HFM

artykulyskrot3

Trilogy 907

image 357
Mam ostatnio wielką przyjemność słuchania wyjątkowych przedwzmacniaczy gramofonowych, produkowanych przez firmy, często nieznane nawet audiofilskiej braci. Nie inaczej jest z Trilogy – wytwórnią założoną w 1992 roku przez Nica Poulsona.





To interesująca postać, choć kojarzona głównie z dokonaniami w dziedzinie zasilania. Poulson jest bowiem współzałożycielem IsoTeka, a teraz, równolegle z Trilogy, prowadzi działalność pod marką ISOL-8 i zajmuje się elementami oczyszczającymi prąd dla sprzętu hi-fi.


Od zasilania blisko do wzmacniania. Nic od dawna konstruował wzmacniacze na własny użytek, nic więc dziwnego, że postanowił podzielić się swoją pasją z innymi entuzjastami dobrego dźwięku.
Recenzowany dziś przedwzmacniacz korekcyjny Trilogy 907 został opracowany przez Nica w roku 2010. Znając zainteresowania konstruktora, nie należy się dziwić, że wiele uwagi poświęcił on zasilaczowi. Umieścił go nawet w osobnej obudowie, nieco większej od jednostki centralnej.
Skromne prostopadłościenne pudełko zasilacza wykonano z blachy. Części górna i boczna tworzą zdejmowaną pokrywę. Front zdobi jedynie logo firmy.
Z tyłu znajdziemy gniazdo IEC dla przewodu zasilającego oraz wielopinowe złącze do podłączenia jednostki głównej. Poprawne działanie zasilacza sygnalizują dwie zielone diody. Sam kabel prowadzący niskie napięcia do właściwego przedwzmacniacza jest dość gruby i sztywny, a do tego niezbyt długi, co może powodować pewne problemy z ustawieniem zestawu w systemie.

image 3


Wewnątrz zamontowano dwa transformatory toroidalne oraz pojemność filtrującą, która wystarczyłaby niejednemu wzmacniaczowi.
Jednostka centralna jest niewielka – ma rozmiar typowej książki. Wykonano ją z jednego bloku aluminium, a jedynymi ozdobami są frezy na przedniej oraz górnej części.
Warto wspomnieć, że wszystkie rogi obudowy zaokrąglono, a ona sama ma kolor naturalnego aluminium. Na froncie umieszczono nazwę firmy oraz modelu, a we wspomnianym frezie – czerwoną diodę, sygnalizującą włączenie do sieci.
Tylna ścianka jest niemal równie skromna – centralnie ulokowano podłączony na stałe przewód zasilający, nad którym znajdziemy zacisk uziemienia, a po obu stronach – solidne, szeroko rozstawione gniazda RCA. Podłączając Trilogy, należy zwrócić uwagę na rozmieszczenie gniazd, ponieważ nie jest ono symetryczne. Warto jeszcze zajrzeć pod spód urządzenia. Znajdują się tam mikroprzełączniki do wyboru stopnia wzmocnienia – jedna pozycja dla wkładek MM i dwie dla MC, w zależności od poziomu napięcia wyjściowego. Są też przełączniki umożliwiające dobór odpowiedniej oporności i pojemności wejściowej. Dokładny opis ustawień znajduje się w instrukcji obsługi.

image 4


Wnętrze podzielono na trzy komory, wyfrezowane w bloku aluminium. Pierwsza zawiera sekcję stabilizacji napięć dla układów sygnałowych. Te z kolei umieszczono na dwóch płytkach, identycznych dla każdego kanału. Zajmują one osobne komory i nie zdradzają zbyt wiele ze swej budowy, ponieważ układy elektroniczne pozostają niewidoczne.
Krzysztof Kalinkowski

Opinia1

o trilogy1

 


Trochę czasu zajęło mi ustawienie Trilogy na stoliku ze sprzętem. Przewód łączący zasilacz z jednostką centralną okazał się zbyt krótki jak na moje potrzeby. W końcu jednak 907 udało się podłączyć i rozpocząłem wygrzewanie.
Następnego dnia sięgnąłem po ulubione płyty jazzowe. Na talerzu Michella Gyro SE wylądował Cannonball Adderley i… zagrało. I to jak! Od pierwszych taktów można było podziwiać niesamowitą dynamikę i przejrzystość, a przy tym Trilogy nie utracił duszy. Cały czas było słychać to, co miłośnicy czarnej płyty nazywają „magią”.

image 15


Dźwięk był gęsty, płynny, a przy tym gładki i, powtórzę, dynamiczny.
Średnica brzmiała tak, że zacząłem się zastanawiać, czy wewnątrz niewielkiej obudowy nie schowano jednak lamp. Co prawda, oględziny kazały odrzucić tę teorię, ale muzyka płynąca z 907 zdawała się temu przeczyć. Nie tak dawno miałem okazję słuchać lampowego ModWrighta, kosztującego kilka razy więcej, ale grającego bardzo podobnie... Kolejne płyty z półki z jazzem tylko potwierdziły zalety Trilogy. Fortepian Dave’a Brubecka miał idealne proporcje i masę, a towarzyszące mu instrumenty zostały wiernie pokazane na scenie. Tym razem uwagę przyciągały perkusjonalia, które wybrzmiewały tak długo, jak trzeba i były odpowiednio doświetlone. Pozwoliło to docenić kunszt Joego Morello, grającego w kwartecie na bębnach.
Barwę odebrałem jako znajdującą się po ciepłej stronie mocy, ale to raczej złudzenie, wywołane fantastyczną rozdzielczością i analogową miękkością grania. Tak właśnie powinny brzmieć wszystkie urządzenia pretendujące do bycia czymś więcej niż tylko przyzwoitym hi-fi. Żeby jeszcze dobitniej się o tym przekonać, przesłuchałem najnowszy nabytek w mojej kolekcji – zremasterowaną wersję „On Every Street” Dire Straits. Mój ulubiony utwór z tej płyty, „You and Your Friend”, w którym rozmawiają ze sobą dwie gitary – rezonatorowa w lewym kanale i elektryczna w prawym – pokazał, jak znakomitą rozdzielczością dysponuje testowany przedwzmacniacz. Każdy dźwięk był na swoim miejscu. Pozwalał idealnie śledzić technikę gry Marka Knopflera. Gdyby gramofon dawał się zapętlić…

image 16


Oczywiście nie obyło się bez jazdy obowiązkowej. Pink Floyd, Led Zeppelin, Peter Gabriel – trudno wymienić wszystkie płyty, które wylądowały pod igłą. Właściwie każda w wykonaniu Trilogy prezentowała taki sam obraz dźwięku. Na pierwszym miejscu zawsze stały dynamika i rytm. To aspekty brzmienia, które, w mojej ocenie, nie zostały pobite nawet przez ModWrighta. To możliwe dzięki znakomitej kontroli niskich składowych. Bas był prezentowany w sposób bliski ideału – potężny, wypełniony i bez problemów schodzący do najniższych rejestrów a przy tym zwinny i czytelnie akcentowany. Nawet syntetyczne pomruki, często przysparzające kłopotów niejednemu systemowi, tym razem były świetnie trzymane w ryzach.
Nie wiem, czy mogę dodać coś jeszcze na temat średnicy. W zasadzie do niej można by odnosić wszystkie oceny dotyczące gładkości, rozdzielczości i barwy. Jest to zawsze newralgiczny punkt w ocenie każdego elementu toru odsłuchowego, bo w tym zakresie ludzkie ucho jest najwrażliwsze, a każde niedociągnięcie zostaje wyłapane i przekłada się na obniżenie oceny. Nie tym razem. Po przesłuchaniu sporej części płytoteki nie znalazłem nic, do czego mógłbym zgłosić zastrzeżenia.

image 21


Wysokie tony okazały się adekwatne do reszty pasma. Były jedwabiste, dźwięczne i wyraźne. Płynnie dopełniały średnicę. Skutkowało to niemal holograficznym odwzorowaniem sceny muzycznej (o ile pozwalał na to słuchany materiał) i niemal organicznym przedstawieniem wypełniającego scenę powietrza.
Trilogy 907 to urządzenie wybitne. Gra tak, jak w moim wyobrażeniu powinien grać przedwzmacniacz gramofonowy z systemu marzeń. Oczywiście, można skonstruować jeszcze lepszy phono stage, jak choćby wspomniany ModWright, ale trzeba za niego zapłacić kilkakrotnie więcej, a poprawa niekoniecznie musi dotyczyć wszystkich aspektów brzmienia. Ale na półce cenowej, reprezentowanej przez Trilogy, bardzo trudno będzie znaleźć konkurencję, o ile w ogóle się to uda. Dlatego z czystym sumieniem polecam 907 wszystkim, którzy chcą znaleźć dla siebie świetnie brzmiący przedwzmacniacz korekcyjny. Myślę, że nawet w topowych systemach będzie on na miejscu.
Krzysztof Kalinkowski





 


Opinia2

o trilogy12

Większość odsłuchów Trilogy prowadziłem z wkładką Audio Note IQ3. Nie wracałem już do mojego Denona DL103 ani AT 33EV.
Trilogy 907 potrafi sprawić, że muzyka pochłonie słuchacza. Jest uniwersalny, dzięki czemu zagra każdy repertuar.
Na pierwszy ogień poszła symfonika: Gustaw Mahler, Sergiusz Rachmaninow i Piotr Czajkowski. Następnie jazz z Jarrettem, Peackockiem, DeJohnette’em oraz wokale Patricii Barber i Kari Bremnes. Na deser posłuchałem Pink Floyd, Genesis i The Eagels. Za każdym razem satysfakcja z muzyki była bardzo duża.

image 23


Dźwięk okazał się lotny, przestrzenny i barwny. Wypełniał pokój, a niuanse odczytywane z płyty pozostawały czytelne. Nie trzeba było mocno podkręcać głośności, by je usłyszeć. W porównaniu do mojego Moona 310 LP odniosłem wrażenie, że wokół instrumentów pojawiło się więcej miejsca. Były od siebie wyraźniej odseparowane, a zarazem tworzyły całość, co sprzyjało uzyskaniu wiarygodnej stereofonii.
Przestrzeń, kreowana przez Trilogy, jest ogromna, ale nie przesadzona; naprawdę zjawiskowa. Do tego udaje się uchwycić akustykę sali koncertowej i studia nagraniowego, dzięki czemu wiadomo, w jakim otoczeniu nagrywano płytę.
Góra pasma jest dźwięczna, połyskująca, wręcz nieskazitelne czysta. Docenimy to, słuchając płyt tria Jarretta i perkusji DeJohnette’a. Muzyki nie analizowałem; odbierałem ją jako jednorodny przekaz, a dźwięk był nieco dopalony, dynamiczny, jakby ktoś zainstalował małą turbosprężarkę, nadającą rytm. To cecha nieczęsta nawet w tym segmencie cenowym.


Kontrabasy z płyty „Super Bass” (Ray Brown, John Clayton, Christian McBride) były wyraźnie odseparowane i dźwięczały kolorami strun, każdy inaczej. To uczta dla uszu wielbiciela tego instrumentu.
Równowaga tonalna budziła uznanie. Żaden zakres nie próbował zwrócić na siebie uwagi kosztem innych. Mimo to średnicę pasma przedwzmacniacz traktuje z ogromnym pietyzmem. Głosy ludzkie są odtwarzane po prostu naturalnie. Czarują bezpośredniością, barwą i emocjami. Odnosimy niemal wrażenie obcowania z artystą. To naprawdę zjawiskowe odczucie. Tak było z płytami Patricii Barber.

image 24


Im dłużej słuchałem Trilogy, tym bardziej doceniałem jego zalety i zauważałem wyższość nad phono używanym na co dzień. Chyba tylko jedno bym poprawił w tym brzmieniu, mianowicie – dociążył nieco dół pasma. Być może wybór innej wkładki postawiłby kropkę nad „i”. Audio Note IQ3 nie jest przecież szczytem możliwości, a Trilogy zasługuje na lepszego współpracownika.
Jerzy Mieszkowski



 

 

o trilogy12e


 
Źródło: MHFM 03/2015

Pobierz ten artykuł jako PDF