HFM

artykulylista3

 

Piotr Rogucki - Loki – Wizja dźwięku

87-88 06 2011 piotrRogucki

Mystic Production 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Piotr Rogucki to aktor teatralny oraz wokalista grupy Coma, uwielbianej zarówno przez nastoletnich fanów, jak i krytyków muzycznych (zwłaszcza tych przyznających Fryderyki). Jego debiutancki krążek solowy to concept album, opowiadający historię gwiazdy rocka, Lokiego. Jak mówi autor: „ścieżka dźwiękowa do filmu, którego nie ma”.
To chyba jednak tylko chwytliwy slogan. Muzyka filmowa powinna stanowić jedynie uzupełnienie obrazu, zaś zawartość płyty „Loki – wizja dźwięku” jest zbyt absorbująca! Prócz trzyczęściowej instrumentalnej kompozycji „Plaster miodu” i kilku lirycznych fragmentów solidne gitarowe granie nie zostawia miejsca na jakiekolwiek dopowiedzenia.
Na wyprodukowanej i zaaranżowanej przez Mariana Wróblewskiego płycie dominuje surowy alternatywny rock, w warstwie muzycznej nie mniej różnorodny i pomysłowy niż balansujące między śpiewem a aktorstwem wokale „Roguca”.
O tekstach lidera Comy można usłyszeć, że są wybitną rockową poezją, bądź grafomanią. Może jednym i drugim? Z pewnością wyłania się z nich spójna, przemyślana całość i rozpoznawalny styl. Obeznani z twórczością Roguckiego nie będą mieć z nim problemu. Pozostali powinni spróbować się z nim zmierzyć – inaczej mogą przegapić niezłą płytę.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Paul Simon - So Beautiful or So What

87-88 06 2011 paulSimon

Hear Music 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Nową płytę Paula Simona otwiera piosenka o oczekiwaniu na Boże Narodzenie, oparta na harcującej między prawym a lewym kanałem gitarze. Nie dość więc, że pora roku nie sprzyja jej słuchaniu, to jeszcze denerwuje dziwna produkcja. A jednak popełni błąd, kto w tym momencie wyłączy odtwarzacz. „So Beautiful or So What” z każdą kolejną kompozycją udowadnia, że warto jej poświęcić kilka chwil.
Już same teksty autora nieśmiertelnego „The Sound of Silence” stanowią najwyższej próby pop-literacką robotę i zasługują na uwagę. Z jednakową lekkością pióra pisze on o podstarzałym weteranie pracującym na stacji benzynowej oraz miłości od pierwszego wejrzenia, jak o wyciecze w zaświaty i religii. Bez pretensjonalności, z ironią i słodko-gorzkim przesłaniem.
Muzycznie też jest bez zarzutu. Zabarwione etnicznymi wpływami żywsze piosenki przeplatają się z nastrojowymi balladami. Przeważnie jedne i drugie opierają się na delikatnym wokalu Simona, choć nie brakuje efektownych partii instrumentalnych (choćby afrykańskiej harfy w „Rewrite”).
Pomijając nie najlepszy początek, „So Beautiful or So What” okazuje się bardzo dobrze skrojoną płytą. I trudno nie przyznać racji jej autorowi, który twierdzi, że to jego najlepsze wydawnictwo od lat. Szkoda tylko, że takie krótkie. 38 minut pozostawia duży niedosyt!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Ron Sexsmith - Long Player Late Bloomer

87-88 09 2011 ronSexsmith

Ron Sexsmith 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Pełne nazwisko kanadyjskiego piosenkarza to Ronald Eldon Sexsmith i takim podpisuje się pod skomponowanymi przez siebie piosenkami. Na omawianym albumie wszystkie są jego autorstwa.
Blisko im zarówno do spokojnego alternatywnego popu, gdzie chyba może uścisnąć dłoń Lloydowi Cole, jak i do folku czy nawet country. „Long Player Late Bloomer” to uroczy zestaw nagrań, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie.
Są tu melodyjne piosenki miłosne („Miracles”). Jest kilka miłych ballad o niczym, jak „No Help At All”. Sexsmith zaczyna ją od wyznania: „Palę świecę z obu końców”, a kończy słowami: „Nikt nie zadzwonił. Nie ma ratunku”. Wreszcie mamy całkiem sprawnie przygotowany i zrealizowany balladowy rock – „Middle of Love” – z przyzwoitą gitarową solówką.
Największym atutem kanadyjskiego artysty jest jego szorstki, lekko zaspany głos, którym przyciąga uwagę melomanów nie tylko w Kanadzie. W Polsce jeszcze nie doczekał się popularności, ale w wielu innych krajach jest doceniany. I to nie tylko przez fanów. Piosenkę „Secret Heart” wzięli na warsztat Rod Stewart i Nick Lowe. Również płyta „Long Player Late Bloomer” zawiera sporo materiału do wykorzystania. Zanim jednak inne gwiazdy zinterpretują piosenki Sexsmitha po swojemu, posłuchajmy, jak radzi sobie z nimi autor. Czas nie będzie stracony.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Marianne Faithfull - Horses and High Heels

87-88 09 2011 marianneFaithfull

Naïve 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Jeśli nawet ktoś nie słyszał, jak Marianne Faithfull śpiewa, to jej nazwisko musiało mu się obić o uszy w związku z życiem i działalnością muzyczną innych sław, przede wszystkim Rolling Stones. W końcu Jagger i Richards zawdzięczają jej „Sister Morphine”. Artystka zapowiadała, że jej nowy album będzie w całości autorski. Wykorzystała jednak głównie utwory innych kompozytorów, dodając jedynie cztery własne. Mimo to „Horses and High Heels” w warstwie muzycznej jest jednorodna, jakby wszystkie piosenki wyszły spod pióra jednego twórcy.
Poziom jest niewątpliwie wysoki, a wszystkie utwory profesjonalnie i atrakcyjnie zaaranżowane. Głos piosenkarki świetnie się sprawdza w skąpanej w nostalgicznym nurcie konwencji. Przykładem nagranie „Love Song”. Faithfull ma w gardle całą historię rock and rolla. Słuchając jej głosu, wyobrażamy sobie zarówno czasy Woodstock – z Cockerem i Hendriksem na czele – jak i Altamont, kiedy to grupa Hell’s Angels, mająca strzec porządku, nie zapobiegła tragicznemu wypadkowi, w wyniku którego zginął jeden z widzów. Owszem, chwilami brakuje interpretacyjnej maestrii, ale trudno oczekiwać cudów po mocno zmęczonych życiem strunach głosowych.
Na okrasę są świetni instrumentaliści, z Lou Reedem i Doktorem Johnem na czele.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Beastie Boys - The Hot Sauce Committee, Pt. 2

87-88 09 2011 BeastieBoys

Capitol Records 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Gdyby jakaś dziwna plaga zmiotła z powierzchni Ziemi wszystkie hip-hopowe płyty, nagrania Beastie Boys byłyby jednymi z tych, które należałoby masowo opłakiwać. Co czyni je atrakcyjnymi również dla słuchaczy spoza kręgu sympatyków hip-hopu? Nowojorczycy nie ograniczają się do rapowania. Są też sprawnymi muzykami, co udowodnili, wydając albumy instrumentalne. Gdy dodać do ich składu stałego współpracownika, jednego z najlepszych DJ-ów w branży – Mix Master Mike’a – efekt okazuje się bardzo ciekawy.
Nie inaczej jest na „kontynuacji” nie wydanej, wbrew pierwotnym założeniom, płyty „The Hot Sauce Committee”. Pierwszy od czterech lat krążek grupy opatrzony podtytułem „część druga” przynosi wszystko, co w Beastie Boys najlepsze. Otrzymujemy więc kilka potencjalnych przebojów, opartych na chwytliwych partiach analogowych syntezatorów, jak „Make Some Noise”. Prócz nich: przyjemny utwór instrumentalny „Multilateral Nuclear Disarmament” tuż obok ostrej, punkrockowej piosenki „Lee Majors Come Again”. Na dokładce pojawia się też kilku gości: śpiewająca w dubowym „Don’t Play No Game That I Can’t Win” Santigold i rymujący w „Too Many Rappers” Nas.
Całość, pomimo kilku bardziej posępnych fragmentów pokroju „Say It”, powinna sprawić frajdę nie tylko zatwardziałym fanom gatunku i grupy.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Paul Carrack - A Different Hat

87-88 09 2011 PaulCarrack

Carrack-UK 2010

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Paula Carracka melomani pamiętają zapewne jako wokalistę grupy Mike & The Mechanics. Wylansował z nią takie przeboje, jak „Silent Running”, „The Living Years” i „Another Cup Of Coffee”. Piosenkarz nagrywał też jako solista. Ma na koncie kilkanaście płyt, utrzymanych w popowo-rockowym stylu, z dwoma wyjątkami. Te ostatnie to album świąteczny „A Soulful Christmas” oraz właśnie „A Different Hat”. Dlaczego? Zacznijmy od tytułu; po polsku to: „Inny kapelusz”. Jeśli dodamy, że w sesji wzięła udział Royal Philharmonic Orchestra, to chyba wszystko staje się jasne. Carrack postanowił iść śladami Roda Stewarta oraz innych gwiazd rocka, którzy śpiewają własne kompozycje i światowe standardy z towarzyszeniem orkiestry. Czyli pomysł nie nowy, ale na pewno na czasie.
A efekt? Były wokalista Mike & The Mechanics stanął na wysokości zadania. Jego ciepły głos w bogatej akustycznej oprawie brzmi wspaniale. I to zarówno w słynnych evergreenach, takich jak „Moon River”, jak i w piosenkach autorskich („It Ain’t Over”, „Eyes of Blue”).
Zabrakło tylko audiofilskiej realizacji. Scena jest dość płaska, a przecież była okazja, aby ją przybliżyć słuchaczowi. Wszak połączenie ciekawego głosu z instrumentami królewskich filharmoników nie zdarza się często. Gdyby realizatorzy bardziej się przyłożyli, mielibyśmy audiofilską perełkę. A tak jest udana płyta, choć bez ostatecznego szlifu. Szkoda.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF