HFM

artykulyskrot3

Polska i rosyjska dusza

8691122015 004
Jest organistą bardzo lubianym przez kompozytorów – wiedzą, że trafnie odczyta ich utwory. Pół Polak, pół Rosjanin – czuje się związany z kulturą obu narodów. Nagrał wiele płyt autorskich; pisał o rosyjskiej muzyce organowej. Organizuje festiwale. Jego drugą miłością jest jazz.


Marek Romański: Urodziłeś się w Astrachaniu. Opowiedz o swoim dzieciństwie i pierwszych kontaktach z muzyką.
Jan Bokszczanin: Ojciec był na wymianie naukowej, brał udział w blisko rocznej wyprawie w poszukiwaniu kryla arktycznego. W tamtych czasach Rosjanie uważali, że odnalezienie tegoż kryla będzie równoznaczne z wykarmieniem całego świata. Pomylili się.
Pozytywnym aspektem sprawy było to, że doszło tam do spotkania moich rodziców. Dzięki temu urodziłem się w Astrachaniu. Moja mama to rodowita Rosjanka, a ja jestem w połowie Polakiem i Rosjaninem. Już mieszkając w Polsce, co roku wyjeżdżałem na wakacje do Astrachania, do babci i dziadka. Dzięki temu przesiąkłem kulturą rosyjską. Mam tam serdecznych przyjaciół. Myślę, że jest we mnie mniej więcej tyle samo duszy polskiej co rosyjskiej. Pierwszy kontakt z muzyką zawdzięczam sąsiadce, która mieszkała piętro niżej. Pamiętam, że chciałem koniecznie nauczyć się grać „Dla Elizy” Beethovena, ale w całości, nie tylko początkowego motywu. Sąsiadka była nauczycielką muzyki i dała mi kilka podpowiedzi. Stwierdziła jednak, że jestem na to za mały. To podziałało mi na ambicję. Zawziąłem się i w końcu opanowałem utwór.

8691122015 001


Kiedy przeniosłeś się do Polski?
W Rosji mieszkaliśmy do końca studiów mojej mamy. Miałem wtedy trzy lata. Później przeprowadziliśmy się do Polski – najpierw do Dziekanowa Leśnego, a później do Legionowa, gdzie mieszkam do dziś.
Jako ośmiolatek postanowiłem się dostać do szkoły muzycznej. Ponieważ zacząłem dość późno, musiałem robić dwa lata w rok. Pewne braki nadrabiałem już w wieku dorosłym. Muszę powiedzieć, że nigdy nie byłem orłem i raczej nikt we mnie nie widział muzyka koncertującego.

8691122015 001

 

Po szkole studiowałeś w Akademii Muzycznej w Warszawie, u prof. Joachima Grubicha.
Pierwotnie miałem być u prof. Serafina i jednocześnie kontynuować naukę u mojej profesorki ze szkoły średniej. Tej nauczycielce zawdzięczam solidny warsztat. Kazała mi grać małe formy, ale była bardzo dokładna. Już w szkole średniej uczyłem się gry na organach; nie wyobrażałem sobie zresztą, by mogło być inaczej. Odkąd w dzieciństwie usłyszałem grę na organach, wiedziałem, że to jest to.
Tu mała ciekawostka – dostałem się zarówno na organy na Miodową, jak i na saksofon na Bednarską. Jazz był zawsze moją miłością, więc wytrzymałem trzy lata na tym saksofonie. Radosław Mleczko – mój nauczyciel – był najbardziej cierpliwym człowiekiem, jakiego poznałem. Ja, niestety, byłem strasznym saksofonistą. Nie ćwiczyłem, a na zajęcia przychodziłem nieprzygotowany. Raz na egzaminie zapomniałem nut, więc komisja spytała, co mógłbym zagrać. Znałem dwie solówki Bena Webstera, które sobie kiedyś spisałem. Zagrałem je i dostałem trójkę! Znalazłem się jednak u prof. Grubicha i było to szczęśliwe zrządzenie losu. Na pierwszym roku przeżyłem szok. Wszyscy, którzy u niego studiowali, wiedzą, że u niego przede wszystkim trzeba grać czysto. W związku z tym przez pierwsze 2-3 tygodnie, kiedy nowy utwór nie był jeszcze opanowany, wszyscy się chowali. Profesor czasami musiał nas szukać i biada temu, kogo znalazł. Kiedy ktoś się mylił na zajęciach, po prostu wyłaził ze skóry. Jeśli ktoś był w stanie sprostać wymaganiom profesora, to studia kończył. Jeśli nie – szybko rezygnował.
Ja profesorowi Grubichowi zawdzięczam bardzo wiele. To on obudził we mnie pasję do muzyki.

8691122015 001

Po studiach wyjechałeś do Teksasu na stypendium. Jak wspominasz pobyt w Stanach?
Okazało się, że to zupełnie inny świat. Większość Europejczyków nie ma o nim pojęcia. Jeśli chodzi o organistów, to też zupełnie inna bajka. USA to wielkie, wielonarodowościowe państwo. W mojej klasie byli ludzie z RPA, Korei, Japonii i innych krajów. Uczelnia, w której studiowałem, słynie również z tego, że jest jedną z najlepszych jazzowych szkół na świecie.

8691122015 001

Jesteś autorem monografii poświęconej rosyjskiej muzyce organowej. Jak ją widzisz w kontekście światowej muzyki na ten instrument?
Z rosyjską muzyką czy szerzej – kulturą, jest podobnie jak ze Stanami. Ona też jest od nas odcięta i nie bardzo wiemy, co tam się dzieje. Pod względem kultury Rosja jest światem samowystarczalnym. Tamtejsi artyści nie muszą nigdzie wyjeżdżać. Wystarczy, że są doceniani przez rosyjską publiczność. Samo to gwarantuje im godziwy byt i satysfakcję z sukcesu artystycznego, choć muzyków, którzy wyjeżdżają, jest całkiem sporo. Podobnie rzecz miała się kiedyś z muzyką organową. Niestety, najnowsza historia nie była dla tej dziedziny łaskawa. W Polsce ideologii komunistycznej nie udało się zniszczyć Kościoła; w Rosji – tak. Skala zniszczeń jest niewiarygodna. Na przełomie XIX i XX wieku w Moskwie i Petersburgu było około 900 instrumentów. Trudno sobie wyobrazić, co tam się działo, skoro zostało zaledwie 15.

8691122015 001

Czy dostrzegasz cechy wyróżniające rosyjską muzykę organową?
W odróżnieniu od innych krajów, kształtowała się w warunkach niemal zupełnie świeckich. Była i jest prezentowana w salach koncertowych, co radykalnie zmienia jej charakter w porównaniu do muzyki pisanej dla Kościoła i granej w kościołach. W muzyce Głazunowa czy wielu kompozytorów przełomu XIX i XX wieku – a prawie każdy wówczas pisał coś na organy – słychać wyraźne wpływy szkoły francuskiej.

8691122015 001


Jaka była sytuacja muzyki organowej w okresie reżimu komunistycznego?
Nazwałbym to pracą u podstaw. Jednym z założycieli rosyjskiej szkoły gry na organach był Aleksandr Fiodorowicz Goedicke. Będąc uznanym pianistą, nagradzanym na prestiżowych konkursach, w wieku ponad 40 lat zdecydował się grać wyłącznie na organach. To się działo w latach 20. i 30. XX wieku. Najczęściej grało się wówczas transkrypcje oper, utworów popularnych. Oczywiście, prawie każdy organista starał się przemycić dawkę klasycznej literatury organowej, ale nie było to łatwe.
Dzisiejszy stan muzyki organowej w Rosji jest wynikiem wieloletniej, benedyktyńskiej pracy wielu artystów.

8691122015 001

Często i chętnie zajmujesz się współczesnymi kompozycjami na organy. Jak oceniasz stan tej muzyki dzisiaj?
Wydaje mi się, że moją mocną stroną jest umiejętność odczytywania współczesnych partytur i wczuwania się w oczekiwania kompozytora. Sądzę przy tym, że muzyka współczesna jest dość trudna dla wykonawców. Nie jest tak, że można ją grać byle jak. Jeśli taki utwór nie ma wyraźnej kulminacji, która mogłaby zafrapować słuchacza, to bez odpowiedniej interpretacji okaże się nudny. Grałem utwory Gubaiduliny czy Arvo Pärta nawet w małych miejscowościach i ludzie byli nimi zachwyceni.

8691122015 001


Kogo ze współczesnych kompozytorów cenisz najwyżej?
Z polskich – Pawła Łukaszewskiego. Lubię też twórczość Stanisława Moryty – on świetnie wyczuwa instrument, bo sam jest organistą. Wysoko cenię także mojego nieodżałowanego patrona – Mariana Sawę. Napisał dla mnie 11 utworów, więc chyba chciał, żebym go grał i nagrywał, zresztą nawet angażował się w sprawy nagraniowe. Na marginesie, były to najgorsze sesje, jakie przeżyłem. Z reguły udział kompozytora w nagraniach jest traumatyczny – co chwilę chce coś zmieniać.

8691122015 001

 

Czy nadal można rozwijać język utworów na organy?
Oczywiście, że tak. Każdy z żyjących kompozytorów, który zdobyli renomę, potrafił czymś zaskoczyć. Np. Sofia Gubaidulina jest nowatorska, ale też akceptowalna dla publiczności. Na pewno czas awangardy minął. Mało jest teraz kompozytorów, których utwory nie stanowią wyzwania dla wykonawców.

8691122015 001



Jak oceniasz stan instrumentów w Polsce?
Generalnie jest zły. Trochę instrumentów ma wartość, ale najczęściej nie są zadbane. Mazowsze ma bodaj największy problem. Już nawet na Podlasiu jest lepiej. Stosunkowo nieźle jest na Śląsku – tam księża szanują instrumenty. Ja lubię organy romantyczne, z racji tego, że gustuję w takim repertuarze. Na szczęście są księża, którym zależy na restaurowaniu organów, a są i tacy, którzy zrobili wszystko, co w ich mocy, aby zbudować instrument dla swej parafii. Dla przykładu, w Markowicach pod Inowrocławiem stoją bardzo dobre organy, zbudowane przez Dariusza Zycha. To jest instrument z najwyższej półki, zintonowany w sposób holenderski. Mało kto o nich wie, ale na mnie zrobiły olbrzymie wrażenie.

8691122015 001



Współpracowałeś z jazz-rockowym zespołem Apple Tea z Białorusi.
To moi przyjaciele od wielu lat. Zwłaszcza lider – Igor Secewicz – znakomity muzyk. Ma doskonały słuch i jest wszechstronny. Oprócz pracy w zespole wykonuje liczne zlecenia dla białoruskiej telewizji. Przygotowuje też oprawy oficjalnych uroczystości. Naszą współpracę traktuję raczej w kategoriach zabawy, aczkolwiek każdy z nas dawał z siebie to, co ma najlepszego.

8691122015 001



Często grywasz z Tytusem Wojnowiczem.
Współpracujemy regularnie od 12 lat. Każdego roku gramy około 15 wspólnych koncertów. To fantastyczny muzyk, z którym przez cały ten czas nie pokłóciliśmy się ani razu. Przylgnęła do niego popowa etykietka, ale to znakomity wykonawca muzyki barokowej.

8691122015 001

 

Czy wykonywanie utworów klasycznych nie kłóci się z graniem jazzu?
Niekoniecznie. W końcu w muzyce współczesnej improwizacja także występuje. Dobrym przykładem jest utwór „Volumina” Ligetiego. Tam jest wyłącznie partytura graficzna i ani jednej nuty. Kompozytor określa, co powinien zawierać każdy użyty klaster; jaki jest czas trwania improwizacji. Decydującą rolę odgrywa tu wykonawca – trochę podobnie jak w jazzie. Twórczość np. sonorystów to praktycznie czysta improwizacja.

8691122015 001




Nagrałeś płytę „Komeda Inspirations”, poświęconą w całości postaci Krzysztofa „Komedy” Trzcińskiego.
Impulsem do powstania tego albumu było poznanie Grażyny Auguścik. Zdradziła mi, że zamierza zrobić program z muzyką Komedy, więc pomyślałem, że może i ja nagrałbym coś takiego. Grażyna okazała się bardzo otwarta na współpracę – to wokalistka, która potrafi zaśpiewać niemal wszystko. Sprawdzi się w każdym projekcie i zawsze potrafi zachować swoją indywidualność. Wcześniej współpracowałem z saksofonistą Pawłem Gusnarem, z którym już kiedyś nagrałem dwa utwory Komedy, m.in. „Kattornę”. W następnym etapie zacząłem zapraszać całą plejadę świetnych artystów. Byłem dosyć blisko z nieodżałowanym Tomaszem Szukalskim, więc naturalne wydawało mi się zaproszenie go do współpracy. Odbywaliśmy wspólne próby w kościele przez blisko pół roku. Jego saksofon słychać w „Szarej kolędzie”, zamykającej cały album.

8691122015 001


To był właściwie konsekwentny splot wydarzeń: przez Wojtka Majewskiego – mojego kumpla ze studiów – poznałem wspaniałego trębacza, Roberta Majewskiego. Robert zagrał w trzech utworach na płycie i zrobił to magicznie. Na albumie znalazły się też opracowania różnych autorów – Michała Lamży, Ryszarda Borowskiego, Krzysztofa Herdzina, Marcina Zielińskiego. Są tam też kompozycje autorskie Adama Sławińskiego, Miłosza Bembinowa, Dariusza Przybylskiego czy Włodka Pawlika.
Ryszard Borowski zagrał na flecie i był dobrą duszą, która cały czas wspierała projekt. Za to mu serdecznie dziękuję. Grażyna Auguścik zaśpiewała fantastycznie w czterech kompozycjach i bez niej nie wyobrażam sobie tej płyty.

8691122015 001

 

W tym roku ukazały się dwie twoje płyty – „Margarita”, z Tytusem Wojnowiczem na oboju, oraz „Organ Recital In Strzyżów”. Obie nagrane w kościele w Strzyżowie.
Tamtejszy ksiądz, Roman Karpowicz, jest wielkim pasjonatem muzyki organowej; sam również potrafi grać. Zgodziłem się nadzorować wybudowanie organów w jego kościele. To jest instrument firmy Lobback z Hamburga, przeniesiony z Niemiec.
Przy okazji anegdota. Kiedy przyjechałem do tego kościoła, okazało się, że firma organmistrzowska, która składała instrument, nie radzi sobie z najniższym głosem – subbasem. Był po prostu zbyt cichy. W niemieckim kościele brzmiało to dobrze, ale w Strzyżowie już nie. Owa firma podłączyła do niego jakiś elektryczny głośniczek, żeby bas był słyszalny! W pomieszczeniu, w którym grałem, nie było tego słychać, ale kiedy zaczęliśmy nagrywać, reżyser zauważył, że brzmi tu jakaś elektronika. Ostatecznie poradziliśmy sobie z basami i organy były gotowe.

8691122015 001

 

To instrument dziesięciogłosowy, ale ja miałem do dyspozycji tylko dziewięć, ponieważ jeden z nich – Scharf – był rozstrojony. To zresztą głos trudny do nastrojenia. Brzmiał wysoko i jaskrawo. Nagranie odbyło się więc na instrumencie dziewięciogłosowym, co jest dużym wyzwaniem dla organisty, ponieważ przy tak małej ilości głosów słychać każdy błąd – obsunięcie palców itp. „Margarita” została zamówiona przez księdza, który zebrał na nią sponsorów. Drugi album nagrałem przy okazji. Udało się zarejestrować prawie wszystkie moje ulubione utwory. Słucham tej płyty z satysfakcją, bo wiem, że pod względem interpretacji wszystko jest na niej idealnie trafione. Oba krążki zostały zarejestrowane w trakcie trzydniowej sesji. Reżyserem nagrania był Jakub Garbacz – jeden z najlepszych specjalistów od nagrywania muzyki organowej w Polsce. On również jest organistą, więc rozumie specyfikę tego instrumentu.

 


 
Marek Romański.
Źródło: HFM 12/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF