HFM

artykulylista3

 

Paul McCartney & Wings - Band On The Run

96 03 2011 PaulMcCartney

MPL 2010 (Remaster)

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Czasem najlepsze efekty daje praca w najbardziej niekorzystnych warunkach. Tak było w przypadku „Band On The Run” Paula McCartneya.
Ani ciążąca na nim presja środowiska, ani braki kadrowe, ani niedogodności panujące w nigeryjskim studiu nie powstrzymały byłego Beatlesa od nagrania arcydzieła. Płyta z 1973 roku doczekała się do dziś wielu wyrazów uznania i kilku reedycji. Wśród nich ostatnia jawi się jako niezwykle łakomy kąsek.
Pod szyldem „Paul McCartney Archive Collection” ukazał się bogaty zestaw wydawnictw: od pojedynczej płyty CD, przez podwójny winyl, na wysokiej rozdzielczości plikach cyfrowych i wersji de luxe (3 CD oraz DVD) kończąc. Wśród dodatków: piosenki (m.in. „Helen Wheels” – nie zamieszczony na oryginalnym krążku przebojowy rock’n’roll), alternatywne rejestracje, duży wybór niepublikowanych zdjęć i filmy dokumentalne.
Ale warto sięgnąć nawet po wersję najbardziej ascetyczną. Remastering techników z Abbey Road, odpowiedzialnych też za ostatnie reedycje płyt Fab Four, nie pozostawia wiele do życzenia. W najnowszym wcieleniu brzmienie nagranego przed dekadami „Band On The Run” zyskuje na selektywności i głębi.
Nic natomiast nie traci muzyka – o takiej zwykło się mówić: „ponadczasowa”!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wanda Jackson - The Party Ain’t Over

96 03 2011 wandaJackson

Nonesuch Records 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Okładka świadczy o wysiłku promocyjnym włożonym w przypomnienie „królowej rockabilly”, jak zwykło się mówić o 73-letniej Wandzie Jackson. Znajdziemy tam wypowiedź Boba Dylana, który określa piosenkarkę słowami „bomba atomowa ze szminką”. Podobno sam mistrz namówił ją, aby włączyła do programu jego kompozycję „Thunder on the Mountain”.
„Stereofonia w pełnym wymiarze” to z kolei zachęta dla audiofilów, choć słuchając nagrań, nie zauważyłem, by wyróżniały się jakością dźwięku. Na stanowisku producenta stanął Jack White, który zaprosił do współpracy m.in. muzyków z formacji, z którymi sam nagrywał – The Raconteurs i Dead Weather. Wreszcie fotograf postarał się, aby wokalistka nie wyglądała na swój wiek i nawet kazał jej trzymać na kilku zdjęciach gitarę, mimo że Wanda na niej nie gra. Z taką oprawą graficzną i rekomendacjami piosenek w zasadzie mogłoby nie być. Ale są, więc teraz kilka słów o muzyce. Wokalistka pozostaje w dobrej formie. Potrafi ładnie „zaskrzeczeć”, a nawet zajodłować („Blue Yodel #6”). Do tego wzięła na warsztat utwory, które sympatycy rockabilly znają na pamięć. Szkoda, że Jack White przesadził z blachami i że zatopił głos piosenkarki w aranżach. Mógłby też bardziej zadbać o realizację, bo chwilami wszystko brzmi jak ze starej płyty. No, chyba że tak miało być.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kult - MTV Unplugged

96 03 2011 kult

S.P. Records 2010

Interpretacja: k3
Realizacja: k4

Kazik Staszewski wielkim rockmanem jest. Tekściarzem, performerem, frontmanem również. Innymi słowy: to gigant wśród rodzimych wokalistów. A jednak śpiewak to nietypowy, bo umiejętności wokalne nie są jego mocną stroną. O ile ten szczegół nie przeszkadza w regularnych koncertach Kultu, to w stylistyce unplugged stanowi mankament. Cóż, że koledzy Kazika starają się wzbogacić brzmienie (bandżole, przeszkadzajki)? Cóż, że Kult dobrymi piosenkami mógłby obdzielić parę innych grup, skoro nowego życia nie jest w stanie tchnąć w nie Staszewski? Chyba też z racji jego możliwości wokalnych obowiązkowym coverem uczyniono, ogranego do bólu, ale prostego do śpiewania „Zegarmistrza światła” Woźniaka. Dobrze, że ciekawy dobór utworów Kultu zrównoważył tę decyzję. Dzięki temu album wypada nieźle, choć reklamowanie go jako „muzycznego wydarzenia roku” to gruba przesada.
Zwykle na koncertach MTV Unplugged na scenie pojawiają się ciekawi goście. Tutaj takowych zabrakło. Zaproszeni wokaliści − Dr Yry, Zacier i Kłaptocz − spokojnie mogli nie brać w koncercie udziału, bo i tak śpiewali niczym Staszewski. Ponadto pierwszy z nich wzbudził aplauz żartując, że nigdy dotąd nie występował na trzeźwo; drugi zaś − witając się łamaną angielszczyzną. Wyszło zdecydowanie mało śmiesznie.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Tok Tok Tok - Revolution 69

119 05 2011 TokTokTok

BHM Productions GmbH 2010
Dystrybucja: ZYX Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k5

Covery przebojów The Beatles wykonują muzycy reprezentujący rozmaite style. Dlatego gdy kolejny wokalista bierze jakiś hit Lennona czy McCartneya na warsztat, rodzą się uzasadnione obawy, że nowa wersja nie dorówna oryginałowi. „With A Little Help From My Friends” w fenomenalnym „woodstockowym” wykonaniu Joe Cockera to tylko wyjątek od obowiązującej reguły. W przypadku „Revolution 69” obawy są tym bardziej uzasadnione, że grupa Tok Tok Tok cały program nowej płyty złożyła właśnie z piosenek The Beatles. „Come Together” na otwarcie wypadł przyzwoicie, chociaż trochę blado. Jakby wokalistka – Tokunbo Akinro – i towarzyszący jej instrumentaliści, z Mortenem Kleinem (saksofony, perkusja) na czele, sami niezbyt wierzyli, że dorównają czwórce z Liverpoolu. Potem jest różnie. Nieźle zabrzmiał „Taxman” Harrisona w lekkiej, jazzująco-funkowej oprawie. Głos wokalistki czaruje słuchaczy w bezpretensjonalnie podanym „I Will”. Trudno się oprzeć urokowi „She’s Leaving Home”, ale tylko kiedy śpiewa Akinro. Męska melodeklamacja w tym samym utworze zdecydowanie denerwuje. I tak można o każdym utworze.
Interpretacje Tok Tok Tok na pewno mają zalety. Jest w nich dużo przestrzeni. Mamy oszczędną oprawę instrumentalną, z ciepłym, delikatnym, a zarazem sugestywnym głosem wokalistki na pierwszym planie. Nie brakuje oryginalnych pomysłów, ale trudno dorównać Cockerowi.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Elvis Deluxe - Favourite State of Mind

119 05 2011 elvisDeluxe

Harmony 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Gdzieś na marginesie polskiego rocka działa kilka takich grup jak Elvis Deluxe. Nie pojawiają się w mainstreamowych mediach. Nie grają w wielkich klubach. Nie profilują się na „szerokiego odbiorcę”. A jednak warto zdawać sobie sprawę z ich istnienia, zwłaszcza jeśli ma się skłonności do muzyki charakternej i niesztampowej.
Twórczość Elvis Deluxe jest mocna niczym samogon, hałaśliwa jak rzężący silnik, surowa niby pustynna aura i naładowana gitarowymi przesterami jak ostatni krzyk podpalonego na scenie stratocastera Hednrixa. „Favourite State of Mind” wypełniają gitarowe riffy oraz mocna sekcja rytmiczna; to krzykliwe, to melodyjne wokale. Panowie sięgają zarówno po hard rock w odmianie cięższej („Break The Silence”), jak i bardziej przebojowej („Fade Away”), psychodelię („Out There”) i bluesa („The Apocalypse Blues”), co w sumie daje stylistykę określaną zwykle mianem „stoner rocka” – reprezentowaną choćby przez amerykańską formacją Kyuss. W tej kategorii Elvis Deluxe jest w Polsce wręcz bezkonkurencyjny, ale ich druga płyta udowadnia coś jeszcze: grupie nawet nie w głowie muzyczne kompromisy. Popartowa okładka to jedyne, co płyta ma wspólnego z tzw. „popem”. Reszta to szczery do bólu rockowy łomot!

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Iron & Wine - Kiss Each Other Clean

119 05 2011 IronWine

4AD 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Sympatyczny brodacz z gitarą akustyczną, wyglądający niczym muzyk folkowy i śpiewający w wokalnych harmoniach a la lata 60. i 70.? Na pierwszy rzut oka to anachronizm, jednak działającego od dekady na scenie muzyki niezależnej Sama Beama nie można sprowadzić do roli muzycznego reliktu.
Kompozycje z najnowszej płyty autorskiego projektu Iron & Wine Beam wzbogaca delikatną elektroniką i przeróżnymi efektami dźwiękowymi, nadającymi ich brzmieniu świeżość.
Sam zapewnia, że piosenki z „Kiss Each Other Clean” są „przyjazne radiu”. Rzeczywiście – pomysłowo zaaranżowane, melodyjne, miłe dla ucha, mają wszystko, co powinien zawierać dobry pop, nie popadając przy tym w typowy dla gatunku banał. Tempa utworów są przeważnie średnie. Przyspieszają w funkującym „Big Burned Hand” i bardziej rockowym „Your Fake Name Is Good Enough for Me”. Zwalniają w kameralnej balladzie „Godless Brother in Love”.
Jak przystało na muzykę tworzoną przez rodowitego Kalifornijczyka, zawartość „Kiss Each Other Clean” podnosi temperaturę powietrza o dobrych kilka stopni. Ciepłemu głosowi wokalisty i lirycznym tekstom prócz gitar towarzyszą okazjonalnie flety i saksofony, subtelne instrumenty klawiszowe i dzwonki. Bogata paleta pogodnych barw przekłada się na urzekającą atmosferę płyty.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 05/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF