HFM

artykulylista3

 

Baaba Kulka - Baaba Kulka

94-95 10 2011 baabaKulka

Mystic 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Już od kilku lat piosenkarka Gaba Kulka oraz panowie z jazzowej grupy Baaba łączą siły, by prezentować własne wersje utworów heavy metalowej formacji Iron Maiden. Ostatnio ta mieszanka muzycznych światów ukazała się na płycie kompaktowej oraz... na kasecie magnetofonowej! Retro nośnik nie jest tu zwykłą fanaberią: w końcu dla członków Baaby Kulki ten projekt to powrót do twórczości idoli z lat szkolnych i brzmień z czasów przenośnych odtwarzaczy.
Ale powrót bez nadmiaru nabożnej czci. Dziesięć, wcale nie najbardziej znanych piosenek Anglików posłużyło jako podstawa do zabawy i eksperymentów z formą. Album wypełnia mieszanka stylistyk (funky, dub, reggae, soul, jazz, rock, pop), bogate instrumentarium (gitary, syntezatory, dęciaki) oraz techniczny kunszt i poczucie humoru muzyków.
Oczywiście, sama myśl, by repertuar sędziwej heavy metalowej grupy zaaranżować zupełnie inaczej, nie jest szczególnie nowatorska. Sęk w tym, że zwykle bywa realizowana jako tzw. „muzyczny dowcip”, a tak określane projekty przeważnie nie są ani szczególnie dowcipne, ani ciekawe muzycznie. Baaba Kulka to zupełnie inna bajka! Kwintet daje upust swojej młodzieńczej fascynacji. Zaskakuje pomysłowością, a przy tym przednio się bawi. Tak powstają świetne płyty, a nie jedynie ciekawostki czy dowcipy muzyczne.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 10/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Greg Zlap - Air

94-95 10 2011 gregZlap

Free Soul Production 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

W telewizji roi się od programów, których prowadzący próbują znaleźć polskich wykonawców z szansą na międzynarodową karierę. Tymczasem okazuje się, że już tacy są. Przykładem Greg Zlap. Naprawdę nazywa się Grzegorz Szlapczyński. Jest wokalistą, a przede wszystkim wirtuozem harmonijki ustnej. Nie tylko z powodzeniem nagrywa i występuje z własnym zespołem, ale też współpracował z takimi gwiazdami, jak Johnny Hallyday, Eddy Mitchell i Murray Head. Ba, założył nawet szkołę gry na bluesowej harmonijce i wydaje własne podręczniki do nauki. Repertuar na „Air” to typowe folkowe-bluesowe brzmienia rodem z amerykańskiego Południa, chociaż wszystkie utwory pochodzą z kompozytorskiej teki Zlapa (jedynie angielskie teksty pomagał szlifować Johan Dalgaard). I może nawet nie byłoby specjalnie warto po nie sięgnąć – bo w końcu nie przewyższają oryginałów – gdyby nie harmonijka, na której nasz rodak gra rzeczywiście popisowo. Polecam zwłaszcza „How Deep Is Your Soul”. I żeby nie było, że mieszkający we Francji Szlapczyński zmienił nazwisko i zapomniał polskiego, mamy utwór „Niech popłyną łzy”. I mała ciekawostka. Do wybranych egzemplarzy „Air” dołączono bluesowe organki. Wprawdzie z moich trudno wydobyć dźwięk „h”, ale to fajny gadżet reklamowy.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Red Hot Chili Peppers - I’m With You

94-95 10 2011 redHotChiliPeppers

Warner Bros Records Inc 2011
Dystrybucja: Warner Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

„I’m With You” to pierwsza premierowa płyta Red Hot Chili Peppers od pięciu lat. Po odejściu w ubiegłym roku gitarzysty, Johna Frusciante, sympatycy grupy obawiali się o poziom nowego materiału. Jednak Flea, Chad Smith i charyzmatyczny frontman, Anthony Kiedis, nie zawiedli. Zwłaszcza że Johna zastąpił Josh Klinghoffer, który z gitarzystą Peppersów grał na jego solowych albumach. Może dlatego potrafił nawet lepiej wczuć się w stylistykę swojego poprzednika niż gitarzysta Jane’s Addition, James Navarro, zastępujący Frusciante na płycie „One Hot Minute” (1995).
W efekcie „I’m With You” to udana porcja muzyki. Nie dorównuje, co prawda, najlepszym albumom w dyskografii Red Hot Chili Peppers, ale też im zbytnio nie ustępuje. Na krążku zmieściło się aż 14 nagrań i większość może się podobać. Otwierające „Monarchy of Roses” zniechęciło mnie trochę niepotrzebnie przetworzonym wokalem, ale już „Factory of Faith” przypomina kompozycje z najlepszych czasów zespołu. Później poziom już się nie obniża, a zdarzają się też perełki. Świetna jest „Etiopia”; równie mocno kołysze „Annie Wants A Baby”. Flea i Chad Smith ponownie udowadniają, że tworzą jedną z najciekawszych sekcji rytmicznych we współczesnym rocku. Wydawca zwraca z kolei uwagę na „The Adventures of Rain Dance Maggie”. Radzę się jednak nie poddawać sugestiom i najlepszy numer wybrać samemu.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kate Bush - Director’s Cut

102-103 11 2011 directorsCut

Fish People 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

W żargonie filmowym terminem „Director’s Cut” określa się reżyserską wersję filmu. Często jest ona dużo bliższa jego autorskiej intencji niż obraz wypuszczony do kina przez wytwórnię.
Ostatni album Kate Bush ma być czymś analogicznym. Zawiera siedem zmontowanych na nowo i okraszonych nowymi partiami piosenek z płyty „The Red Shoes” oraz cztery z „The Sensual World”.
„Director’s Cut” Bush wynika jednak raczej z przyjętej po latach świeżej perspektywy niż z niezadowolenia z efektu nagrań. Wycięto z nich głównie charakterystyczne dla czasu powstania (198993) elementy: sztuczne brzmienie sekcji rytmicznej, pogłos i syntezatory. Również nowe linie wokalne z obniżonym głosem Bush nadają kompozycjom bardziej współczesny charakter.
Utalentowani muzycy pop często odchodzą od studyjnych wersji swoich utworów. Zazwyczaj jednak robią to po prostu w czasie koncertów. Niestety, niechęć Bush do występów scenicznych jest równie znana co jej perfekcjonizm. By tchnąć nowego ducha w stare nagrania, musiała ponownie wejść do studia. Efekt jest ciekawy, choć gdyby płyta z nowym materiałem nie była już tuż-tuż, „Director’s Cut” mogłaby rozczarować jako danie odgrzewane. Ale na kolejny krążek można czekać cierpliwe przy nowych wersjach znanych piosenek.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Moby - Destroyed

102-103 11 2011 moby

EMI 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k3

Choć z biegiem czasu muzyka Moby’ego straciła na nowatorskości, wciąż jest synonimem dobrego, inteligentnego popu. Niezależnie bowiem od zmian stylistycznych, amerykański muzyk przyzwyczaił słuchaczy do wysokiego poziomu swoich nagrań. Nie inaczej jest z „Destroyed” – może nie najlepszą pozycją w jego dyskografii, ale i nie rozczarowującą.
Płyta nie różni się znacznie od poprzedniczki. Mniej na niej jednak gitar, które ustąpiły miejsca instrumentarium elektronicznemu. Pojawiają się rytmy automatów perkusyjnych, dźwięki syntezatorów, przepuszczone przez procesory efektów kobiece wokale. Kilka razy śpiewa sam Moby, a prostsze w budowie piosenki równoważy kompozycjami instrumentalnymi.
Album powstawał, gdy Moby był w trasie i w bezsenne noce przyglądał się panoramom pustych i obcych metropolii. „Czułem się, jakbym był jedynym żywym człowiekiem w wymarłym mieście” – relacjonuje. Rzeczywiście, „Destroyed” idealnie oddaje atmosferę surowej industrialnej przestrzeni. Dopełniają ją zdjęcia z książeczki. Przedstawiają hotelowe korytarze, lotniskowe poczekalnie, bloki. To również robota Moby’ego. Jego dziesiąta płyta jest więc spójna w warstwie muzycznej i graficznej oraz przepełniona atmosferą niepokojącej wielkomiejskiej pustki.
Jak na „muzykę taneczną” to całkiem dobry krążek do słuchania. Najlepiej nocą.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy

102-103 11 2011 myslovitz

EMI 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Pierwsze wrażenie z nowej płyty Myslovitz jest bardzo korzystne. Ponura i estetyczna okładka „Nieważne jak wysoko jesteśmy” jest równie klimatyczna co rozpoczynająca album pięcioipółminutowa „Skaza”. Rozwijająca się powoli, aż do poziomu efektownego gitarowego hałasu kompozycja okazuje się jednak najlepszym elementem ostatniego dzieła Artura Rojka i spółki. Dalej mamy już tylko ciąg pomniejszych dołków i górek.
Nijakie i umykające z pamięci piosenki, jak „Art Brut” czy singlowe „Ukryte”, to jeden typ dołków. Drugi reprezentuje – tym razem zapadająca w pamięć, ale ze względu na koszmarne quasi-punkowe brzmienie, głos Rojka i głupawy tekst – kompozycja „Ofiary zapaści teatru telewizji”.
Do górek można zaliczyć balladowy „Przypadek Hermana Rotha” czy – podobnie jak „Skaza” fajnie się rozwijający – „Blog filatelistów polskich”.
Takie przeplatanie dobrych i złych piosenek pozostawia słuchacza z niejednoznacznym odczuciem. Wydaje się, że Myslovitz potrafi robić dobrą, wartościową muzykę, ale obniża jej poziom, starając się dostosować do radiowych standardów i singlowych wymogów. Gdyby odważniej trzymał się stylistyki z pierwszego utworu, płyta byłaby znacznie lepsza. Może nie doceniłyby tego stacje radiowe, ale wnikliwsi słuchacze – z pewnością tak.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 11/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF