HFM

artykulylista3

 

Death Angel - The Evil Divide

cd122016 006

Nuclear Blast 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Dzięki swoim najnowszym wydawnictwom Death Angel wysuwają się na czoło stawki tradycyjnych kapel thrash metalowych. Pomimo braku większych innowacji, począwszy od „The Art Of Dying” zespół utrzymuje wysoki poziom. „The Evil Divide” to kontynuacja tej drogi. Muzycy nie mieli zamiaru mieszać w tradycyjnej formule. Siła albumu leży więc w jakości kompozycji i wykonania. Gitarowe riffy zapadają w pamięć i ukazują wspaniałe umiejętności techniczne wykonawców. Utwory, choć niezbyt odkrywcze, nie stoją w miejscu ani nie powodują ziewania. Znajdziemy tu typowe, pędzące na złamanie karku, kompozycje, które przypominają o punkowych korzeniach gatunku. Do tego stonowane, melodyjne ballady i utwory skupione na popisach technicznych lub solówkach. Zamiast powtarzać te same zagrywki, gitarzyści starają się wzajemnie uzupełniać. Basista nie chowa się w cieniu, lecz dorzuca od siebie ciekawe motywy albo podsuwa godne uwagi linie basowe. Czyste nagranie należycie podkreśla jakość wykonania i zwraca uwagę na atuty zespołu. Ścieżki się nie zlewają, a brzmienie pozostaje przejrzyste. Death Angel prezentują tu szczyty możliwości tradycyjnego thrashu. Trudno byłoby uzyskać lepsze rezultaty bez istotnych ingerencji w konwencję.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Black Crown Initiate - Selves We Cannot Forgive

cd122016 011

Long Branch 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Black Crown Initiate debiutowali albumem „Song Of The Crippled Bull”, który szturmem zdobył serca krytyków. Następnie podtrzymali poziom płytą „The Wreckage Of Stars”, a teraz nadszedł czas, by swoim najnowszym wydawnictwem sięgnęli również po sukces komercyjny. Pomóc może złagodzenie brzmienia, które zdecydowanie wyszło grupie na dobre. Na „Selves We Cannot Forgive” muzycy jedynie lekko zwiększyli ilość czystych wokali, lecz znajdziemy tu zdecydowanie więcej spokojnych, nastrojowych fragmentów. Zespół potrafi należycie użyć potęgi death metalu, ale położenie większego nacisku na melodyczno- klimatyczną warstwę kompozycji sprawiło, że stały się one o wiele bardziej zróżnicowane i zaskakujące. Przeskakując między nastrojami, Black Crown Initiate stale utrzymują uwagę słuchaczy, skutecznie broniąc się przed monotonią. Przeplatając śpiew partiami perkusyjnymi przypominającymi serie z karabinu oraz agresywnymi zagrywkami gitarowymi stworzyli interesujące połączenia. Nie tylko budzą one uznanie, ale także zapadają w pamięć na tyle mocno, że chce się do nich wracać. Black Crown Initiate dali kolejny dowód, że czeka ich wielka przyszłość na scenie progresywnego death metalu. Wszyscy fani tego gatunku powinni sięgnąć po ich najnowszą płytę

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Beth Hart - Fire on the Floor

cd122016 020

Mascot Music 2016
Dystrybucja Mystic Production

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Hart to wokalistka z ikrą. Mogliśmy się o tym przekonać, kiedy występowała w Polsce. Wykonała wtedy nawet utwór „Whole Lotta Love” z repertuaru Led Zeppelin. Niedawno występowała z mistrzem gitary Joe Bonamassą i także wymiatała. Premierowa płyta potwierdza, że i bez znanych współpracowników oraz w autorskim repertuarze Hart radzi sobie wzorowo. Ogień w tytule krążka zapowiada sporo dynamiki. Rzeczywiście jest ona obecna, lecz nieczęsto. Album zaczyna się zupełnie nieoczekiwanym dla Hart utworem „Jazz Man”. Tytuł mówi sam za siebie, więc nie będę się zagłębiał w stylistyczne niuanse. Z kolei drugie nagranie, przynajmniej na początku, jest dalekie od kojarzącego się z piosenkarką rockowego repertuaru. Dominuje raczej klimat R&B. W „Let’s Get Together” pojawia się skoczna melodia, jakby do odpoczynku przy drinkach z parasolką w nadmorskim barze. Dopiero w „Fat Man” słychać rockowy riff. Dalej dominują spokojniejsze klimaty, a piosenka finałowa jest już zupełnie melancholijna. W sumie świetny album, o ile komuś nie przeszkadza, że wykonawczyni złagodniała.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Barrelhouse Chuck - Remembering The Masters

cd122016 022

The Sirens Records 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Urodzony w Ohio pianista i wokalista bluesowy Barrelhouse Chuck pierwsze kroki na scenie stawiał pod okiem takich znakomitości, jak Sunnyland Slim i Pinetop Perkins. Od lat mieszka w Chicago i koncertuje z tamtejszymi animatorami bluesa. Na „Remembering The Masters” towarzyszy mu wieloletni współpracownik Billy Flynn. Albumem tym Barrelhouse Chuck oddaje hołd swym mistrzom, doskonale interpretując tematy m.in. J. B. Lenoira, Floyda Jonesa czy Irvinga Berlina. Wykonuje też autorskie kompozycje, utrzymane w konwencji klasycznego chicagowskiego bluesa. Słuchając albumu, chwilami trudno uwierzyć, że nagrania powstały w drugiej dekadzie XXI wieku. Charakterystyczny styl gry, stylowy głos i wokalna maniera plus archaicznie brzmiące partie gitary składają się na porażający efekt. Własne kompozycje pianisty stapiają się z historycznymi bluesami, tworząc znakomitą całość. To wyśmienity, iście mistrzowski recital w starym tylu! Dobrze, że są jeszcze artyści, którzy pozostają wierni bluesowej tradycji. Dzięki nim albumy takie jak ten stanowią ponadczasowy dokument chicagowskiego dziedzictwa.

Robert Ratajczak
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Chelsea Grin - Self Inflicted

cd122016 024

Rise 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Gdy do Chelsea Grin dołączył były gitarzysta Born Of Osiris – Jason Richardson, muzyka zespołu wyraźnie się poprawiła. Ich poprzedniego albumu można było słuchać z przyjemnością. Niestety, od kiedy muzyk odszedł z kapeli, poziom zdecydowanie się obniżył. Poprzednia płyta zespołu spotkała się z mieszanym przyjęciem. Dotychczasowi fani, przyzwyczajeni do prostoty i masywności brzmień, zostali przytłoczeni pojawieniem się treści. Okazuje się, że malkontenci osiągnęli sukces. Zamiast kontynuować zmiany na lepsze, zespół dał za wygraną i wrócił do prymitywnych riffów na pojedynczych strunach, bardziej złożone zagrywki zachowując na wyjątkowe okazje. Przez porażającą większość „Self Inflicted” jesteśmy więc karmieni sztampowymi motywami deathcore’owymi. Monotonia dominuje tak wyraźnie, że trudno stwierdzić, kiedy dokładnie zaczyna się breakdown, a kiedy refren czy zwrotka. Wszystko zlewa się w banalną, nużącą papkę, z której jedynie z rzadka wyłania się coś wartego uwagi. Ci, którzy mieli nadzieję, że kolejny przedstawiciel deathcore’u dołączy do grona zespołów, na których albumy warto czekać, muszą się obejść smakiem.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Jeff Beck - Loud Hailer

cd092016 008

Atco 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Jeff Beck znów w dobrej formie. Angielski muzyk stawiał pierwsze kroki na scenie w latach 60. XX wieku. Grał wówczas w formacji Yardbirds, a później stworzył własny zespół, z Rodem Stewartem na wokalu. Gitara Becka podbiła świat. Od tamtej pory wszystkie jego nagrania witane są z zainteresowaniem. Beck potrafi grać – wiedzą o tym melomani, krytycy muzyczni oraz inni artyści, którzy chętnie z nim współpracują. Roger Waters zaprosił gitarzystę, aby ten ubarwił jego album „Amused To Death”. Efekt okazał się fantastyczny! „Loud Hailer” to kawał fachowej roboty. Wprawdzie trafiło się parę mniej udanych kompozycji, jak choćby otwierająca „The Revolution Will Be Televised” czy „Pull It”, ale są one tylko nieznacznie słabsze od reszty. Cały materiał jest wysokiej próby i zawiera mnóstwo perełek. Wyróżnia się zwłaszcza „Scared for the Children”. Utwór w starym stylu, ale nowocześnie podany. Beck gra popisowo, a melodia wciąga. Rosie Bones w roli wokalistki radzi sobie świetnie. Zresztą, nie tylko w tym utworze. Nagranie „Ballad of the Jersey Wives” także robi wrażenie. Nowy krążek Becka to gratka dla miłośników rockowej gitary i amatorów kobiecego śpiewania w stylu R&B.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF