn, komputera czy pralki ma być inaczej? A skoro już ktoś ma fantazję pomóc za darmo, to przynajmniej pozostawmy mu wybór formy. I na koniec wymówmy magiczne słowo.

Porada, jaka by nie była, to obowiązek sprzedawcy, nie autora testów. Na co uczulam i jeżeli ktoś ma żal, że nie odpowiedziałem na SMS, dedykuję mu historyjkę. Mój szwagier jest śpiewakiem operowym. Kiedy ktoś się o tym dowie na imprezie typu wesele, od razu pada: to zaśpiewaj coś. Wypadałoby się zrewanżować: jesteś prawnikiem? To napisz mi na serwetce umowę albo pozew.
To, co dla jednych jest pasją, dla innych jest pracą. Chociaż, na szczęście, da się te dwie rzeczy połączyć nawet po 20 latach. Pod warunkiem, że nie dotyczy to „wzmaków” za półtorej stówki i słuchawek do „fona”. Bo te, o których przeczytacie na następnych stronach, są z zupełnie innej bajki.

Maciej Stryjecki
Źródło: HFM 10/2019