HFM

artykulylista3

 

Stevie Nicks - In Your Dreams

102-103 11 2011 stevieNicks

Reprise Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Pod „In Your Dreams” podpisały się dwie gwiazdy ubiegłego wieku. Nazwisko pierwszej widnieje na okładce. Największe sukcesy odnosiła w latach 70., bedąc wówczas jedną z wokalistek Fleetwood Mac. Z tego okresu, a zwłaszcza z nagrań wydanych na albumie „Rumours”, zapamiętaliśmy jej zmysłowo zachrypnięty głos. Stevie Nicks do współpracy w roli producenta (a zarazem wokalisty) zaprosiła Dave’a Stewarta − połowę duetu Eurythmics. Twórca elektronicznych hitów, z których najpopularniejszy to „Sweet Dreams Are Made Of This”, nie zmienił stylu utalentowanej wokalistki. I słusznie. Po co ingerować w coś, co jest dobre? Zresztą wiadomo, że i on sam ostatnio odłożył syntezatory na bok i skoncentrował się na akustycznym graniu. Dlatego premierowy album Stevie Nicks powtarza sprawdzone rockowe schematy. Nie ma zdecydowanych perełek, ale kilka piosenek naprawdę wpada w ucho. Zwłaszcza „Italian Summer” i „Cheaper Than Free”, ze Stewartem przy mikrofonie. Najsłabiej w tym wyrównanym zestawie wypada utwór tytułowy. Ale piosenek jest trzynaście, więc nawet jeśli pominiemy tytułową, to i tak będzie czego słuchać.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Peter Gabriel - New Blood

87 12 2011 peterGabriel

EMI 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k5

Nie tak miała wyglądać kontynuacja orkiestrowego projektu Petera Gabriela. Na ubiegłorocznej płycie „Scratch My Back” dawny wokalista Genesis przedstawił nowe aranżacje utworów cenionych przez siebie wykonawców. Ci z kolei mieli nagrać po jednej piosence z jego repertuaru i wydać kompilację na osobnym krążku. Plan się nie powiódł, więc nowym przedstawieniem piosenek Gabriela zajął się... Gabriel. A raczej on i pomagający mu w pisaniu orkiestracji John Metcalfe.
Efekt wyszedł nierówny. W utworach pozbawionych mocnej sekcji rytmicznej kompozytorom pozostało rozpisanie efektownych partii smyczków i dęciaków. Te, niejednokrotnie ciekawe, w kilku przypadkach (jak „Digging In The Dirt”) wpadają jednak w manierę patetycznej ścieżki dźwiękowej do hollywoodzkiego filmu. Z kolei w kilku spokojniejszych fragmentach brakuje śpiewających w oryginale wokalistek. Pozbawiony głosu Kate Bush „Don’t Give Up” siłą rzeczy wypada słabiej od pierwowzoru, a już zupełnie nie broni się skrócony i zrujnowany brakiem Elizabeth Fraser „Downside-Up”.
A jednak zapewne niejeden fan Gabriela znajdzie na „New Blood”, jak i „Scratch My Back” coś dla siebie. Ja zachęcam do wyboru z tych krążków kilku piosenek według własnego uznania. Po takiej operacji z dwóch średnich płyt można złożyć jedną całkiem dobrą.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Primus - Green Naugahyde

87 12 2011 primus

Prawn Song Records 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Primus to grupa tak ekscentryczna, że może zadziwić nawet fanów Franka Zappy. Oparta na unikalnej technice gry na basie Claypoola, jego antywokalnym głosie i niesztampowych rytmach, stanowi swoiste zaprzeczenie przyjętych w muzyce rockowej standardów.
Ostatnia dekada nie przyniosła ani jednego długogrającego krążka trio. Wieść o planowanej płycie wzbudziła więc spore zainteresowanie w gronie jego wielbicieli. Zwłaszcza że „Green Naugahyde” to nie tylko pierwszy od lat album zespołu, ale również fonograficzny debiut Jaya Lane’a w roli bębniarza Primusa.
Pomimo tych okoliczności, największą niespodzianką krążka jest... względny brak niespodzianek. Wszystko, co na nim nagrano, mogło się znaleźć na starszych wydawnictwach grupy lub w innych projektach Claypoola.
Znane brzmienia, techniki i instrumentalna wirtuozeria, dziwaczny śpiew rodem z kreskówki, funkowe zagrywki i psychodeliczne wstawki nie pozostawiają wątpliwości. „Green Naugahyde” jest ukłonem w stronę starszych płyt Primusa.
Nie zawsze jest to wadą, ale dla formacji tak nowatorskiej każde niepójście chociaż o krok do przodu jest kilkoma krokami wstecz.
Trio „Pułkownika” Claypoola stać na znacznie więcej niż powtarzanie dawnych patentów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Madox - La Revolution Sexuelle

87 12 2011 madox

EMI 2011

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Czy zauważyliście Państwo, że niemal każdy „wielki polski artysta popowy” jest gorszą kopią artysty zagranicznego? Nieco inaczej wygląda przypadek Marcina Majewskiego, Madoxa, androgenicznego (?) uczestnika programu „Mam talent”. Swoją muzykę, głos i wygląd wzoruje nie na znanych artystach, a na... artystkach. I to tych z samego pop-panteonu, przez co najłatwiej kojarzyć jego płytę z twórczością Madonny i Lady Gagi.
Podobieństwo stylistyczne jest akceptowalne. Zwłaszcza że elektroniczne piosenki są sprawnie wykonane przez towarzyszących Majewskiemu muzyków. Nie ma tu partii melodyjnych, przyczepiających się do słuchacza na długie godziny, ale syntetyczne podkłady to naprawdę profesjonalna robota.
Problemem jest śpiew. Rzeczywiście, czasem trudno uwierzyć, że głos Madoxa nie należy do kobiety, ale w wielu partiach brzmi jak to, czym jest w istocie, czyli śpiewem chłopaka, który chce brzmieć jak znana wokalistka. Może to i ciekawostka, ale takiej płyty powinno się słuchać dla przyjemności, nie tylko z ciekawości. W dodatku wokal Majewskiego, jak w większości electro popu, został solidnie zmodyfikowany przez komputer. Niby obecnie to standard, ale jakże irytujący! W efekcie trudno się czasem połapać, czy śpiewa mężczyzna, kobieta, człowiek czy komputer.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Mastodon - The Hunter

86-87 02 2012 mastodon

Roadrunner Records 2011 

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Trzynastominutowa kompozycja zamykająca poprzedni album grupy Mastodon to, moim zdaniem, jedno z najlepszych rockowych nagrań ostatnich lat. A już z pewnością w kategorii progresywnego, ciężkiego rocka. Słuchając jej raz za razem, nie przestawałem się zastanawiać, co też Amerykanie zaproponują na kolejnej płycie. I oto nadeszła odpowiedź: album „The Hunter”.
Piąty longplay Mastodona jest pierwszym spoza cyklu ich płyt odpowiadających poszczególnym żywiołom. Przynosi zatem kilka zmian. Nie jest zwartym tekstowo „concept albumem”, a wypełniające go kompozycje mają bardziej „piosenkową” strukturę niż rockowe suity z czasu „Crack the Sky”. Utwory takie jak „Curl of The Burl” nawiązują raczej do klasycznego, brudnego hard rocka niż pełnego połamanych rytmów i niesztampowych melodii eksperymentalnego grania. Co więcej, tytułowa piosenka okazuje się nastrojową balladą, dedykowaną pamięci brata Brenta Hindsa. Czyżby Mastodon postanowił złagodzić swój styl?
Nawet jeśli prog-rockowych elementów jest tu mniej, to nie znaczy, że panowie poszli na łatwiznę czy zmienili się nie do poznania. Niejednokrotnie na „The Hunter” pojawiają się charakterystyczne złożone partie gitar i szalone pasaże perkusyjne Branna Dailora. Również współgranie trzech wokali nie pozostawia złudzeń: „The Hunter” to stary dobry Mastodon.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Lenny Kravitz - Black And White America

86-87 02 2012 lennyKravitz

Roadrunner Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Nie ma jak czasy „Let Love Rule” (wystrzałowy debiut) czy „Mama Said” (rockowa perełka). Ale i na „Czarno-białej Amerce” każdy fan Kravitza znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, jeśli miał okazję posłuchać go na niedawnym warszawskim koncercie.
Niestety, najnowszy album słynnego rockmana nie jest taki, jak pierwszy, który podbił nasze serca i daleko mu do „Mama Said”. Wprawdzie słyszymy wszystkie firmowe zagrywki: łatwo rozpoznawalny wokal i charakterystyczne gitarowe riffy, ale czegoś brakuje. Owszem, bywa świetnie. Przykładem „Life Ain’t Ever Better Than It Is Now” (jeden z ciekawszych kawałków); nieźle pulsują też „Everything” i utwór tytułowy. A jeśli ktoś tęskni za miłosnymi balladami, ma „Looking Back On Love”. Mimo to nowe piosenki Kravitza nie porywają tak, jak wcześniejsze propozycje.
Szkoda, bo muzyk napracował się w studiu. Grał na kilku instrumentach i jest współautorem większości kompozycji.
W tekstach sporo o sobie opowiada, jest więc okazja, aby lepiej go poznać. Zaprosił nawet do wspólpracy gwiazdy hip-hopu – Jaya-Z i DJ Military („Boongie Drop”) oraz Drake’a („Sunflower”). Mimo to chciałoby się więcej magii. W końcu to Kravitz.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF