HFM

artykulylista3

 

Red Hot Chili Peppers - The Getaway

cd112016 018

Warner Bros. Records 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Red Hot Chili Peppers pojawili się na scenie Los Angeles w 1983 roku. Od tego czasu pozostają wierni rockowi z dużą dawką funku i elementami reggae. Jedenasty krążek studyjny amerykańskiego kwartetu nie przynosi stylistycznej rewolucji. Zapewne dlatego, że w składzie pozostaje trzech stałych członków formacji. Oprócz założycieli – Anthony’ego Kiedisa (wokal) i Michaela Petera Balzary’ego, znanego pod pseudonimem Flea (bas) – nadal słyszymy grającego z nimi od 1989 roku Chada Smitha (perkusja). Jedynie poprzedniego gitarzystę, Johna Frusciante, zastąpił w 2009 roku Josh Klinghoffer. Program rozpoczyna dobrze brzmiący, podany z właściwą dla RHCP energią, utwór tytułowy. Moim zdaniem to właśnie on, a nie wydane na singlu „Dark Necessities”, powinien promować album. Ale może charakterystyczna dla grupy partia gitary basowej zadecydowała o takim wyborze? Album jest bardzo typowy dla RHCP, dość równy pod względem poziomu nagrań, za co muzykom należy się pochwała. Niełatwo wybrać najlepsze kawałki. Na razie stawiam na melodyjny „Sick Love”, który akurat najbardziej odbiega od znanej stylistyki. No cóż, po 33 latach estradowej aktywności trudno o krążek dorównujący albumowi „Blood Sugar Sex Magik” (1991).

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 11/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Avalanches - Wildflower

cd112016 017

XL Recordings 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Wydaje się, że dzięki postępowi techniki coraz łatwiej zrealizować album i uzyskać na nim dobry, niekiedy audiofilski dźwięk. Nie brakuje jednak wykonawców, którzy wciąż starają się grać jak dawniej. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jedynie powielali stare klimaty. Tylko że, nie wiedzieć czemu, próbują przypominać stare brzmienia, jakby nowe techniki realizacji ich nie bawiły. Imitują dawne niedoskonałości mikrofonów i dogrywają charakterystyczne trzaski, znane z czarnych płyt. Przykładem omawiany longplay „Wildflower”. Do celów recenzji celowo użyłem archaicznego nośnika winylowego, mimo że w sklepach album pojawił się również na kompakcie. Zrobiłem to, ponieważ nawet na CD nie ma ucieczki od umyślnie dogranych trzasków. A sama muzyka? Też taka z dawnych lat. Coś między Radiem Luxembourg a ścieżką dźwiękową do reklamy płatków owsianych. Ta ostatnia najwyraźniej chodzi muzykom po głowie – wystarczy posłuchać nagrania tytułowego. Ale jeśli ktoś lubi eksperymenty, ma ich w zestawie „Wildflower” aż 21. Na finał jest nawet sobotnia melodeklamacja („Saturday Night Inside Out”).

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 11/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Katatonia - The Fall Of Hearts

cd122016 013

Peaceville 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Łagodząc brzmienie, warto pamiętać, by nie odrzucić oryginalnej agresji i nie zawęzić sobie horyzontów. Słuchając „The Fall Of Hearts”, można odnieść wrażenie, że Katatonia straciła czujność i zapuściła się w obszary artystycznego minimalizmu. Usłyszymy sporo prób budowania nastroju i bogatą paletę brzmień, jednak czasem brakuje motywów przewodnich, które rozwijałyby kompozycje w określonym kierunku. Dopiero kiedy muzycy łączą nastrojowe klimaty z potężnymi metalowymi riffami, doskonale widać, dlaczego odnieśli tak wielki sukces. Operując kontrastami, Katatonia osiąga o wiele lepsze rezultaty. Nawet najbogatsze tło nie jest w stanie obyć się bez porządnego riffu, który interesującym barwom nada wyrazisty kontur. W założeniu to wokale Jonasa Renske miały skupiać na sobie uwagę słuchacza. Niestety, dynamika głosu nie robi specjalnego wrażenia. Większość motywów jest śpiewana w bardzo podobny sposób i bez większych emocji; niekiedy nawet niebezpiecznie ociera się o melorecytację. Najnowszy album Katatonii nie przemówi do każdego. Słychać, że nagrali go bardzo dobrzy muzycy, lecz jest skierowany raczej do fanów oszczędnego grania.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kvelertak - Nattesferd

cd122016 014

Roadrunner 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Kvelertak znaleźli na siebie świetny pomysł. Może nie całkiem oryginalny, bo w końcu na połączenie punku, rocka i black metalu wpadł wcześniej Darkthrone, lecz dopiero Kvelertak dopracowali tę formułę. Piosenki na „Nattesferd” dzielą się na te bardziej rockowe oraz ostrzejsze, które wyraźniej ocierają się o metal. W pierwszych główną atrakcją są świetne, chwytliwe riffy, przywodzące na myśl zespoły takie jak Thin Lizzy. W drugich zaczyna dominować agresja. I trzeba powiedzieć, że te pierwsze wypadają zauważalnie lepiej. Muzycy mieli wiele ciekawych pomysłów na klimatyczne, klasycznie brzmiące zagrywki oraz spokojniejsze przerywniki. Z kolei utwory, w których wrzucają do kompozycji blasty oraz tremolo, wydają się wciśnięte na siłę i bez polotu. Z tego względu płyty najlepiej słucha się we fragmentach. Zespół zdecydowanie przyciąga uwagę, kiedy zaczyna grać, tak jak potrafi najlepiej. Najnowsze wydawnictwo Kvelertak to kawał interesującego materiału, nawet jeśli nie wszystko zostało w nim w stu procentach dopracowane. Każdy fan rocka, który czuje się na siłach zmierzyć z odrobiną ekstremalnego metalu, powinien sięgnąć po ten album

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Lacuna Coil - Delirium

cd122016 015

Century Media 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Stało się niemal regułą, że zespoły gothic metalowe z każdą kolejną płytą zbliżają się do radiowego pop rocka z żeńskimi wokalami. Każdy album, który robi krok w przeciwną stronę, jest pozytywnym zaskoczeniem. Twórcy „Delirium” prawdopodobnie posłuchali głosów krytyki i dzięki temu otrzymaliśmy album znacznie ostrzejszy, przypominający o metalowych korzeniach Lacuna Coil. Gitarowe riffy wysuwają się tu na pierwszy plan i tylko z rzadka dają się sprowadzić do roli akompaniamentu. Również wokale Andrei Ferro znacznie się poprawiły. Tym razem skoncentrował się na krzykach, a melodyjne partie zostawił, jak zwykle świetniej, Cristinie Scabbii. Cieszy obecność elektroniki, która przyjemnie urozmaica brzmienie. Dzięki temu do muzyki Lacuna Coil powrócił zagubiony wcześniej balans pomiędzy ciężarem muzyki, chwytliwymi motywami a bardziej nastrojowymi fragmentami. Mimo tych wszystkich zmian nadal jest miejsce na poprawki. Schematy kompozycji wciąż nie są zbyt wyszukane i nie znajdziemy tu jakichś przełomowych pomysłów. Riffy gitarowe, choć odgrywają większą rolę niż wcześniej, można by jeszcze dopracować i rozwinąć. „Delirium” to jednak z pewnością jedna z najciekawszych rzeczy, jakie Lacuna Coil zaproponowali od lat.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Yuna - Chapters

cd122016 003

Verve 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Urodzona w Malezji 30-letnia Yuna ma na koncie kilka albumów i prawie tyle samo nagród przyznanych jej w ojczyźnie za osiągnięcia artystyczne. „Chapters” to jej trzeci międzynarodowy krążek (pierwszy, bez tytułu, ukazał się w 2012 roku). Wprawdzie nagrany dla Verve, ale z jazzem nie ma nic wspólnego. Słyszymy zestaw delikatnych piosenek, w dużej mierze opartych na instrumentach elektronicznych. Bohaterka przedsięwzięcia sprawnie sobie radzi z partiami wokalnymi i lubi operować w wysokich rejestrach. Mimo to niczym szczególnym się nie wyróżnia. Repertuar także okazuje się zaledwie poprawny, bez przesadnie atrakcyjnych melodii czy aranżacyjnych fajerwerków. Owszem, trafiło się kilka ciekawszych numerów, ale by je wyłowić, trzeba przesłuchać album kilka razy. Sympatycznie kołysze „Crush”; „Unrequited Love” i otwierający „Mannequin” też mają coś w sobie. Program został profesjonalnie opracowany i sprawnie nagrany. Na późne wieczorne chwile będzie w sam raz. Sęk w tym, że podobnych w klimacie płyt nie brakuje. Jeżeli akurat po kolacji nie zamierzamy się wsłuchiwać w niuanse brzmieniowe, tylko potrzebujemy nastrojowego tła, „Chapters” będą w sam raz.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF