HFM

artykulyskrot3

Lampowe czary Audio Note

audionotelampoweczary

Audio Note niewątpliwie zasługuje na miano żywej legendy świata audio. Jej nowe produkty zawsze przyciągają uwagę nie tylko zaawansowanych miłośników muzyki, ale również, a może nawet przede wszystkim, fachowej prasy. I trudno się temu dziwić.

Dziennikarze na całym świecie są chyba tacy sami  żądni nowinek i sensacji, a szef japońsko  brytyjskiej spółki, Peter Qyortrup dostarczył ich już bardzo wiele.



A zaczęło się wcale nie od Ongaku, który pojawił się dopiero w roku 1989 i szokował abstrakcyjną ceną 1000 funtów szterlingów za wat mocy, ale całkiem niewinnie — od kawałka srebrnego kabla sygnałowego. Proszę jednak zwrócić uwagę, że w 1976 roku nikt chyba nie myślał poważnie (no, może poza Jeanem Hiragą) o różnicach brzmienia wywoływanych zastosowaniem takich, a nie innych interkonektów. Łatwo można więc sobie wyobrazić, że na dźwięk nazwiska Hiroyasu Kondo audiofile ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej wykonywali ten sam znaczący gest pukania palcem w czoło. A jednak po jakimś czasie okazało się, że Srebrna Doktryna Pana Kondo zaczęła zdobywać coraz większe grono zwolenników. Najpierw, rzecz jasna, w Japonii, później w Wielkiej Brytanii, aż w końcu dotarła do niezbyt jeszcze wtedy znanego w świecie audio Wikinga — założyciela Audio Innovations — Petera Qvortrupa. Nie minęła nawet dekada, a Audio Nok stało się najsłynniejszym producentem wzmacniaczy lampowych na świecie. Nazwa firmy jest znana wszystkim audiofilom równie dobrze jak Krell, Mark Levinson
czy Spectral. Jednak między wymienionymi sławami a następcami pana Kondo bez trudu można zauważyć jedną, ale niezwykle istotną różnicę. Audio Note jest bowiem firmą... magiczną. Nic dzieje się tak tylko za sprawą hasła reklamowego „Pure magie, pure musie, pure Audio Note". bo przecież podobnym sloganem mógłby się posłużyć dowolny producent audiofilskiej aparatury. Chodzi o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o sposób myślenia o reprodukcji muzyki, koncepcję jej odbioru muzyki i wreszcie o filozofię leżącą u podstaw każdego urządzenia stworzonego przez japońskich i brytyjskich inżynierów. Dziś jednak zajmiemy się omówieniem nie założeń, ale ich bardzo konkretnej realizacji. Z pewnością nie będzie to łatwe, bo już na samym wstępie poruszenie umysłów wywoła cena prezentowanego zestawu. 14228 funtów to suma, którą mimo najszczerszych chęci trudno uznać za okazyjną. Jeśli przeliczymy ją na złotówki, okaże się, że nawet przy niezbyt wysokim kursie funta przekroczymy 80 tysięcy złotych. Jedynym pocieszeniem może być chyba tylko fakt, że jest to cena systemu razem z kablami i podstawkami,  czyli mówiąc językiem komputerowców — plug and play. A nie jest to jeszcze szczyt możliwości tego ekskluzywnego producenta. Powiem więcej — to dopiero środek cennika. Elementy prezentowanego systemu znajdują się w hierarchii Audio Note na drugim i trzecim poziomie. Oznacza to, że tak naprawdę zajmują centralną pozycję w ofercie, a ich cena jest ledwie ułamkiem sumy, którą należałoby zapłacić za zestaw najdroższy. Jeśli już jesteśmy przy poziomach, może należałoby powiedzieć na ten temat coś więcej. Otóż Audio Note wyróżniło sześć cech istotnych z punktu widzenia konstrukcji i brzmienia komponentów. Są to w kolejności: 1. niesymetryczny stopień wyjściowy tzw. Single Ended; 2. brak sprzężenia zwrotnego; 3. stopień wyjściowy zbudowany na bezpośrednio żarzonej triodzie; 4. praca w czystej klasie A; 5. materiały i technologie aplikacji komponentów; 6. zasilacz z lampą prostowniczą. Oznacza to, ie jeśli komponent należy do danego poziomu, jego konstrukcja będzie uwzględniała liczbę cech równą lub większą od cyfry w jego symbolu. I tak na przykład dwójka w nazwie przedwzmacniacza

M2 Signature

 oznacza, że zastosowano w nim dwie lub więcej z sześciu wymienionych cech. W tym przypadku są to: stopień wyjściowy pracujący w trybie niesymetrycznym (SE), a co za tym idzie w klasie A i zasilacz z lampą prostowniczą 6X4R (sic) i stabilizującą 6BM8. Oprócz tego, co jest nowością wprowadzoną w ostatniej wersji MI i M2 przez Andy Grove'a — zastosowano przełącznik umożliwiający pracę urządzenia z lub bez pętli sprzężenia zwrotnego. Jest to o tyle istotne, że podczas pracy bez pętli impedancja wyjściowa przedwzmacniacza wynosi 5 kiloomów, a sygnał jest bardzo glośny. Jeśli więc dysponujemy końcówką mocy o niskiej impedancji wejściowej lub bardzo wysokiej czułości, lepiej jest feedback włączyć. Pozwoli to uniknąć problemów z kompatybilnością, a także umożliwi znacznie płynniejszą regulację głośności. M2 gra z włączonym sprzężeniem o wiele ciszej, a jego impedancja wyjściowa spada dwukrotnie, a więc do 2,5 kiloomów. Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze rozszyfrowanie hasla „Signature". W tej konstrukcji sprowadza się ono do dwóch rzeczy, a mianowicie — zastosowania kondensatorów z folią miedzianą i tantalowych rezystorów Audio Note w krytycznych punktach ścieżki sygnału oraz użyciu elektrolitycznych kondensatorów Rubycon Black Gate. Dostarczony do recenzji egzemplarz był jednak dodatkowo zmodyfikowany. W celu ominięcia wszystkich zbytecznych elementów, nawet tak mało znaczących, jak regulacja balansu, wejście dla odtwarzacza CD zostało bezpośrednio połączone srebrnym kablem ANV z potencjometrem wzmocnienia. Taka modyfikacja została dokonana w myśl zasady, że każdy fragment układu przez który przechodzi sygnał, wpływa na niego w ściśle określony sposób. Wiedzą o tym wszyscy doświadczeni konstruktorzy i dlatego w urządzeniach audiofilskich mamy przeważnie do czynienia z małą ilością elementów. Podanie sygnału z wejścia bezpośrednio na potencjometr należy
więc uznać za konsekwentną i ostateczną realizację założenia maksymalnie uproszczonej i jak najkrótszej drogi sygnału. Na marginesie warto wspomnieć, dlaczego nawet w bardzo drogich przedwzmacniaczach Audio Nota takich jak M7, montowany jest selektor źródeł i regulacja balansu. Przecież po purystycznym urządzeniu spodziewalibyśmy się raczej eliminacji tego rodzaju udogodnień w imię nadrzędnego celu, którym jest najwyższa jakość brzmienia. W Europie przyjął się model hiendowago systemu złożonego ze źródła — najczęściej CD, dzielonego wzmacniacza i kolumn. Malo kto używa magnetofonu, nie mówiąc już o tunerze. To wszystko prawda, tyle że nie możemy zapomnieć, że swymi korzeniami Audio Note tkwi w Japonii, a tamtejsi melomani korzystają z dobrodziejstw techniki bez skrępowania, by nic rzec — łapczywie. Tak więc, jako że świat nie kończy się na Starym Kontynencie, producentowi sprzedającemu swoje wyroby praktycznie w każdym jego zakątku, nie wolno zapomnieć o specyfice innych rynków i przyzwyczajeniach odbiorców. M2 Signature to układ bardzo prosty, a jednocześnie wykonany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Składa się z dwóch bloków oddzielonych bardzo solidnym panelem stalowej blachy. W jednej znajdziemy zasilacz (transformator, dławik i dwie lampy, w tym wspomniana wcześniej prostownicza 6X4R i oraz kondensatory Black Gale), w drugiej zaś bardzo prosty układ wzmacniający zbudowany w oparciu o podwójną triodę Phi. lipsa ECG 6SN7. Tłumienie sygnału powierzono potencjometrowi Noble o wartości 100 kiloomów. Do urządzenia można przyłączyć 4 źródła o poziomie liniowym i magnetofon. Po wzmocnieniu sygnał dostarczany jest do dwóch wyjść. W przypadku korzystania z jednej końcówki mocy nie ma znaczenia, gdzie wstanie ona podłączona. Dobrze jest jednak mieć na uwadze, że M2 umożliwia skorzystanie z połączenia typu bi amping. Co prawda, musiałem się zadowolić jedną końcówką mocy, ale jakość jej wykonania sprawiła, że bardzo szybko otarłem z oczu łzy i bez chwili zwłoki przystąpiłem do bacznych oględzin.

Conqueror Signature
To, podobnie jak monobloki Quest, Conquest, kolumny ANE, ANJ i ANK oraz przetworniki dzieło Guy'a Adamsa. Pozycja Conquerora w hierarchii firmy jest wyższa niż przedwzmacniana, ponieważ należy on już do poziomu trzeciego. Jak wyraźnie widać na zdjęciu, w stopniu wyjściowym pracuje sterowana przez znaną z M2 6SN7 trioda 3006. Nie trzeba chyba dodawać, że pracuje ona w trybie Single Ended. Jest to rozwiązanie zdecydowanie preferowane przez szefa Audio Note — Petera Qvortrupa jako najprostsze, a zarazem najbardziej odpowiednie do odtwarzania muzyki. Jedna lampa wzmacnia cały sygnał, dzięki czemu można uniknąć zniekształceń ceń przejścia przez zero, objawiających się przekłamaniami przebiegów dynamicznych i utratą najbardziej subtelnych informacji. Jedyne wzmacniacze push pull w ofercie Audio Note to P1 i P2 — końcówki mocy z regulacją głośności oraz Oto i Soro wzmacniacze zintegrowane o mocy odpowiednio 12 i 22 watów na kanał. Trzeba jednak zaznaczyć, że to właśnie push pull w pewnych wypadkach (na przykład do odtwarzania rocka) może się okazać bardziej pożądany, ponieważ z racji swej konstrukcji —jedna lampa wzmacnia nie cały sygnat, ale jego polówkę — dysponuje większymi możliwościami w dziedzinie dynamiki. Oczywiście nic w skali mikro, bo tu Single Ended panuje niepodzielnie, ale na wyższych poziomach głośności push pull nagłe skoki natężenia dźwięku może przekazać szybciej i czyściej. Jest to stwierdzenie bardzo nieprawomyślne, ale z tego, co mi wiadomo Peter Qvortrup równie sprawnie posługuje się polskim, jak znakomita większość Polaków duńskim. Nie ma więc obawy, że któregoś dnia zapuka do drzwi redakcji i jako heretyka wykluczy mnie z audiofilskiej społeczności. Wróćmy jednak na poziom trzeci. Oprócz wyjściowego stopnia na triodzie SE w części sygnałowej Conquerora zastosowano już montaż przestrzenny (point to point). Oznacza to, że sygnał nie płynie ścieżkami na płytce drukowanej, ale po pajęczynie pojedynczych srebrnych drutów. Jest to technika nieporównywalnie bardziej pracochłonna niż w przypadku zastosowania płytki, ale twórcy konstrukcji są przekonani, że poprawa jakości dźwięku, jak i niezawodności urządzenia jest dramatyczna. Trzecią cechą Conquerora, ostatecznie przesądzającą o jego przynależności klasowej, jest zmontowany, tym razem na płytce, zasilacz z lampą prostowniczą 5U4G i dławikiem. W prezentowanej wersji Signature zastosowano dodatkowo kondensatory Black Gate, a w torze sygnałowym tantalowe rezystory. Teraz kilka słów o źródle.

  
Napęd CD
jest jedynym elementem, z którego produkcją Audio Note nie miale, nic wspólnego. Nie znaczy to jednak, że nie pasuje on do pozostałych urządzeń. Wręcz przeciwnie —renoma, jaką cieszą się napędy japońskiego CEGa przesądziła o jogo zastosowaniu w omawianym zestawieniu. Jest on nietypowy, ponieważ zamiast standardowego rozwiązania, w którym oś obracająca płytę połączona jest bezpośrednio z kontrolowanym przez serwo silnikiem, zastosowano pasek wytłumiający wibracje silnika, dzięki czemu nie są one przenoszone na oś. Redukcja wibracji przyczynia się do istotnego zwiększenia dokładności odczytu danych. Oprócz tego jest urządzeniem dysponującym własnym niepowtarzalnym stylem i jako takie świetnie wpisuje się w koncepcję budowy ekskluzywnego. a jednocześnie nieco ekstrawaganckiego systemu. Obudowa jest, jak na hiend, dosyć nietypowa. Bardzo prosta skrzynka z anodyzowanego czarnego metalu, nieco archaiczny wyświetlacz i ładowanie płyty od góry, bezpośrednio na mechanizm, wywołują raczej skojarzenia ze starymi gramofonami niż z jednym z najnowocześniejszych osiągnięć techniki cyfrowej. Wrażenie obcowania z analogiem utrwala ważący prawie pól kilograma talerzyk, służący do przykrywania płyty, który tak, jak w dobrym gramofonie obraca się jeszcze długo po zakończeniu odtwarzania. Oprócz niego zwracają uwagę znajdujące się w wyposażeniu standardowym ostro zakończone pozłacane nóżki i dołączone do nich podkładki. Zastosowanie tych drugich subtelnie zmienia brzmienie, a użytkownik sam może zdecydować, jaki charakter bardziej mu odpowiada. Sygnał z przetwornika można odebrać z wyjść elektrycznych BNC i AES/EBU oraz optycznego ST. My skorzystaliśmy z połączenia BNC, a rolę odbiornika pełnił

DAC 2
tym razem w wersji standardowej. Jest to urządzenie o tyle cieka. we, że z dużym prawdopodobieństwem sukcesu mogłoby wziąć udział w konkursie na najgłośniejszy przetwornik na świecie. Pracujące w konfiguracji SRPP dwie starannie parowane podwójne triody Philipsa 6DJ8, czy też jak kto woli 6922 albo E88CC, wytwarzają na wyjściu sygnał o napięciu... 6V! Dysponując takim przetwornikiem można wysterować chyba każdy, nawet najbardziej oporny wzmacniacz. Zanim jednak to się stanie, warto powiedzieć kilka słów o pozostałych elementach tego oryginalnego konwertera. Zamiany strumienia zer i jedynek na postać analogową dokonują dwa dwudziestobitowe przetworniki PCM63P firmy Burr Brown. Są one selekcjonowane i dobierane tak, aby zapewnić optymalny efekt brzmieniowy. Jednak prawdziwym cackiem jest zestaw czterech puszek składających się na układ filtrów analogowych. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa są to układy z cewką w roli głównej, jednak ich prawdziwa zawartość pozostanie jeszcze na długo słodką tajemnicą producenta. Dotarły natomiast do mnie wieści o pewnym śmiałku, który postanowi! zerknąć do środka i odkryć zazdrośnie skrywany sekret. Okazało się jednak, że wnętrze puszek zostało zalane żywicą epoksydową (z natury dość twardą) i jedynym sposobem na zdemontowanie filtrów byto użycie młotka i ostrego dłuta. Nietrudno się domyślić, że tak drastyczne działania doprowadziły do zniszczenia podzespołu, a żądza wiedzy wspomnianego śmiałka pozostała niezaspokojona. Nie można jednak mieć pretensji do konstruktorów, że zazdrośnic strzegą swoich rozwiązań. Jeśli recepturę smacznej czekolady czy sposób pieczenia wyśmienitego chleba przekazuje się przez pokolenia z ojca na syna, dlaczego miałaby nas dziwić podobna praktyka u wytwórców sprzętu audio. Przecież każdy może próbować, a to że Audio Nok ma chyba największe doświadczenie w stosowaniu transformatorów i cewek, nie oznacza jeszcze, że musi się nim dzielić ze wszystkimi, którzy wykażą taką chęć. Drugą ciekawostką w DACu 2 jest jego zasilacz; podobnie jak w M2 bardzo rozbudowany. Część cyfrowa i analogowa są zasilane osobno w celu uniknięcia zakłóceń. Napięcie dostarczane przez transformator i filtrowane przez cztery kondensatory Rubycon (sorry. no Black Gates) dociera do kaskadowego stabilizatora zbudowanego z dziesięciu tranzystorów przymocowanych do sporego radiatora. Stabilizacja jest konieczna, by oba moduły pracowały na maksimum swoich możliwości. Zastosowanie tranzystorów przez „lampową" firmę ma jednak również inny wymiar — udowadnia. że pracujący w niej ludzie nie trzymają się fanatycznie jednego rozwiązania, ale, jeśli wymaga tego optymalizacja układu, sięgają po rozwiązania zapewniające najlepszy efekt.


DACa 2 zaopatrzono również w bardzo praktyczną cechę użytkową. Dla posiadaczy starych płyt kompaktowych, tłoczonych u zarania techniki cyfrowej, przewidziano układ deemfazy. Służy on łagodnemu odfiltrowaniu wysokich częstotliwości z nagrań z zaburzoną równowagą tonalną. Wystarczy posłuchać oryginalnej edycji „The Unforgettable fire" U2, który to krążek jest w mojej ocenie jedną z najpiękniejszych, a zarazem najgorzej nagranych płyt w historii fonografii cyfrowej, żeby przekonać się o zaletach „wygładzania góry". Oprócz deemfazy DAC 2 nie oferuje żadnych dodatkowych atrakcji. Można do niego przesiać sygnał o częstotliwości próbkowania 44,1 oraz 48 kHz, co oznacza, że pozwala on korzystać zarówno ze standardu CD, jak i DAT. Dla posiadaczy magnetofonów cyfrowych ta informacja może okazać się bardzo cenna, bo jakość wykonania przetwornika, jak i stopień wyjściowy na lampach, pozwalają oczekiwać naprawdę rewelacyjnej jakości. Sygnał można przysłać do gniazd elektrycznych RCA i BNC (drugi z wymienionych typów jest przez wielu producentów zalecany jako najlepszy standard transmisji cyfrowej (no może poza 125, ale to już zupełnie inna historia) oraz optyczne TosLink, które zamontowane zostało chyba tylko dla świętego spokoju.

Na koniec zostawiłem to, co podobno w systemie najważniejsze, czyli kolumny. Zastanawiam się jednak, czy w przypadku takich producentów jak Audio Note, Naim czy Ensemble mówienie o najważniejszym ogniwie w ogóle ma sens. Bo wyobraźmy sobie spór o najważniejszy element samochodu. Jedni powiedzą — silnik, ich oponenci — koła, a ktoś jeszcze inny — kierownica. Ale czy któraś z tych odpowiedzi jest prawdziwa? Silnik — zgoda, bo przecież zapewnia moc i dzięki niemu samochód można wprawić w ruch, ale gdyby nie bylo kół. nawet najmocniejszy silnik nie zdałby się na nic. Podobnie rzecz ma się z kierownicą — jest niezbędna do jazdy — to prawda, ale bez całej reszty byłaby tylko bezużytecznym kółkiem na długiej osi. Mam wrażenie, że podobnie jest z urządzeniami w/w firm. Każdy z komponentów został zaprojektowany nie z myślą o łatwej współpracy z dowolnym elementem pochodzącym od innego producenta, ale do pracy w ściśle określonej konfiguracji złożonej z takich, a nie innych komponentów. I tu właśnie tkwi sedno całego problemu. Urządzenia Audio Note NIE SĄ uniwersalne, ale czynić im z tego zarzut, to jakby mieć pretensje do deszczu o to, że pada.

U ich podstaw legło założenie zupełnie inne niż w przypadku znakomitej większości produktów audiofilskich. Projektantom wcale nie chodziło o zaspokojenie potrzeb jak największej ilości odbiorców posiadających bardzo różne systemy, ale o stworzenie dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach całości, której doskonałość jest zbyt cenna, by narażać ją na przebywanie w nieodpowiednim towarzystwie. Tylko wtedy bowiem zachodzi zjawisko synergii i zespól elementów gra znacznie lepiej niż można by się tego spodziewać po brzmieniu, które owe elementy prezentują „w izolacji". Nagle pojawia się jakiś nadprzyrodzony pierwiastek, jakaś magiczna sita sprawująca kontrolę nad każdym impulsem i detalem. Dźwięk staje się bardzo swobodny i jednocześnie wewnętrznie uporządkowany. Czas muzyki staje się czasem jej obecności w pokoju słuchacza i nic nie zakłóca tej wewnętrznej harmonii. Jeżeli nic przyjmiemy tego założenia i nie zgodzimy się na wynikające z niego konsekwencje — nie będziemy w stanie powiedzieć niczego sensownego. Oczywiście nie można również popadać w przesadę, by nabożnym podejściem zagłuszyć w sobie zdolności krytycznego oglądu rzeczywistości, ale niewielka zmiana sposobu postrzegania wydaje się niezbędna. Z drugiej strony wypada dodać, że z tą niekompatybilnością nie do końca jest tak, jak mogłoby się wydawać. Pierwszym i chyba najbardziej dobitnym przykładem niech będzie obecność w jednym z redakcyjnych systemów przedwzmacniacza AN MI.Jest to urządzenie zdolne do pracy z niemal każdą lampową i tranzystorową końcówką mocy, a jakość brzmienia, którą oferuje, potrafi wpędzić w poważne kompleksy nawet Krella. Jeżeli zaś chodzi o Conquerora i obawy związane z jego niską mocą wyjściową wypada stwierdzić, że 54 one mocno przesadzone. Zanim podłączyłem do niego „przepisowe" kolumny Audio Note, postanowiłem sprawdzić, jak sobie poradzi z Audio Phisic Tempo. Byłem bardzo zdziwiony, ale... bez żadnego problemu. Wszystko było OK. Bas, dynamika i przestrzeń; naprawdę bez zastrzeżeń. Nie zmienia to jednak faktu, że z wieloma innymi kolumnami mogłyby się pojawić kłopoty. dlatego też, mając cały czas w pamięci całościową koncepcję budowania systemu, sięgnąłem po

AN ESPx
Są one jak na razie jedynymi produkowanymi w większych ilościach kolumnami dynamicznymi, które stworzono dla wzmacniaczy Single — Ended. Wskazują na to nie tylko ich parametry techniczne, takie jak wysoka efektywność (*w tym względzie nie ma zgodności, dlatego też podaję wartości za producentem i niemieckim czasopismem Klang und Ton) i stosunkowo wysoka wartość impedancji (68 omów), ale również szereg modyfikacji zwrotnicy mających zapewnić spójność brzmienia przy współpracy ze wzmacniaczami o bardzo małych mocach. AN•E są zespołami dwudrożnymi i wydaje się, że w dziedzinie budowania głośników nie można zrobić już nic prostszego. Wysokie tony odtwarza wykonana z jedwabiu japońska kopułka Tonagen o średnicy 25 milimetrów. Zakres tonów średnich i niskich powierzono 21centymetrowemu specjalnie modyfikowanemu przetwornikowi Seasa. Jego membrana wykonana jest z papieru, a zawieszenie z pianki. Dust cap i część membrany wokół niego pokryte są warstwą lakieru.

Obudowa to najczęściej stosowany bas refleks. Jej proporcje zostały bardzo starannie dobrane w czasie wieloletnich eksperymentów. Pierwowzorem „E" byl Snell E. Ścianki Audio Note nie mają równej grubości — to zasadnicza różnica między oryginalnym produktem a zestawem do samodzielnego montażu, również sprzedawanym przez Audio Note. Są również zbudowane z trzech różnych materiałów. Przednia jest grubsza od pozostałych i bardzo szeroka. Zdaniem Petera Qvorturpa nietypowe proporcje obudowy spełniają w dużej części kryteria głośnika doskonałego. Co prawda szeroka przednia ścianka wpływa na falę wytwarzaną przez głośnik, ale po pierwsze — zachowuje się jak nieskończona odgroda i nie zniekształca jej, a po drugie — wpływa na niemal idealnie sferyczną dyspersję, zapewniającą bardzo dobre efekty stereofoniczne nawet podczas słuchania daleko poza osią głośnika. Przy okazji osiągnięto jeszcze jeden cel, który raczej nie był zamierzony. AN — E bardzo wyróżniają się spośród setek modeli kolumn innych firm, które dążą do stworzenia konstrukcji smukłych i łagodnie harmonizujących z wystrojem wnętrza mieszkalnego.

Na tle takiej konkurencji Audio Note można by wręcz uznać za awangardę stylistyki. Oprócz proporcji i zróżnicowanej grubości ścianek, obudowa jest w kilku miejscach wzmacniana. Wytłumienie jest raczej oszczędne, ponieważ z założenia „E' grają nie tylko głośnikami, ale całą skrzynią. W zwrotnicy używa się tylko elementów o sprawdzonej jakości, ale najwyższej klasy podzespoły (srebrne cewki w zwrotnicy, kondensatory ze srebrną folią i grafitowe Rubicon Black Gate) stosowane są od poziomu E SE w górę. Jest ona również bardzo prosta — filtr pierwszego rzędu dla głośnika średnioniskotonowego i drugiego dla kopułki — aby zminimalizować straty sygnału docierającego ze wzmacniacza. Jej konstrukcja jest bardzo starannie dopracowana, dzięki czemu nawet duże zmiany fazy i częstotliwości można osiągnąć bardzo drobnymi korektami układu. Procedura dostrajania nietypowa i skomplikowana. Głośniki mierzy się z odległości nie jednego, ale trzech metrów, a specjalnie kalibrowany mikrofon zbiera sygnał 90 stopni poza osią główną! W opisywanym modelu wewnętrzne połączenia wykonano srebrnym drutem AN SPx, ale jako że kolumny Audio Note charakteryzują się tzw. architekturą otwartą, możliwa jest wymiana zarówno części zwrotnicy, jak i okablowania na coraz lepsze. Kupując nawet najtańszy model, można stopniowo ulepszać go do droższych wersji — maksymalnie do dwóch poziomów w górę. Jest to oczywiście zabawa kosztowna i wymagająca nieco cierpliwości, ale dzięki niej można ulepszyć swój system bez konieczności odsprzedaży dotychczas używanych kolumn. Podobne działania można również wykonać w przetwornikach C/A, ponieważ ogólna koncepcja zarówno w DACu I jak i 4 pozostaje niezmienna. Zmienia się natomiast, i.to w sposób zasadniczy, jakość zastosowanych podzespołów, które powodują bardzo wyraźnie słyszalne różnice w brzmieniu.

Wrażenia odsłuchowe
Ano właśnie. Po raz kolejny pada magiczne słowo „brzmienie", a przecież jak dotąd nie powiedziałem nic na temat możliwości systemu Audio Note w dziedzinie odtwarzania muzyki. Tekst miałby sens i bez tego, bo czytanie o dziełach propagatorów lampowej techniki w erze tranzystora i zapisu cyfrowego może być przyjemnością, szczególnie dla fascynatów science fiction, ale przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę, że bez, choćby skrótowego, opisu wrażeń, jakich dostarcza obcowanie z nimi, przyjemność ta byłaby niepełna. Zacznę więc od cytatu. Niestety, nie mogę podać autora, ponieważ zostałem zobowiązany do dyskrecji. Powiem tylko tyle, że należy on bez kwestii do czołówki projektantów układów lampowych na świecie. Mój rozmówca stwierdził: „Peter Qvomrup to bardzo interesujący człowiek, ale najważniejsze jest chyba to, że niezależnie od nazwy przedsięwzięcia, którym się aktualnie zajmuje, główna idea pozostaje niezmienna — uzyskać dźwięk o znakomitym timingu, bliską, atakującą słuchacza scenę i wszechobecne cieple). Myślę, że o to chodzi i w Audio Innovations, i w Audio Note, i w każdej następnej firmie, jeżeli kiedyś taką założy".

Przyznam się szczerze. że dosadność tego stwierdzenia mocno mnie zdumiała, tym bardziej, że dawno, dawno temu bylem szczęśliwym posiadaczem wzmacniacza Audio Note Oto, który obdarzał mnie brzmieniem precyzyjnym, z dobrą głębią i zupełnie nie ocieplonym. Kiedy jednak usłyszałem recenzowany dziś system, stwierdziłem, że coś w tym jest. Na pierwszy ogień poszli Dublinem. Glosy doslownie wyskakiwały przed głośniki, jakby strumień bitów odczytywany przez CECa zamieniany był w żywą istotę. Jakbym słuchał człowieka usiłującego za wszelką cenę wydostać się z nieforemnego pudla kolumny. Wszystkie Madowe glosy spajała w jedno jakaś siła, nadająca każdej z nich pierwiastek życia. a jednocześnie nie zezwalająca na wysunięcie przed inne. Zachowanie dźwięku w dziedzinie czasu, czyli właśnie timing, było już chyba fenomenalne. Różnice w rytmie języka angielskiego i irlandzkiego byty tak oczywiste, że przez kilkanaście sekund zastanawiałem się, gdzie miałem uszy, skoro wcześniej tego wszystkiego nic słyszałem. Prawdopodobnie mógłbym snuć te rozmyślania dłużej, ale muzyka mi na to pozwoliła. Dzialy się bowiem rzeczy niespotykane. Miałem wrażenie, że urządzenia są obdarzone swego rodzaju wrażliwością (wiem, wiem, to tylko parę kilo blachy i trochę drutu) i wydobywały to, co niezbędne dla pełniejszego kontaktu z muzyką. Nagle, gdzieś na granicy, za którą zaczyna się panowanie ciszy, pojawiły się maleńkie szczególiki pieczołowicie odszukane przez niestrudzonego tropiciela. Na „Post" Bjork usłyszałem milczące dotąd dzwoneczki, na „El Corazon" najprawdziwszą trąbkę, a od „New Moon Daughter" Cassandry Wilson dosłownie nic mogłem się oderwać. Jak to się stało nie wiem i, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodzi, ale już po półgodzinie widziałem, że Audio Note pozwala słyszeć muzykę.

Od jakiegoś czasu staram się opracować jakąś sensowną metodę oceny urządzeń. Przychodzi mi głowy wiele pomysłów, ale większość z nich odrzucam. Wszystkie bowiem, włącznie z uważaną za obiektywną meto. clą ABX, są niewystarczające i w sumie niewiele mówią o komponeniach. Jednak w całym tym zamęcie jedna rzecz pozostaje niezmienna i opiera się nawet najbardziej złośliwym próbom weryfikacji. Nie jest to żaden cud statystyki ani procedura skomplikowana jak odpalenie promu kosmicznego, a jednak działa. Składa się na nią konieczność poczynienia dwóch obserwacji. Pierwsza dotyczy pilota. Jeżeli przeskakujemy nagrania i szukamy ciekawszego fragmentu, na przykład z większym basem, czy lepszą dynamiką — z systemem prawie na pewno jest coś nie tak. Coś, co jeszcze nie zostało zdefiniowane, ale już czujemy przez skórę, że zaczyna nas drażnić. Druga obserwacja dotyczy reakcji na konieczność oddania sprzętu. Jeżeli chcemy go jeszcze zatrzymać, a dotychczasowy system wydaje nam się mniej muzykalny czy uboższy w barwy, prawie na pewno wypożyczone urządzenie było bardzo dobre. Oczywiście te stwierdzenia są jedynie szkicem czynności pomocnych w wystawieniu sensownej oceny, ale istotny jest wniosek, którym z ich pomocą chcę zaprezentować. Otóż jak dotąd sytuacje, w których było mi autentycznie niewesoło z powodu konieczności zwrotu komponentu można policzyć na palcach jednej ręki. W tej elitarnej grupie znalazł się system Audio Note. Potrafi pokazać płyty w najkorzystniejszym świetle. Eksponowal zalety i maskował niedostatki realizacji. Nie trzeba było się martwić, że źle nagrana płyta znów nie da się słuchać. Jej wady chowały się w cieniu, a zalety rosły. Na podstawie tej obserwacji można wyciągnąć kolejny wniosek, ale samo stwierdzenie, że Audio Note gra muzykalnie zakrawa na triuzm. Myślę, że można pójść o wiele dalej i powiedzieć, że te urządzenia definiują pojęcie muzykalności tak precyzyjnie, że po kontakcie z nimi nie sposób go dłużej nie rozumieć. Wobec takiego doświadczenia wszelkie definicje są kompletnie pozbawione treści. Nie trzeba chyba dodawać. że recenzowany system przeszedł równie gładko „próbę pilota". Na dobrą sprawę CEC mógłby w ogóle nie dołączać do swojego napędu zdalnego sterowania.

Wystarczyło bowiem, że płyta zaczęła się kręcić, a w przedwzmacniaczu udało się ustawić odpowiedni poziom głośności (co wcale nic jest łatwe z uwagi na bardzo wysokie napięcie na wyjściu przetwornika, które sprawia, że nawet najdrobniejsza „krzywizna" potencjometru jest od razu zauważalna), żeby zapomnieć o wyszukiwaniu smaczków. Z Audio Note dobra płyta to nic parę smaczków, ale wystawna uczta i aż trudno uwierzyć, że dotąd poprzestawaliśmy na przystawkach. Główne danie nie miałoby jednak tak wysublimowanego smaku, a wino dojrzałego bukietu, gdyby nie najcenniejsza ze wszystkich zalet lamp — dynamika. Oczywiście nie może być mowy o nieograniczonej swobodzie w skali makro. Conqueror potrafi, co prawda zagrać zaskakująco głośno, do tego stopnia, że dysponując pomieszczeniem o powierzchni do 16 m' można się zupełnie pozbyć obaw o odpowiednie natężenie sygnału, ale przy orkiestrowym 'wij czy łomocie Beanie Boys jego wytrzymałość wystawiana jest na bardzo ciężką próbę. Tak ciężką, że choć lampowce bardzo łagodnie wchodzą w clipping, dźwięk zaczyna być już bardzo zniekształcony. W takich sytuacjach B watów to trochę za mało i, ale też najprawdopodobniej niewielu jest na świecie rockfanów, którzy koniecznie muszą słuchać Nirvany na Single Ended. Jeśli jednak są — zalecam przesłuchanie Conquestów. 20 watów z triody i skuteczne kolumny to kombinacja, która sprosta ich wymaganiom. Natomiast dla audiofilów o nieco spokojniejszych gustach Conqueror zachowuje to, co w triodzie najcenniejsze — niepowtarzalną mikrodynamikę. Musicie Państwo tego posłuchać. Przy nim potężne piece największych tuzów tranzystorowego hiendu to przedszkole.

Kiedy słuchamy Conquerora wszystko nagle ożywa. Dźwięk zaczyna pulsować. a muzycy chwytają w ręce prawdziwe instrumenty. Brzmienie gitary ma własny, niepowtarzalny charakter. Jego wewnętrzny rytm nie jest uśredniany i byle jak łączony z głosem czy kontrabasem. Zyskuje trudną do trafnego opisu autonomię. Jest w strukturze, a jednocześnie egzystuje na wite snych prawach, niczym enklawa otoczona ze wszystkich stron terytorium obcego państwa. Głos staje się kolorowy zaczyna się mienić tysiącami kontrastów światła i cienia. Raz błyszczy, innym razem staje się matowy,. Zawsze jednak spójny. swobodny i pełen wigoru. Słuchanie Elli Fitzgerald z Louisem Armstrongiem przestaje sprawiać prostą przyjemność. Wciąga — to prawda, ale też  do nieco głębszej refleksji, która rozszerza się na pojęcia zbyt uniwersalne, jak na recenzję w miesięczniku audio. Nic traćmy dystansu. łatwo powiedzieć, ale kiedy kolejna płytq zaczyna się obracać — przynosi nową magię. Rzuca czar i znowu prowadzi myśli na manowce dywagacji, z których na dobrą sprawę nie wynika nic. Ale to nieważne. Trąbka Davisa. Pamiętacie Państwo słynne stwierdzenie o trąbce, która brzmi dobrze wtedy, gdy tnie uszy. A pomyślcie teraz, że tnie Wam duszę.

Ze jej brzmienie jest tak realistyczne, że potraficie wyobrazić sobie Mistrza grającego tylko dla Was. Nawet kamień by zmiękł. I to jest chyba sedno magii Audio Note. Te urządzenia pozwalają o sobie zapomnieć. Mają jakąś zdolność do wydobywania z nagrań esencji i potrafią zaangażować w emocjonalny odbiór zarejestrowanego dzielą nawet najbardziej wytrwałych badaczy pasma. Słuchacz zaczyna w końcu robić to, co w myśl teorii komunikacji robić powinien. Nie zajmuje się śledzeniem podbarwień, zniekształceń i wszelkich innych parametrów użyteczności publicznej. Zaczyna odbierać wysyłany doń komunikat. Ma zbyt mało czasu na zastanawianie się nad mato istotnymi szczegółami. Tu wszystko do wszystkiego pasuje i wydaje się, że jakakolwiek zmiana mogłaby tylko coś zepsuć. Z każdym drgnieniem membrany przychodzą nowe informacje; trzeba je przyjąć, a z czasem zrozumieć treść, jaką niosą. Przestać słuchać sprzętu, kabli czy kolumn, zacząć słuchać muzyki. To banał. ale w przypadku Audio Note nabiera wagi manifestu. W pewnym momencie okaże się, że ,We get request" Oscara Pttersona można wysłuchać do końca. Później można delektować się czarownym głosem Diany Krall, albo —dla odmiany — zaaplikować sobie dawkę mocnych wrażeń z „Out to Lunch" Erica Dolphy. I zawsze okaże się, że miałoby się ochotę na jeszcze. Pure magic, pure music, pure... Audio Note.




 

 

 

 



2875 04

2875 04

2875 04

2875 04

2875 04

2875 04

2875 04

 

Jacek Kłos
Źródło: Hi-Fi i muzyka 01/1999

Pobierz ten artykuł jako PDF