HFM

artykulylista3

 

Primus - Green Naugahyde

87 12 2011 primus

Prawn Song Records 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Primus to grupa tak ekscentryczna, że może zadziwić nawet fanów Franka Zappy. Oparta na unikalnej technice gry na basie Claypoola, jego antywokalnym głosie i niesztampowych rytmach, stanowi swoiste zaprzeczenie przyjętych w muzyce rockowej standardów.
Ostatnia dekada nie przyniosła ani jednego długogrającego krążka trio. Wieść o planowanej płycie wzbudziła więc spore zainteresowanie w gronie jego wielbicieli. Zwłaszcza że „Green Naugahyde” to nie tylko pierwszy od lat album zespołu, ale również fonograficzny debiut Jaya Lane’a w roli bębniarza Primusa.
Pomimo tych okoliczności, największą niespodzianką krążka jest... względny brak niespodzianek. Wszystko, co na nim nagrano, mogło się znaleźć na starszych wydawnictwach grupy lub w innych projektach Claypoola.
Znane brzmienia, techniki i instrumentalna wirtuozeria, dziwaczny śpiew rodem z kreskówki, funkowe zagrywki i psychodeliczne wstawki nie pozostawiają wątpliwości. „Green Naugahyde” jest ukłonem w stronę starszych płyt Primusa.
Nie zawsze jest to wadą, ale dla formacji tak nowatorskiej każde niepójście chociaż o krok do przodu jest kilkoma krokami wstecz.
Trio „Pułkownika” Claypoola stać na znacznie więcej niż powtarzanie dawnych patentów.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Madox - La Revolution Sexuelle

87 12 2011 madox

EMI 2011

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Czy zauważyliście Państwo, że niemal każdy „wielki polski artysta popowy” jest gorszą kopią artysty zagranicznego? Nieco inaczej wygląda przypadek Marcina Majewskiego, Madoxa, androgenicznego (?) uczestnika programu „Mam talent”. Swoją muzykę, głos i wygląd wzoruje nie na znanych artystach, a na... artystkach. I to tych z samego pop-panteonu, przez co najłatwiej kojarzyć jego płytę z twórczością Madonny i Lady Gagi.
Podobieństwo stylistyczne jest akceptowalne. Zwłaszcza że elektroniczne piosenki są sprawnie wykonane przez towarzyszących Majewskiemu muzyków. Nie ma tu partii melodyjnych, przyczepiających się do słuchacza na długie godziny, ale syntetyczne podkłady to naprawdę profesjonalna robota.
Problemem jest śpiew. Rzeczywiście, czasem trudno uwierzyć, że głos Madoxa nie należy do kobiety, ale w wielu partiach brzmi jak to, czym jest w istocie, czyli śpiewem chłopaka, który chce brzmieć jak znana wokalistka. Może to i ciekawostka, ale takiej płyty powinno się słuchać dla przyjemności, nie tylko z ciekawości. W dodatku wokal Majewskiego, jak w większości electro popu, został solidnie zmodyfikowany przez komputer. Niby obecnie to standard, ale jakże irytujący! W efekcie trudno się czasem połapać, czy śpiewa mężczyzna, kobieta, człowiek czy komputer.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Mastodon - The Hunter

86-87 02 2012 mastodon

Roadrunner Records 2011 

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Trzynastominutowa kompozycja zamykająca poprzedni album grupy Mastodon to, moim zdaniem, jedno z najlepszych rockowych nagrań ostatnich lat. A już z pewnością w kategorii progresywnego, ciężkiego rocka. Słuchając jej raz za razem, nie przestawałem się zastanawiać, co też Amerykanie zaproponują na kolejnej płycie. I oto nadeszła odpowiedź: album „The Hunter”.
Piąty longplay Mastodona jest pierwszym spoza cyklu ich płyt odpowiadających poszczególnym żywiołom. Przynosi zatem kilka zmian. Nie jest zwartym tekstowo „concept albumem”, a wypełniające go kompozycje mają bardziej „piosenkową” strukturę niż rockowe suity z czasu „Crack the Sky”. Utwory takie jak „Curl of The Burl” nawiązują raczej do klasycznego, brudnego hard rocka niż pełnego połamanych rytmów i niesztampowych melodii eksperymentalnego grania. Co więcej, tytułowa piosenka okazuje się nastrojową balladą, dedykowaną pamięci brata Brenta Hindsa. Czyżby Mastodon postanowił złagodzić swój styl?
Nawet jeśli prog-rockowych elementów jest tu mniej, to nie znaczy, że panowie poszli na łatwiznę czy zmienili się nie do poznania. Niejednokrotnie na „The Hunter” pojawiają się charakterystyczne złożone partie gitar i szalone pasaże perkusyjne Branna Dailora. Również współgranie trzech wokali nie pozostawia złudzeń: „The Hunter” to stary dobry Mastodon.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Lenny Kravitz - Black And White America

86-87 02 2012 lennyKravitz

Roadrunner Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Nie ma jak czasy „Let Love Rule” (wystrzałowy debiut) czy „Mama Said” (rockowa perełka). Ale i na „Czarno-białej Amerce” każdy fan Kravitza znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, jeśli miał okazję posłuchać go na niedawnym warszawskim koncercie.
Niestety, najnowszy album słynnego rockmana nie jest taki, jak pierwszy, który podbił nasze serca i daleko mu do „Mama Said”. Wprawdzie słyszymy wszystkie firmowe zagrywki: łatwo rozpoznawalny wokal i charakterystyczne gitarowe riffy, ale czegoś brakuje. Owszem, bywa świetnie. Przykładem „Life Ain’t Ever Better Than It Is Now” (jeden z ciekawszych kawałków); nieźle pulsują też „Everything” i utwór tytułowy. A jeśli ktoś tęskni za miłosnymi balladami, ma „Looking Back On Love”. Mimo to nowe piosenki Kravitza nie porywają tak, jak wcześniejsze propozycje.
Szkoda, bo muzyk napracował się w studiu. Grał na kilku instrumentach i jest współautorem większości kompozycji.
W tekstach sporo o sobie opowiada, jest więc okazja, aby lepiej go poznać. Zaprosił nawet do wspólpracy gwiazdy hip-hopu – Jaya-Z i DJ Military („Boongie Drop”) oraz Drake’a („Sunflower”). Mimo to chciałoby się więcej magii. W końcu to Kravitz.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Pati Yang - Wires And Sparks

86-87 02 2012 patiYang

EMI 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

„Nasz człowiek w Londynie”, czyli Patrycja Hilton, znana lepiej jako Pati Yang, powoli odchodzi od kojarzonego z jej twórczością trip hopu. Na „Faith, Hope + Fury” z 2009 roku było go mniej niż na „Silent Treatment” z 2005. Na najnowszym krążku nie słychać go już w ogóle.
Zamiast wolnych, niepokojących bitów „Wires And Sparks” wypełniają dominujące syntezatory, proste rytmy i przestrzenne wokale. We fragmentach, takich jak singlowy „Near to God”, muzyka przenosi się wprost w rejony elektronicznego popu. Szczęśliwie, elektro-pop w wersji Yang nie jest znanym z komercyjnego radia produktem muzykopodobnym. Wokalistka nie popada w banał ani nie modyfikuje swojego głosu, by brzmieć jak cyborg. Innymi słowy, nawet w takiej formie potrafi poruszać się z pewną klasą! Ale czy ta zmiana stylistyczna to krok w dobrym kierunku?
Roman Polański skarżył się kiedyś, że najłatwiejszym sposobem na zwiększenie grona sympatyków jego filmu jest nakręcenie kolejnego. Po premierze nowego obrazu zawsze słyszy: „poprzedni film Polańskiego był lepszy”. Niestety, właśnie takie odczucia mam względem Pati Yang. Może część słuchaczy z zadowoleniem przyjmuje przebieg jej muzycznej drogi. Ja zaliczam się do grona tych, którzy woleli, gdy tworzyła lawirujący w stronę nowoczesnego jazzu trip hop.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wilco - The Whole Love

86-87 02 2012 wilco

dBpm Records 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Komuś, kto dotąd nagrań Wilco nie słyszał, polecam na początek dwupłytowy album „Being There” z 1996 roku. Sporo tam nastrojów przypominających The Rolling Stones z najlepszego okresu. Nowa propozycja zespołu – „The Whole Love” – zawiera wyłącznie utwory utalentowanego lidera, Jeffa Tweedy. Daleko jej jednak do wydawnictwa sprzed kilkunastu lat.
W soczyste rockowe rytmy, grane na ogół przy akompaniamencie akustycznej gitary, wkradł się tym razem grunge’owy klimat. Niektóre nagrania „zabrudzono” szumami i przesterowaniami. Szkoda, bo głos wokalisty jest na tyle wciągający, że nie potrzebuje dodatkowych atrakcji. W balladzie „Sunloathe” dodano jakieś dziwne dźwięki do podkładu instrumentalnego. Po niej jest „Dawned On Me”, też z przesterowaniem na powitanie. Taka konwencja. Liderowi spodobała się zabawa dźwiękiem, a koledzy musieli się w nią włączyć.
Na szczęście Tweedy nadal potrafi zaserwować sympatyczną, akustyczną balladę, gdzie na pierwszym planie są jego głos i gitara („Open Mind”). Umie też pożartować, jak w „Capitol City”. Wreszcie – stać go na „Whole Love”, czyli świetnie zaaranżowany i wpadający w ucho utwór tytułowy. Ciekawego materiału jest tu więcej. Nic dziwnego. W końcu to Wilco. Tyle że nie w szczytowej formie.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 2/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF