HFM

artykulylista3

 

Alison Krauss & Union Station - Paper Airplane

102-103 11 2011 alisonKrauss

Rounder Records 2011
Dystrybucja: Rounder/Universal 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

W Stanach jest gwiazdą. W Europie – znają ją tylko wierni fani. Alison Krauss jest wokalistką, skrzypaczką, wielokrotną laureatką Grammy, liderką kapeli Union Station. Współpracowała z Dolly Parton (której jest kompletnym przeciwieństwem) i Robertem Plantem (nagrali wspólnie „Raising Sand”). Wydała 13 albumów. Najnowszy, „Paper Airplane”, tylko w pierwszy weekend po zejściu z taśmy sprzedał się w ponad 80 tys. egzemplarzy, co dało mu pierwsze miejsce na liście „Billboardu” w kategorii „country”.
Trudno znaleźć bardziej subtelną i artystycznie dojrzałą postać muzyki spod znaku bluegrass-country od prezentowanej przez Alison Krauss. Jej łagodny głos o stonowanej ekspresji (przez wielu określany jako anielski) i wykonywane utwory są wolne od jakiejkolwiek maniery, dosłowności i klisz, kojarzących się z tymi gatunkami.
Balladową konwencję albumu skutecznie przełamuje drugi wokalista – Dan Tyminski; pojawia się w trzech utworach. Jego dziarskie interpretacje („Dust Bowl Children”), utrzymane w stuprocentowym bluegrassie, stanowią kontrast dla delikatnego wokalu Alison.
Zróżnicowany repertuar, sprawnie napisane kompozycje, doskonałe brzmienie zespołu (gitary!) to główne atuty tego udanego albumu. Polecam go nawet tym, którzy z złożenia unikają muzyki country we wszelkich odmianach.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Cars - Move Like This

102-103 11 2011 theCars

Hear Music 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

„Nigdy nie mów nigdy” – to najbardziej oczywisty komentarz do nowej płyty The Cars. Nie przeszkodziły wieloletnie zapewnienia lidera formacji, Rica Ocaseka, o tym, że jego zespół jest już historią. Nie przeszkodziła nawet śmierć wokalisty-basisty Benjamina Orra, śpiewającego w kilku klasycznych przebojach grupy. Po 24 latach (!) muzycy The Cars reaktywowali zespół i nagrali nowy album: „Move Like This”.
Już w czasie pierwszego przesłuchania staje się oczywiste, że dziesięć nowych piosenek – napisanych i zaśpiewanych przez Ocaseka – to nie tylko „powrót The Cars”, ale też powrót do najlepszego, co zespół ma do zaoferowania. Prosta new wave’owa mieszanka rocka, popu i punka z „Move Like This” brzmi jak za starych dobrych lat. Melodyjne, pogodne, trzyi czterominutowe piosenki, nieskomplikowane, ale chwytliwe riffy gitarowe i ozdobniki klawiszowe mogły się równie dobrze pojawić na debiutanckim albumie zespołu.
Bijąca z nich pozytywna energia wręcz wprawia w osłupienie! Słuchając otwierającego płytę „Blue Trip” i przewrotnie nazwanego „Sad Song”, trudno uwierzyć, że to produkcja zespołu 60-latków, a nie jurnych młodzików.
„Move Like This” to ważny comeback. Gdy tak wiele współczesnych indie-zespołów czerpie ze stylistyki rocka nowofalowego, dobrze przypomnieć sobie grupę, która gatunek ten stworzyła.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Stevie Nicks - In Your Dreams

102-103 11 2011 stevieNicks

Reprise Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Pod „In Your Dreams” podpisały się dwie gwiazdy ubiegłego wieku. Nazwisko pierwszej widnieje na okładce. Największe sukcesy odnosiła w latach 70., bedąc wówczas jedną z wokalistek Fleetwood Mac. Z tego okresu, a zwłaszcza z nagrań wydanych na albumie „Rumours”, zapamiętaliśmy jej zmysłowo zachrypnięty głos. Stevie Nicks do współpracy w roli producenta (a zarazem wokalisty) zaprosiła Dave’a Stewarta − połowę duetu Eurythmics. Twórca elektronicznych hitów, z których najpopularniejszy to „Sweet Dreams Are Made Of This”, nie zmienił stylu utalentowanej wokalistki. I słusznie. Po co ingerować w coś, co jest dobre? Zresztą wiadomo, że i on sam ostatnio odłożył syntezatory na bok i skoncentrował się na akustycznym graniu. Dlatego premierowy album Stevie Nicks powtarza sprawdzone rockowe schematy. Nie ma zdecydowanych perełek, ale kilka piosenek naprawdę wpada w ucho. Zwłaszcza „Italian Summer” i „Cheaper Than Free”, ze Stewartem przy mikrofonie. Najsłabiej w tym wyrównanym zestawie wypada utwór tytułowy. Ale piosenek jest trzynaście, więc nawet jeśli pominiemy tytułową, to i tak będzie czego słuchać.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Peter Gabriel - New Blood

87 12 2011 peterGabriel

EMI 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k5

Nie tak miała wyglądać kontynuacja orkiestrowego projektu Petera Gabriela. Na ubiegłorocznej płycie „Scratch My Back” dawny wokalista Genesis przedstawił nowe aranżacje utworów cenionych przez siebie wykonawców. Ci z kolei mieli nagrać po jednej piosence z jego repertuaru i wydać kompilację na osobnym krążku. Plan się nie powiódł, więc nowym przedstawieniem piosenek Gabriela zajął się... Gabriel. A raczej on i pomagający mu w pisaniu orkiestracji John Metcalfe.
Efekt wyszedł nierówny. W utworach pozbawionych mocnej sekcji rytmicznej kompozytorom pozostało rozpisanie efektownych partii smyczków i dęciaków. Te, niejednokrotnie ciekawe, w kilku przypadkach (jak „Digging In The Dirt”) wpadają jednak w manierę patetycznej ścieżki dźwiękowej do hollywoodzkiego filmu. Z kolei w kilku spokojniejszych fragmentach brakuje śpiewających w oryginale wokalistek. Pozbawiony głosu Kate Bush „Don’t Give Up” siłą rzeczy wypada słabiej od pierwowzoru, a już zupełnie nie broni się skrócony i zrujnowany brakiem Elizabeth Fraser „Downside-Up”.
A jednak zapewne niejeden fan Gabriela znajdzie na „New Blood”, jak i „Scratch My Back” coś dla siebie. Ja zachęcam do wyboru z tych krążków kilku piosenek według własnego uznania. Po takiej operacji z dwóch średnich płyt można złożyć jedną całkiem dobrą.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Primus - Green Naugahyde

87 12 2011 primus

Prawn Song Records 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Primus to grupa tak ekscentryczna, że może zadziwić nawet fanów Franka Zappy. Oparta na unikalnej technice gry na basie Claypoola, jego antywokalnym głosie i niesztampowych rytmach, stanowi swoiste zaprzeczenie przyjętych w muzyce rockowej standardów.
Ostatnia dekada nie przyniosła ani jednego długogrającego krążka trio. Wieść o planowanej płycie wzbudziła więc spore zainteresowanie w gronie jego wielbicieli. Zwłaszcza że „Green Naugahyde” to nie tylko pierwszy od lat album zespołu, ale również fonograficzny debiut Jaya Lane’a w roli bębniarza Primusa.
Pomimo tych okoliczności, największą niespodzianką krążka jest... względny brak niespodzianek. Wszystko, co na nim nagrano, mogło się znaleźć na starszych wydawnictwach grupy lub w innych projektach Claypoola.
Znane brzmienia, techniki i instrumentalna wirtuozeria, dziwaczny śpiew rodem z kreskówki, funkowe zagrywki i psychodeliczne wstawki nie pozostawiają wątpliwości. „Green Naugahyde” jest ukłonem w stronę starszych płyt Primusa.
Nie zawsze jest to wadą, ale dla formacji tak nowatorskiej każde niepójście chociaż o krok do przodu jest kilkoma krokami wstecz.
Trio „Pułkownika” Claypoola stać na znacznie więcej niż powtarzanie dawnych patentów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Madox - La Revolution Sexuelle

87 12 2011 madox

EMI 2011

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Czy zauważyliście Państwo, że niemal każdy „wielki polski artysta popowy” jest gorszą kopią artysty zagranicznego? Nieco inaczej wygląda przypadek Marcina Majewskiego, Madoxa, androgenicznego (?) uczestnika programu „Mam talent”. Swoją muzykę, głos i wygląd wzoruje nie na znanych artystach, a na... artystkach. I to tych z samego pop-panteonu, przez co najłatwiej kojarzyć jego płytę z twórczością Madonny i Lady Gagi.
Podobieństwo stylistyczne jest akceptowalne. Zwłaszcza że elektroniczne piosenki są sprawnie wykonane przez towarzyszących Majewskiemu muzyków. Nie ma tu partii melodyjnych, przyczepiających się do słuchacza na długie godziny, ale syntetyczne podkłady to naprawdę profesjonalna robota.
Problemem jest śpiew. Rzeczywiście, czasem trudno uwierzyć, że głos Madoxa nie należy do kobiety, ale w wielu partiach brzmi jak to, czym jest w istocie, czyli śpiewem chłopaka, który chce brzmieć jak znana wokalistka. Może to i ciekawostka, ale takiej płyty powinno się słuchać dla przyjemności, nie tylko z ciekawości. W dodatku wokal Majewskiego, jak w większości electro popu, został solidnie zmodyfikowany przez komputer. Niby obecnie to standard, ale jakże irytujący! W efekcie trudno się czasem połapać, czy śpiewa mężczyzna, kobieta, człowiek czy komputer.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF