HFM

artykulylista3

 

Sean Lennon i Charlotte Kemp Muhl - The Ghost of a Saber Tooth Tiger

87-88 06 2011 seanLennon

Chimera Music V 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Syn Johna Lennona miał w swojej artystycznej biografii parę lepszych momentów, choć nigdy nie doścignął najpopularniejszego z Beatlesów. Również jego nowa płyta nie doczekała się większego rozgłosu, do czego pewnie przyczynił się niedawny powrót nagrań Johna Lennona w remasterowanych wersjach. Chyba nawet nasi dystrybutorzy zapomnieli o płycie Seana, bo jakoś nie trafiłem na nią w naszych sklepach. Ale od czego jest Internet?
Szczęśliwi nabywcy mogą się cieszyć uroczymi melodiami w akustycznej oprawie. Do tego całkiem sprawnie zrealizowanymi i może nie po pierwszym odsłuchu, jednak stopniowo wpadającymi w ucho.
Drugą gwiazdą albumu jest Charlotte Kemp Muhl – modelka, która po raz pierwszy przespacerowała się po wybiegu w wieku zaledwie 13 lat. Jej kariera w świecie mody rozwinęła się błyskawicznie. Trzy lata po debiucie została najmłodszą modelką, której zdjęcie ukazało się na okładce czasopisma „Harper’s & Queen”. Dziś ma 24 lata, pracuje też jako aktorka i nic dziwnego, że podbiła serce Seana Lennona.
Oboje mają podobne zainteresowania muzyczne. Na razie wspólnie nagrali płytę. Jak potoczy się dalej ich historia, dowiemy się zapewne niebawem. Tymczasem możemy ich posłuchać.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Amos Lee - Mission Bell

87-88 06 2011 amosLee

Blue Note 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

„Mission Bell” to bardziej refleksyjne granie niż to, które Amos Lee prezentował na dotychczasowych płytach wydawanych przez Blue Note. Na najnowszym krążku amerykański muzyk prezentuje piosenki minimalistyczne w formie, budowane głównie wokół akustycznej gitary i własnego głosu. Choć więc wspomagają go znakomici goście, jak Willie Nelson, Lucinda Williams i Sam Beam z Iron & Wine, to najnowsza płyta Lee pozostaje jego autorskim, kameralnym projektem.
Dużo na „Mission Bell” spokojnych i wyważonych melodii. Mniej tu soulowej beztroski – pojawia się ona w chwytliwych, wzbogaconych gospelowym chórem utworach „Flower” i „Cup of Sorrow”. Więcej zaś bluesowej nostalgii i skojarzeń z amerykańskim folkowym rockiem. Choćby „El Camino” oraz „Out of the Cold” przywołują na myśl dokonania Bruce’a Springsteena z „The Ghost of Tom Joad”. Dominujące instrumenty akustyczne tylko na chwilę schodzą na dalszy plan. Dzieje się tak we wzbogaconej elektryczną gitarą i mocniejszym bluesowo-rockowym głosem piosence „Jesus”.
Bez trudu można by wymienić przynajmniej kilka młodych, ciekawych amerykańskich wokalistek z kręgu soulu, bluesa czy folku. Ale już analogiczna lista zawierająca męskie nazwiska byłaby trudniejsza do ułożenia. Tym stosowniej zapamiętać nazwisko Amosa Lee i sięgnąć po jego najnowszą płytę.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Piotr Rogucki - Loki – Wizja dźwięku

87-88 06 2011 piotrRogucki

Mystic Production 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Piotr Rogucki to aktor teatralny oraz wokalista grupy Coma, uwielbianej zarówno przez nastoletnich fanów, jak i krytyków muzycznych (zwłaszcza tych przyznających Fryderyki). Jego debiutancki krążek solowy to concept album, opowiadający historię gwiazdy rocka, Lokiego. Jak mówi autor: „ścieżka dźwiękowa do filmu, którego nie ma”.
To chyba jednak tylko chwytliwy slogan. Muzyka filmowa powinna stanowić jedynie uzupełnienie obrazu, zaś zawartość płyty „Loki – wizja dźwięku” jest zbyt absorbująca! Prócz trzyczęściowej instrumentalnej kompozycji „Plaster miodu” i kilku lirycznych fragmentów solidne gitarowe granie nie zostawia miejsca na jakiekolwiek dopowiedzenia.
Na wyprodukowanej i zaaranżowanej przez Mariana Wróblewskiego płycie dominuje surowy alternatywny rock, w warstwie muzycznej nie mniej różnorodny i pomysłowy niż balansujące między śpiewem a aktorstwem wokale „Roguca”.
O tekstach lidera Comy można usłyszeć, że są wybitną rockową poezją, bądź grafomanią. Może jednym i drugim? Z pewnością wyłania się z nich spójna, przemyślana całość i rozpoznawalny styl. Obeznani z twórczością Roguckiego nie będą mieć z nim problemu. Pozostali powinni spróbować się z nim zmierzyć – inaczej mogą przegapić niezłą płytę.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Paul Simon - So Beautiful or So What

87-88 06 2011 paulSimon

Hear Music 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Nową płytę Paula Simona otwiera piosenka o oczekiwaniu na Boże Narodzenie, oparta na harcującej między prawym a lewym kanałem gitarze. Nie dość więc, że pora roku nie sprzyja jej słuchaniu, to jeszcze denerwuje dziwna produkcja. A jednak popełni błąd, kto w tym momencie wyłączy odtwarzacz. „So Beautiful or So What” z każdą kolejną kompozycją udowadnia, że warto jej poświęcić kilka chwil.
Już same teksty autora nieśmiertelnego „The Sound of Silence” stanowią najwyższej próby pop-literacką robotę i zasługują na uwagę. Z jednakową lekkością pióra pisze on o podstarzałym weteranie pracującym na stacji benzynowej oraz miłości od pierwszego wejrzenia, jak o wyciecze w zaświaty i religii. Bez pretensjonalności, z ironią i słodko-gorzkim przesłaniem.
Muzycznie też jest bez zarzutu. Zabarwione etnicznymi wpływami żywsze piosenki przeplatają się z nastrojowymi balladami. Przeważnie jedne i drugie opierają się na delikatnym wokalu Simona, choć nie brakuje efektownych partii instrumentalnych (choćby afrykańskiej harfy w „Rewrite”).
Pomijając nie najlepszy początek, „So Beautiful or So What” okazuje się bardzo dobrze skrojoną płytą. I trudno nie przyznać racji jej autorowi, który twierdzi, że to jego najlepsze wydawnictwo od lat. Szkoda tylko, że takie krótkie. 38 minut pozostawia duży niedosyt!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 06/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Ron Sexsmith - Long Player Late Bloomer

87-88 09 2011 ronSexsmith

Ron Sexsmith 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Pełne nazwisko kanadyjskiego piosenkarza to Ronald Eldon Sexsmith i takim podpisuje się pod skomponowanymi przez siebie piosenkami. Na omawianym albumie wszystkie są jego autorstwa.
Blisko im zarówno do spokojnego alternatywnego popu, gdzie chyba może uścisnąć dłoń Lloydowi Cole, jak i do folku czy nawet country. „Long Player Late Bloomer” to uroczy zestaw nagrań, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie.
Są tu melodyjne piosenki miłosne („Miracles”). Jest kilka miłych ballad o niczym, jak „No Help At All”. Sexsmith zaczyna ją od wyznania: „Palę świecę z obu końców”, a kończy słowami: „Nikt nie zadzwonił. Nie ma ratunku”. Wreszcie mamy całkiem sprawnie przygotowany i zrealizowany balladowy rock – „Middle of Love” – z przyzwoitą gitarową solówką.
Największym atutem kanadyjskiego artysty jest jego szorstki, lekko zaspany głos, którym przyciąga uwagę melomanów nie tylko w Kanadzie. W Polsce jeszcze nie doczekał się popularności, ale w wielu innych krajach jest doceniany. I to nie tylko przez fanów. Piosenkę „Secret Heart” wzięli na warsztat Rod Stewart i Nick Lowe. Również płyta „Long Player Late Bloomer” zawiera sporo materiału do wykorzystania. Zanim jednak inne gwiazdy zinterpretują piosenki Sexsmitha po swojemu, posłuchajmy, jak radzi sobie z nimi autor. Czas nie będzie stracony.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Marianne Faithfull - Horses and High Heels

87-88 09 2011 marianneFaithfull

Naïve 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Jeśli nawet ktoś nie słyszał, jak Marianne Faithfull śpiewa, to jej nazwisko musiało mu się obić o uszy w związku z życiem i działalnością muzyczną innych sław, przede wszystkim Rolling Stones. W końcu Jagger i Richards zawdzięczają jej „Sister Morphine”. Artystka zapowiadała, że jej nowy album będzie w całości autorski. Wykorzystała jednak głównie utwory innych kompozytorów, dodając jedynie cztery własne. Mimo to „Horses and High Heels” w warstwie muzycznej jest jednorodna, jakby wszystkie piosenki wyszły spod pióra jednego twórcy.
Poziom jest niewątpliwie wysoki, a wszystkie utwory profesjonalnie i atrakcyjnie zaaranżowane. Głos piosenkarki świetnie się sprawdza w skąpanej w nostalgicznym nurcie konwencji. Przykładem nagranie „Love Song”. Faithfull ma w gardle całą historię rock and rolla. Słuchając jej głosu, wyobrażamy sobie zarówno czasy Woodstock – z Cockerem i Hendriksem na czele – jak i Altamont, kiedy to grupa Hell’s Angels, mająca strzec porządku, nie zapobiegła tragicznemu wypadkowi, w wyniku którego zginął jeden z widzów. Owszem, chwilami brakuje interpretacyjnej maestrii, ale trudno oczekiwać cudów po mocno zmęczonych życiem strunach głosowych.
Na okrasę są świetni instrumentaliści, z Lou Reedem i Doktorem Johnem na czele.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF