fbpx

HFM

artykulylista3

 

Powoli przestaję się dziwić

polonaise 1887113 1280

W sumie czegoś podobnego się spodziewałem. Państwo wiecie, że się spodziewałem, bo z maniakalnym uporem wracałem na tych łamach do kwestii: stary sprzęt vs. sprzęt nowy. I jak zwykle, nie mam tu na myśli hi-fi.


Że w naszej branży ceny już dawno przebyły sufit, a spora część produkcji i tak przeniosła się do Chin, nasi czytelnicy wiedzą dobrze. To nawet nie jest najgorsza wiadomość, bo można trenować w sobie instynkt łowcy, poszukując relatywnie niedrogiego, a robionego jeszcze w Europie sprzętu i mieć z tego kupę frajdy. Na wszelki wypadek zaznaczam, że do tej kategorii zalicza się niemal cała współczesna polska produkcja, a także takie marki, jak brytyjskie NVA, węgierski Heed czy francuski Atoll. To jednak tylko na marginesie. Na pewno znajdziecie Państwo sporo podobnych perełek, jeśli dobrze poszukacie. Albo kupicie sobie coś starego i niezniszczalnego, dopóki prawo tego nie zabrania.

W centrum naszej dzisiejszej uwagi chcę jednak umieścić wiadomość, która dotarła do mnie z kręgów akademickich. Otóż na jednym z polskich uniwersytetów przeprowadzono obliczenia, które prawdopodobnie i tak ktoś już wcześniej wykonał, bo sprawa jest prosta jak łom. Otóż policzono, ile lat powinno się użytkować samochód, żeby wymiana go na nowy, oczywiście bardziej przyjazny środowisku super-duper model nie przyniosła temu środowisku szkody. Innymi słowami: żeby koszt środowiskowy wyprodukowania nowej maszyny, a zatem wszystkich tych rud żelaza, węgla, ropy, a następnie blach, tworzyw, gumy i lakierów, został zrównoważony przez mniejsze zużycie paliwa i w ogóle mniejsze zatruwanie powietrza przez nową brykę. No bo przecież stare rzęchy, jak wiadomo, trują; pisze o tym każda gazeta. Otóż żeby cały ten interes nie wyszedł przyrodzie mimo wszystko na minus, samochód powinien być używany przez 80 lat. Osiemdziesiąt. Oczywiście, z pewnym plus-minusem, zależnie od typu, rocznika auta itd.

Widzicie Państwo ten numer? Okazuje się, że całe to gadanie o zatruwających nas starych samochodach, które mamy koniecznie, najlepiej z dopłatą rządową, wymienić na nowiutkie i nieszkodliwe, jest psu na budę potrzebne, bo lepiej służymy Matce Naturze, cierpliwie reperując stary pojazd, niż kupując jakikolwiek nowy. I proszę mi tutaj nie podtykać pod nos samochodów elektrycznych, bo one składają się głównie ze szkodliwych dla przyrody akumulatorów, które dopiero trzeba utylizować, a i prąd, moi Szanowni, w Polsce nie pochodzi, póki co, ze słońca, powietrza i wody, tylko normalnie – z komina, zupełnie jak w filmie „Godzilla kontra Hedora”.

Sprawa ta kojarzy mi się z histerią, jaka wybuchła kilka lat temu na tle żarówek, kiedy nieco bardziej energożerne, ale czyściutkie w produkcji żarówki a la Edison musieliśmy wymieniać na bomby chemiczne w postaci świetlówek. Nie dość, że wczesne modele dawały światło w kolorze trupa, to jeszcze strzelały jak korki szampana, no i naładowane były oparami… nie napiszę czego, bo mi jeszcze Naczelny wytnie. Żeby niepotrzebnie nie dołować narodu. Dlaczego niepotrzebnie? Ano dlatego, że okazało się, że cała ta afera była zdecydowanie przedwczesna, bo niedługo potem do produkcji weszły znacznie zdrowsze źródła światła, oparte na diodach świecących, a „świetlówki energooszczędne” stały się czymś, o czym towarzysz Gomułka powiedziałby, że to „ni pies, nie wydra, coś na kształt świdra”. I miałby świętą rację. Leżą jeszcze na półkach sklepowych razem z edisonówkami, ale po co leżą, nie wiadomo.

Parę dni temu przeczytałem, że w Niemczech wybuchła straszna afera samochodowa. Odkryto bowiem, że silniki wysokoprężne cuchną i zanieczyszczają powietrze. I że trzeba coś z tym zrobić, ale to koniecznie i natychmiast. A najbardziej powietrze zanieczyszczają oczywiście stare diesle, chociaż nowe też nie są poza podejrzeniem. Pojawiły się spekulacje, że rząd niemiecki będzie przymusowo skupował te narzędzia zagłady i oczywiście dopłacał do nowych, nieśmiganych, prawdopodobnie głównie rodzimych koncernów. To ostatnie jest dość oczywiste, bo Niemcy nawet bez nacisków kupią raczej VW czy BMW niż produkt zagraniczny. I bardzo dobrze, bo koncern Volkswagena, który dostał strasznie w kuper skandalem z fałszowaniem diagnostyki silników, odkuje się i pewnie jeszcze zostanie mu jakaś drobna nadwyżka. I powiem, że trudno mi znaleźć jakieś inne źródło inspiracji dla tego pomysłu.

Jak Państwo widzicie, grunt pod falę wymiany aut na nowe jest właśnie przygotowywany. Kwestią otwartą pozostaje tylko, czy będzie ona dobrowolna, czy przymusowa. Bo jeśli ktoś w Europie wpadnie na jakiś pomysł, to nasz dobry rząd go natychmiast podchwyci, tylko w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie. Przerabialiśmy to już z tytoniem, gdy tłumaczono, że potężna Unia tak nam kazała, więc morda w kubeł i cieszyć się tym, co zostało, bo jak będziemy podskakiwać, to zabiorą nawet resztki wolności w tym względzie i w kwestii używek zrobi się tu do reszty Arabia Saudyjska. Po czym człowiek jedzie gdziekolwiek do Europy i okazuje się, że guzik, że Niemcy na przykład ani Hiszpanie nie słyszeli o podobnych pomysłach. Co i rusz wyskakują takie kwiatki.

Zatem chyba powinniśmy się psychicznie przygotować do wojny z tradycyjnymi samochodami. Dotyka mnie to osobiście, bo mój wóz ma dwadzieścia lat, nie wykazuje śladów korozji, zawieszenie ma jak nowe, silnik pięknie za grosze odremontowany i pewnie przeżyłby jeszcze następne dwadzieścia, gdyby nie polityka, która powołuje się na Matkę Naturę, w ogóle nie pytając jej o zdanie. Na razie staram się we własnym zakresie wspomagać przyrodę, konsekwentnie nie kupując nowego wozu. Pytanie jednak, kiedy ktoś postanowi mnie do tego zmusić?
Podobno w Polsce politycy to zawód najmniejszego zaufania społecznego. Nie wiem, jak to się ma do narodu jako całości, ale wśród kierowców na pewno. Niedawno zafundowali kierowcom koszmarną podwyżkę ubezpieczeń. Parę miesięcy temu aż się trzęśli z ochoty, żeby wprowadzić podwyżkę cen paliwa, a teraz szykuje się coś następnego. Trudno kochać ludzi, którzy żyją z naszych podatków i jednocześnie fundują nam podobne traumy. Nawet jeśli szybko odchodzą.

 


Alek Rachwald
Źródło: HFM 09/2017


Pobierz ten artykuł jako PDF