HFM

artykulylista3

 

In Flames - Battles

cd042017009

Nuclear Blast 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Dotychczas nowe albumy In Flames zaliczały regularne wahania jakości. Właśnie dlatego można było oczekiwać, że co drugi będzie co najmniej przyzwoity. Ta reguła pozwalała przypuszczać, że po nadzwyczaj nieciekawym „Siren Charms” zespół wróci do formy. Niestety, tak się nie stało. Wprawdzie początek „Battles” nastraja pozytywnie, lecz już po chwili czar prześwitujących tu i ówdzie solidnych zagrywek gitarowych oraz ciekawych wstawek elektronicznych pryska. Ustępują miejsca przesłodzonym, prymitywnym refrenom oraz schematycznym kompozycjom, jakby napisanym z myślą o emisji w radiu. Album jest swego rodzaju połączeniem obiecujących motywów, które przypominają o dawnej świetności zespołu, z nieprzekonującymi próbami dotarcia do możliwie najszerszego kręgu odbiorców. Znajdziemy tu morze zmarnowanego potencjału, intrygujących zagrywek, które nigdy nie doczekają się rozwinięcia, świetnych solówek, opakowanych z obu stron wokalami, mającymi w sobie zbyt wiele „magii studia”, czy wreszcie solidnych motywów, wbitych na siłę w nijakie, miałkie ballady. In Flames z pewnością nie stracili talentu. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że niespecjalnie wiedzą, co z nim zrobić. A może po prostu nie chce im się wkładać w twórczość pracy, która pozwoliłaby należycie rozwinąć dobre pomysły? n

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Bruno Mars - XXIVK Magic

cd042017014

Atlantic Recording Corporation 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

„XXIVK Magic” to synth-pop z odcieniem R&B. Królowie umarli, niech żyje król! Może to opinia na wyrost, bo zarówno Prince, jak i Michael Jackson mieli na koncie lepsze płyty. Jednak do „XXIVK Magic” trudno zgłosić zastrzeżenia. Szkoda jedynie, że zabrakło na nim prawdziwej orkiestry i popisowej elektrycznej gitary, którą oprawiał swoje piosenki autor „Purple Rain”. Ale przecież to, czy słychać prawdziwe smyczki i perkusję, czy tylko ich syntezatorowe podróbki, nie jest aż tak istotne; większość słuchaczy takich niuansów nie wyłapie. Ważny jest efekt, a ten w przypadku „XXIVK Magic” okazuje się całkiem atrakcyjny. Melodie łatwo wpadają w ucho; aż żal, że jest ich tylko dziewięć. Wokalne interpretacje także są bez zarzutu. Pozytywne wrażenie robią zarówno rytmiczne kawałki, z utworem tytułowym na czele, jak i miłosne ballady, z których wyróżnia się „Versace On The Floor”. Bruno Mars pokazał, że w czasach dominacji monotonnego niekiedy hip- -hopu można porwać słuchaczy chwytliwymi melodiami. Jego nagrania sprawdzą się też do tańca, bo nie brakuje im klubowej energii. Jeżeli ktoś nie wierzy, wystarczy włożyć krążek do odtwarzacza lub wykupić streaming.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Rolling Stones - Blue & Lonesome

cd042017007

Promotone B.V. 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Długo się zastanawiałem, czy najwyższa nota dla „Blue & Lonesome” jest uzasadniona. Raz, że repertuar nieautorski; a dwa – ze względu na fakt, że Stonesi mają w dorobku trudne do przebicia albumy, takie jak „Sticky Fingers” czy „Exile On Main Street”. Ale niech tam! Najstarsza i chyba najlepsza, przynajmniej z obecnie aktywnych, rockowa kapela wzięła na warsztat kompozycje bluesowych mistrzów. Tym samym wraca do swoich początków, kiedy wykonywała podobne utwory, zanim jeszcze Jagger i Richards odkryli w sobie talent twórczy. Płyta powstała w ciągu kilku dni i została zarejestrowana głównie na 100 %, czyli bez większych dogrywek i poprawek. Efekt jest rewelacyjny! Jagger pokusił się o dłuższe partie na harmonijce ustnej, przypominając, że świetnie sobie radzi nie tylko w roli wokalisty. Legendą obrosły opowieści o tym, jak Eric Clapton, nagrywający w studiu obok, odwiedził Stonesów, a ci zaprosili go do współpracy. Wydawało się, że po takim szumie wokół sprawy słynny Slowhand będzie obecny w kilku nagraniach, ale słychać go tylko w jednym. Jego gra na „Blue & Lonesome” to bardziej ciekawostka niż poważny wkład w zawartość muzyczną, ale i tak miło posłuchać. Zresztą i bez niego Stonesi z historycznymi bluesami radzą sobie fantastycznie.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Within The Ruins - Halfway Human

cd042017006

E1 Music 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Within The Ruins podchodzą do produkcji swoich płyt inaczej niż większość zespołów metalowych. Kiedy wielu twórców stara się uzyskać brzmienie znane z występów na żywo, oni swój charakter zbudowali na efektach gitarowych, nadludzkich umiejętnościach obsługi kill-switcha czy rozmaitych sztuczkach, w rodzaju przerzucania pojedynczych dźwięków między kanałami. Takie podejście wyniosło ich do ścisłej czołówki progresywnego metalcore’u. W „Halfway Human” postanowili jednak nieco spuścić z tonu i urozmaicić swą muzykę na kilka nowych sposobów. Oczywiście, niektóre riffy wciąż przypominają partie keyboardu, jednak tym razem manipulacje dźwiękiem nie stanowią głównej osi kompozycji. W to miejsce wchodzą wirtuozerskie popisy wykonawców. Po raz pierwszy w historii zespołu obok growli słychać czysty śpiew. Choć tego typu wokale nie pojawiają się często i ograniczają się raczej do roli chórków, to przyjemnie urozmaicają brzmienie. Dzięki nim już i tak bogate, niebanalne kompozycje zyskują nowe barwy. Po tę płytę powinni sięgnąć wszyscy, których intryguje fakt, że sposób realizacji jest traktowany na równi z partiami instrumentalnymi. Ale także zwykli fani ciężkiego metalu nie będą zawiedzeni.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Metallica - Hardwired… To Self-Destruct

cd032017 001

Blackened 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Nie da się ukryć, że złote lata Metalliki minęły. Po jednym z największych niewypałów w historii metalu – albumie „Lulu” – zespół musiał udowodnić światu, że nie jest z nim aż tak źle. Wpadka wyraźnie zniechęciła muzyków do eksperymentów. W „Hardwired…” wybrali bezpieczne podejście do kompozycji, prostotę oraz brak udziwnień. Metallica stara się pokazać, że wciąż jest w stanie nagrać porządny album. Riffy gitarowe nie porażają złożonością, lecz ich tradycyjne, ostre brzmienie oraz chwytliwość okazują się asem w rękawie. Uzupełniający tę mieszankę niepowtarzalny wokal Jamesa Hetfielda sprawia, że nie otrzymujemy może muzyki wybitnie zajmującej, ale na pewno solidną płytę, której można wybaczyć nawet dość sztampowe partie perkusyjne czy brak imponujących popisów instrumentalnych. Jedynym, co naprawdę daje się we znaki, jest przesadzona długość kompozycji, przez którą momentami można przysnąć. Delikatny fitness wyszedłby albumowi na dobre. Metallica osiągnęła swoje zamierzenia, choć jej najnowszemu wydawnictwu sporo brakuje do świetności. Najważniejsze jednak, że udało się odwrócić szkody spowodowane przez „Lulu”.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 03/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Avenged Sevenfold - The Stage

cd032017 005

Capitol 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

„The Stage” sprawił niespodziankę na wielu poziomach. Wydany bez zapowiedzi, stanowi duże zaskoczenie także w warstwie muzycznej. Mimo że Avenged Sevenfold byli od lat wkładani do tej samej szuflady, co wyraźnie słabsze Bullet For My Valentine czy Trivium, to tym albumem udowodnili, że w swojej kategorii lokują się o klasę wyżej niż konkurencja. Grupy oscylujące pomiędzy hard rockiem i metal core’em rzadko potrafią uzyskać różnorodność brzmienia, jednak właśnie ona jest motywem przewodnim najnowszego wydawnictwa Avenged Sevenfold. Poza rozwiązaniami typowymi dla gatunku, znajdziemy tu takie smaczki, jak dźwięki instrumentów dętych, bluesowe ballady, wpływy progresywne, chór, orkiestrę, elektronikę i co tylko jeszcze przyszło muzykom do głowy. To najlepsza płyta zespołu od czasu „City of Evil”, a może nawet w całej jego karierze. Niestety, znajdzie się też parę wad. Muzycy, zachwyceni natłokiem pomysłów, niepotrzebnie przeciągnęli niektóre kompozycje. Problem stanowi także nierówny poziom realizacji. O ile, gdy aranżacja gęstnieje, nagranie otwiera przed nami pokaźną przestrzeń, to już tak podstawowe elementy jak gitary potrafią brzmieć głucho. Mimo drobnych niedociągnięć warto sięgnąć po „The Stage”. To przystępny metal w świetnym wydaniu.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 03/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF