HFM

artykulylista3

 

Black Dub - Black Dub

94-95 02 2011 blackDub

Sony Music 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Daniel Lanois to człowiek odpowiedzialny za brzmienie kilku płyt U2 (m.in. „The Joshua Tree”) i Boba Dylana („Oh Mercy”, „Time Out Of Mind”) oraz albumów innych wykonawców, z którymi pracował jako producent.
Nagrywa także jako solista. Niedawno objawił się melomanom jako lider formacji Black Dub. Tym razem postawił na dynamiczny rhythm and blues. Wspólnie z nim zespół tworzą: Brian Blade – utalentowany jazzowy perkusista – oraz nowoorleański basista Daryl Johnson. W roli wokalistki występuje Trixie Whitley.
Grupę Black Dub słyszałem dwa lata temu w łódzkim klubie „Wytwórnia”. Pamiętając tamten występ, z zainteresowaniem przesłuchałem materiał wydany na płycie. Mimo że jest w nim sporo ciekawych fragmentów i cechuje go perfekcjonizm, czasami daje się odczuć brak kompozytorskich pomysłów. W tak utalentowanej obsadzie, z wystrzałową wokalistką i doświadczonym producentem, można było wypaść znacznie lepiej. Tym bardziej, że utwory napisał sam Lanois, któremu inwencji brakować nie powinno.
Z drugiej strony mamy tu tak mocne numery, jak choćby „I Believe In You” i „Surely”. Przy nich na pewno czas nie będzie stracony.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 02/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Out Of Tune - Lights So Bright

94-95 02 2011 OutOfTune

EMI Records 2010

Interpretacja: k2
Realizacja: k2

Falsetowe chórki, brzmienie syntezatorów niczym z ośmiobitowej konsoli, prosty rytm automatu perkusyjnego, wstawki rodem z hip-hopu – już w otwierającej płytę „Lights So Bright” piosence młody warszawski zespół serwuje istny muzyczny koktajl.
Niestety, nie tylko jego składniki, ale i całość okazują się trudne do przełknięcia. A gdyby tę mieszankę okrasić bardziej chwytliwymi liniami wokalnymi? Takowych jednak jak na lekarstwo – może z braku pomysłów, może z braku umiejętności zaśpiewania jakiejś ciekawszej melodii? Pomimo nieznośnych momentami brzmień instrumentów klawiszowych najsłabszą stroną zespołu pozostaje śpiew. Nie wznosi się ani trochę ponad poziom amatorski. Muzycy dwoją i troją ścieżki wokalne, ale nie są w stanie wykrzesać z nich niczego, co mogłoby zainteresować słuchacza. Znamienne też, że najlepszymi fragmentami „Lights So Bright” są kompozycje właśnie śpiew ograniczające, takie jak oparta na znakomitej sekcji rytmicznej „Shaking Hands” lub krótki, zbudowany na jednej frazie syntezatora przerywnik: „Ich Bin Ein Danceiger”.
Stylistyka epoki lakieru do włosów, legginsów i muzyki new romantic od dłuższego czasu przeżywa istny renesans, a zespoły z niej czerpiące aż trudno zliczyć. W takiej sytuacji grupie Out Of Tune nie wystarczy po prostu sięgnąć do brzmień lat 80., by oczarować słuchacza.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 02/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Various Artists - I Love Covers

94-95 02 2011 IloveCovers

EMI Records 2010

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Trzydzieści piosenek niepowiązanych ze sobą artystów, w aranżacjach nie mających ze sobą nic wspólnego wykonawców? Brzmi to jak pomysł na audycję radiową, nie na wydawnictwo płytowe. Skoro jednak składanki sprzedają się przyzwoicie, a nie brakuje też „inżynierów Mamoniów”, preferujących „melodie, które już raz słyszeli”, ukazała się taka właśnie kompilacja.
Jak wybrać ułamek z istnego legionu nagranych już coverów? W przypadku „I Love Covers” decydująca była chyba filozofia „dla każdego coś miłego”.
Znajdziemy tu głównie zagranicznych artystów, ale i kilku polskich; niekiedy prezentujących „upopowione” wersje rockowych standardów („Sabbath Bloody Sabbath” The Cardigans), niekiedy odwrotnie: „urockowione” aranżacje popowych hitów („Can’t Get You Out Of My Head” Makowieckiego). Dominują nagrania nowsze, ale pojawiają się też sędziwe, jak „Light My Fire” Feliciano sprzed czterdziestu lat.
W końcu: ani nie jest to wybór „najlepszych coverów wszechczasów” (brak choćby „All Along The Watchtower” Hendriksa), ani zestaw nagrań mniej znanych – wszak mało kto nie słyszał „Summer In The City” śpiewanego przez Joe Cockera.
Niełatwo o amatora popu, który nie znajdzie w tej różnorodności choć kilku miłych piosenek, ale równie trudno o takiego, który przyjmie proponowany zestaw bez zastrzeżeń. Wiadomo: najlepsze składanki robi się samemu...

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 02/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Paul McCartney & Wings - Band On The Run

96 03 2011 PaulMcCartney

MPL 2010 (Remaster)

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Czasem najlepsze efekty daje praca w najbardziej niekorzystnych warunkach. Tak było w przypadku „Band On The Run” Paula McCartneya.
Ani ciążąca na nim presja środowiska, ani braki kadrowe, ani niedogodności panujące w nigeryjskim studiu nie powstrzymały byłego Beatlesa od nagrania arcydzieła. Płyta z 1973 roku doczekała się do dziś wielu wyrazów uznania i kilku reedycji. Wśród nich ostatnia jawi się jako niezwykle łakomy kąsek.
Pod szyldem „Paul McCartney Archive Collection” ukazał się bogaty zestaw wydawnictw: od pojedynczej płyty CD, przez podwójny winyl, na wysokiej rozdzielczości plikach cyfrowych i wersji de luxe (3 CD oraz DVD) kończąc. Wśród dodatków: piosenki (m.in. „Helen Wheels” – nie zamieszczony na oryginalnym krążku przebojowy rock’n’roll), alternatywne rejestracje, duży wybór niepublikowanych zdjęć i filmy dokumentalne.
Ale warto sięgnąć nawet po wersję najbardziej ascetyczną. Remastering techników z Abbey Road, odpowiedzialnych też za ostatnie reedycje płyt Fab Four, nie pozostawia wiele do życzenia. W najnowszym wcieleniu brzmienie nagranego przed dekadami „Band On The Run” zyskuje na selektywności i głębi.
Nic natomiast nie traci muzyka – o takiej zwykło się mówić: „ponadczasowa”!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wanda Jackson - The Party Ain’t Over

96 03 2011 wandaJackson

Nonesuch Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Okładka świadczy o wysiłku promocyjnym włożonym w przypomnienie „królowej rockabilly”, jak zwykło się mówić o 73-letniej Wandzie Jackson. Znajdziemy tam wypowiedź Boba Dylana, który określa piosenkarkę słowami „bomba atomowa ze szminką”. Podobno sam mistrz namówił ją, aby włączyła do programu jego kompozycję „Thunder on the Mountain”.
„Stereofonia w pełnym wymiarze” to z kolei zachęta dla audiofilów, choć słuchając nagrań, nie zauważyłem, by wyróżniały się jakością dźwięku. Na stanowisku producenta stanął Jack White, który zaprosił do współpracy m.in. muzyków z formacji, z którymi sam nagrywał – The Raconteurs i Dead Weather. Wreszcie fotograf postarał się, aby wokalistka nie wyglądała na swój wiek i nawet kazał jej trzymać na kilku zdjęciach gitarę, mimo że Wanda na niej nie gra. Z taką oprawą graficzną i rekomendacjami piosenek w zasadzie mogłoby nie być. Ale są, więc teraz kilka słów o muzyce. Wokalistka pozostaje w dobrej formie. Potrafi ładnie „zaskrzeczeć”, a nawet zajodłować („Blue Yodel #6”). Do tego wzięła na warsztat utwory, które sympatycy rockabilly znają na pamięć. Szkoda, że Jack White przesadził z blachami i że zatopił głos piosenkarki w aranżach. Mógłby też bardziej zadbać o realizację, bo chwilami wszystko brzmi jak ze starej płyty. No, chyba że tak miało być.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kult - MTV Unplugged

96 03 2011 kult

S.P. Records 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Kazik Staszewski wielkim rockmanem jest. Tekściarzem, performerem, frontmanem również. Innymi słowy: to gigant wśród rodzimych wokalistów. A jednak śpiewak to nietypowy, bo umiejętności wokalne nie są jego mocną stroną. O ile ten szczegół nie przeszkadza w regularnych koncertach Kultu, to w stylistyce unplugged stanowi mankament. Cóż, że koledzy Kazika starają się wzbogacić brzmienie (bandżole, przeszkadzajki)? Cóż, że Kult dobrymi piosenkami mógłby obdzielić parę innych grup, skoro nowego życia nie jest w stanie tchnąć w nie Staszewski? Chyba też z racji jego możliwości wokalnych obowiązkowym coverem uczyniono, ogranego do bólu, ale prostego do śpiewania „Zegarmistrza światła” Woźniaka. Dobrze, że ciekawy dobór utworów Kultu zrównoważył tę decyzję. Dzięki temu album wypada nieźle, choć reklamowanie go jako „muzycznego wydarzenia roku” to gruba przesada.
Zwykle na koncertach MTV Unplugged na scenie pojawiają się ciekawi goście. Tutaj takowych zabrakło. Zaproszeni wokaliści − Dr Yry, Zacier i Kłaptocz − spokojnie mogli nie brać w koncercie udziału, bo i tak śpiewali niczym Staszewski. Ponadto pierwszy z nich wzbudził aplauz żartując, że nigdy dotąd nie występował na trzeźwo; drugi zaś − witając się łamaną angielszczyzną. Wyszło zdecydowanie mało śmiesznie.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF