HFM

artykulylista3

 

Kate Bush - 50 Words For Snow

86-87 02 2012 kateBush

Noble & Brite Ltd. 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Jeśli to nie jest najnudniejsza płyta Kate Bush, to przynajmniej plasuje się w czołówce. Otwierające „Snowflake” uśpiło mnie przy pierwszym odtworzeniu, więc nie mogłem wysłuchać kolejnych nagrań. Dopiero za drugim podejściem – po mocnej kawie – pokonałem całość.
Nie twierdzę, że było aż tak źle, ale jak na artystkę, której zawdzięczamy „Wuthering Heights” i wiele innych wspaniałości, zdecydowanie zbyt blado. Gdyby nie Elton John, który fantastycznie ożywił kompozycję „Snowed In At Wheeler Street”, ocena byłaby jeszcze niższa. Ale przynajmniej dla tej piosenki warto albumu posłuchać. Trochę też po to, aby przypomnieć sobie uroczy głos Kate. I wreszcie dla jeszcze jednego wyjątkowego gościa. Jest nim Steve Gadd – najbardziej rozchwytywany sesyjny perkusista w muzyce rozrywkowej. Grał z największymi. Duet Simon i Garfunkel oraz Barbra Streisand to tylko część gwiazd, które gościły go w studiu lub na scenie. Na „50 Words For Snow” słynny pałkarz trochę się marnuje, bo wolno płynące kompozycje nie wymagają szczególnych umiejętności, jednak tu i ówdzie coś z jego talentu udało się przemycić.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Johnny Winter - Roots

86-87 02 2012 johnnywinter

Megaforce Records 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Mistrz slide’owej gitary znów w dobrej formie. Nie tylko słyszymy popisowe, choć nieco wolniejsze niż dawniej, solówki, ale też powrócił znany głos. W repertuarze sprawdzone kompozycje, na których słynny albinos ćwiczył umiejętności. Jest temat „Got My Mojo Working”, wylansowanay przez Muddy Watersa. Jest „Maybelline” Chucka Berry’ego. Na początek jednak „T-Bone Shuffle”, wprowadzający w nostalgiczną atmosferę albumu.
Kompozycje pochodzą z połowy ubiegłego stulecia. Mimo że ograne, udało się je uwspółcześnić. Zasługa to zarówno sprawnej ekipy realizatorskiej, jak i zdolnych wykonawców. Johnny Winter zaprosił bowiem do studia znanych gości. Wspomniany utwór „T-Bone Shuffle” nadaje płycie tempo nie tylko dzięki gitarze Wintera. Błyszczą w nim także solówki Sonny’ego Landretha. Z kolei w „Done Somebody Wrong” pojawia się lider Gov’t Mule, Warren Haynes. Mamy też bluesowy duet Derecka Trucksa (slide w „Dust My Broom”) z Susan Tedeschi (gitara i śpiew w „Bright Lights, Big City”). A gdyby komuś zabrakło jazzowych elementów, to w „Come Back Baby” może posłuchać Johna Medeskiego. Nie byłoby jednak kompletu bez brata lidera, Edgara. Ten gra na saksofonie w „Honky Tonk”. A wszystko trzyma w ryzach Johnny Winter, który mimo podeszłego wieku pozostaje w świetnej formie.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Beach Boys - Smile

p beachBoys 04 2012

Capitol Records 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Kalifornijska grupa należy do najdłużej działających rockowych formacji. Liderował jej Brian Wilson, któremu towarzyszyli utalentowani bracia, kuzyni i koledzy.
Po pierwszych sukcesach, które The Beach Boys zawdzięczali przebojom wychwalającym beztroski wypoczynek nad Pacyfikiem, muzycy porwali się na album koncepcyjny. Realizacji jednak nie dokończyli, a nagrania z sesji – poza „Good Vibrations” i „Heroes and Villains” – na długo trafiły do sejfów. Potem kompozycje jeszcze raz wziął na warsztat Brian Wilson i wydał je w 2004 roku pod własnym nazwiskiem jako album „Smile”, z innymi instrumentalistami. Lider formacji nie był jednak chyba zadowolony z efektu, gdyż w ubiegłym roku zmiksował ponownie oryginały sprzed ponad 40 lat i wydał je pod szyldem The Beach Boys. Słusznie, bo oryginalne wersje mówią najwięcej o talencie kalifornijskiej grupy, której charakterystyczne harmonie wokalne są do dzisiaj rozpoznawalne i cenione. Wilson wydobył ze starego materiału brzmieniowe niuanse. Jest nareszcie prawdziwy „Smile” z 1967 roku, w dodatku z „odkurzonym” dźwiękiem. Warto posłuchać, bo mimo kilkudziesięciu lat od powstania muzyczna uczta w wykonaniu młodych The Beach Boys jest wyjątkowo smakowita.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 4/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Coldplay - Mylo Xyloto

p coldplay 04 2012

Parlophone 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Łamiąca język nazwa ostatniej płyty Coldplay to jej najbardziej ekstrawagancki element. Muzyka i teksty nieprzyzwoicie popularnych Brytyjczyków to czysta popowa bezpretensjonalność.
Już przy pierwszym przesłuchaniu krążka wydaje się, że kolejne kompozycje są dobrze znane. Trudno jedynie rozstrzygnąć, czy kojarzy się je z mediów, czy po prostu przypominają wcześniejsze utwory Chrisa Martina i kolegów. Każdy melodyjnie śpiewany refren jest tu na swoim miejscu, każde wejście rytmicznych bębnów oraz akompaniujących gitar i klawiszy – naturalne, by nie powiedzieć „oczywiste”.
To wszystko powoduje, że fani twórczości grupy nie będą musieli się długo przekonywać do „Mylo Xyloto”. Nie zawiodą się też słuchacze lubiący ambientowe ozdobniki i przestrzenność piosenek; w wielu miejscach bowiem da się wyczuć rękę współprodukującego album Briana Eno. Akustyczna piosenka „U.F.O.” to chyba jedyny utwór na płycie, w którym brak elektronicznych bądź postrockowych brzmień.
Kompozycje z „Mylo Xyloto” tworzą fabularną całość. Trudno jednak uznać ją za typową rock operę, ponieważ zespół nie zrezygnował z formy chwytliwych piosenek.
Brytyjskie media nie bez powodu od lat nazywają Coldplay „perfekcyjną maszyną do tworzenia przebojów”. W kategorii pop rocka kwartet pozostaje jednym z najlepszych współczesnych zespołów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 4/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Mark Lanegan Band - Blues Funeral

p markLaneganBand 04 2012

4AD 2012

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Amerykańskiego piosenkarza nie wszyscy melomani znają z solowych projektów. Wielokrotnie bowiem wspomagał wokalnie innych artystów. Jeśli ktoś poznał go na płytach nagranych wspólnie z byłą wokalistką Belle and Sebastian, Isobel Campbell, zawartością jego najnowszej propozycji będzie zaskoczony.
O ile bowiem tam czarował niskim, ciepłym głosem, dodając blasku melodyjnym folkowo-rockowym balladom, o tyle na „Blues Funeral” poraża „garażową” stylistyką i szorstkim brzmieniem. Owszem, tu i ówdzie rytm łagodnieje i pojawiają się spokojniejsze klimaty („Bleeding Muddy Water”), ale tylko na chwilę. Zaraz bowiem dynamika znów wzrasta i króluje „Pogrzeb bluesa”. Wbrew ponuremu tytułowi, muzyka nie jest wyłącznie dołująca. Odzywają się też pozytywne motywy. O ile oczywiście do takich można zaliczyć przesłanie z „Phantasmagoria Blues”: „Jesteś wolna, wolna jeszcze raz”.
Mimo niewątpliwej przewagi smutku, kompozycje i aranżacje są udane. Lanegan napisał i śpiewa wszystkie utwory, nie gra jednak na żadnym instrumencie. Być może dlatego płytę firmuje także zespół Mark Lanegan Band. Połączenie charakterystycznego głosu lidera z profesjonalną grą pozostalych uczestników sesji sprawia, że słuchamy z zapartym tchem. Album zbiera świetne recenzje, a ja też przyznaję, że coś w nim jest.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 4/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Otis Taylor’s Contraband

p OtisTaylors Contraband

Telarc 2012
Dystrybucja: Dream Music

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

„Kiedy Cię zawołam/ kiedy Cię zawołam/ wróć do mnie/ wróć do mnie”. Nie bez powodu powtórzyłem poprzednie zdania – tak samo robi autor i wykonawca piosenki „Yell Your Name”, z której pochodzi cytat. Podobnych powtórek jest na płycie Otisa Taylora więcej; pojawiają się w kilku piosenkach.
Nie tylko słowa się powtarzają, ale też całe motywy. Utwór „Look to the Side” to właściwie jeden krótki riff, tyle że słyszymy go kilkadziesiąt razy. Na nim bohater płyty snuje swoją opowieść. Dzięki powtórkom Taylorowi udało się stworzyć interesujący zbiór nagrań. Powiem więcej. „Contraband” to bluesowy majstersztyk, który z każdym odsłuchem coraz bardziej wciąga. Powtarzając słowa i motywy, Taylor tworzy zupełnie nową jakość. Sprawdza się w roli wokalisty i nieźle gra na gitarze i na bandżo. Aby jeszcze bardziej oczarować słuchaczy, ma do dyspozycji utalentowanych sidemanów, którzy umiejętnie wzbogacają harmonie. Gitarowa solówka w zamykającym płytę nagraniu „I Can See You’re Lying” jest wprost genialna.
Bluesowa płyta z soulowym feelingiem. Do tego audiofilsko nagrana.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 5/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF