HFM

artykulylista3

 

Cigarettes After Sex - Cigarettes After Sex

cd052017 011

Partisan Records 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Trudno ostatnio o muzyczną niespodziankę, ale w końcu się trafiła. Jest nią, pochodzący z teksańskiego miasta El Paso, zespół Cigarettes After Sex, a dokładnie lider tej kapeli i wokalista – Greg Gonzalez. Gonzaleza wyróżnia głos. Kiedy po raz pierwszy słuchałem debiutanckiej płyty zespołu, byłem przekonany, że śpiewa kobieta. Dopiero kiedy zapoznałem się z informacjami na temat grupy, dowiedziałem się, jak jest naprawdę. Gonzales nie tylko dysponuje żeńskim głosem, ale też potrafi interpretować swoje piosenki w iście kobiecy sposób. Już choćby z tego względu warto płyty posłuchać. Niektóre nagrania mogą się początkowo wydać odrobinę monotonne, ale z każdym przesłuchaniem zyskują. Mają nieco dekadencki nastrój, współgrający z lekką, melodyjną warstwą muzyczną. Łatwo się do nich przekonać i docenić wartość prezentowanego przez grupę repertuaru. Głos Gonzaleza wydaje się jeszcze bardziej nienaturalny, kiedy oglądamy wokalistę na scenie. Nosi bowiem brodę i wąsy, co w zestawieniu z niecodzienną barwą wokalu robi piorunujące wrażenie. Nie wiem, czy zespół zawita do Polski, ale fragmenty jego koncertów można obejrzeć w internecie. Dzięki portalom muzycznym formacja zdobyła rozgłos na długo przed ukazaniem się debiutanckiego albumu.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 05/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Dillinger Escape Plan - Dissociation

cd042017010

Party Smasher 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Zapowiedzi „Dissociation” towarzyszyła także zła nowina – to ostatni album The Dillinger Escape Plan. Końcowy rozdział w dorobku wizjonerów chaotycznego, dysonującego, lecz także niezwykle innowacyjnego metalu musiał być wyjątkowy. Fanów zespołu z pewnością ucieszy wiadomość, że i tym razem mogą się spodziewać zaskoczeń. Zabawa z rytmem i gryzące uszy dysharmonie przeplatają się z delikatnymi elementami jazzowymi, nastrojową elektroniką oraz chwytliwymi refrenami. Huśtawka nastrojów przybiera tu monstrualne rozmiary. Tempo zmienia się przy każdej okazji, a gatunki, do jakich zespół nawiązuje, to metal symfoniczny, dark ambient czy nawet dalekowschodni folk. Mamy do czynienia z mistrzowską umiejętnością operowania kontrastem oraz jednym z najlepszych przykładów zorganizowanego chaosu w muzyce. To genialne szaleństwo z całą pewnością nie przypadnie do gustu wszystkim, lecz wielbiciele bardziej ekstremalnych odmian metalu będą zachwyceni. „Dissociation” to świetne podsumowanie kariery jednego z najbardziej nieszablonowych zespołów w historii gatunku. The Dillinger Escape Plan odchodzą w wielkim stylu, co tylko potęguje poczucie straty.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Devin Townsend - Project Transcendence

cd042017012

InsideOut 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Devin Townsend nie ma zwyczaju trzymać się określonej konwencji dłużej niż przez jeden album. Właśnie dlatego na każde jego wydawnictwo czeka się z zapartym tchem. Tym razem twórca zapuszcza się w rejony klimatycznej progresywy. Wielbiciele pogłosu, przestrzennych brzmień oraz spokojnych melodii będą wniebowzięci, choć na tych elementach zabawa wcale się nie kończy. Na pierwszy rzut oka kompozycje nie wydają się szczególnie złożone, jednak wystarczy przysłuchać się uważniej, by stwierdzić, że kompozytor sporo ukrył za pierwszym planem. Sekcja rytmiczna nigdy nie zadowala się najprostszymi rytmami, a dalsze plany skrywają prawdziwe bogactwo brzmień. Wszystkie kompozycje są na swój sposób wyjątkowe. Gitarowe solówki, rozbudowane zagrywki, potężniejsze akcenty, szaleństwo keyboardu czy chwytliwe motywy sprawiają, że album na pewno szybko się nie znudzi. Przeciwnie, dzięki swojej różnorodności „Transcendence” zyskuje przy każdym odtworzeniu. Warto także zainwestować w edycję zawierającą dysk bonusowy, na którym Townsend pozwolił sobie na bardziej ryzykowne eksperymenty. Najnowsze dzieło Devina bez problemu trafi do fanów jego spokojniejszej, nastrojowej twórczości.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

In Flames - Battles

cd042017009

Nuclear Blast 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Dotychczas nowe albumy In Flames zaliczały regularne wahania jakości. Właśnie dlatego można było oczekiwać, że co drugi będzie co najmniej przyzwoity. Ta reguła pozwalała przypuszczać, że po nadzwyczaj nieciekawym „Siren Charms” zespół wróci do formy. Niestety, tak się nie stało. Wprawdzie początek „Battles” nastraja pozytywnie, lecz już po chwili czar prześwitujących tu i ówdzie solidnych zagrywek gitarowych oraz ciekawych wstawek elektronicznych pryska. Ustępują miejsca przesłodzonym, prymitywnym refrenom oraz schematycznym kompozycjom, jakby napisanym z myślą o emisji w radiu. Album jest swego rodzaju połączeniem obiecujących motywów, które przypominają o dawnej świetności zespołu, z nieprzekonującymi próbami dotarcia do możliwie najszerszego kręgu odbiorców. Znajdziemy tu morze zmarnowanego potencjału, intrygujących zagrywek, które nigdy nie doczekają się rozwinięcia, świetnych solówek, opakowanych z obu stron wokalami, mającymi w sobie zbyt wiele „magii studia”, czy wreszcie solidnych motywów, wbitych na siłę w nijakie, miałkie ballady. In Flames z pewnością nie stracili talentu. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że niespecjalnie wiedzą, co z nim zrobić. A może po prostu nie chce im się wkładać w twórczość pracy, która pozwoliłaby należycie rozwinąć dobre pomysły? n

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Bruno Mars - XXIVK Magic

cd042017014

Atlantic Recording Corporation 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

„XXIVK Magic” to synth-pop z odcieniem R&B. Królowie umarli, niech żyje król! Może to opinia na wyrost, bo zarówno Prince, jak i Michael Jackson mieli na koncie lepsze płyty. Jednak do „XXIVK Magic” trudno zgłosić zastrzeżenia. Szkoda jedynie, że zabrakło na nim prawdziwej orkiestry i popisowej elektrycznej gitary, którą oprawiał swoje piosenki autor „Purple Rain”. Ale przecież to, czy słychać prawdziwe smyczki i perkusję, czy tylko ich syntezatorowe podróbki, nie jest aż tak istotne; większość słuchaczy takich niuansów nie wyłapie. Ważny jest efekt, a ten w przypadku „XXIVK Magic” okazuje się całkiem atrakcyjny. Melodie łatwo wpadają w ucho; aż żal, że jest ich tylko dziewięć. Wokalne interpretacje także są bez zarzutu. Pozytywne wrażenie robią zarówno rytmiczne kawałki, z utworem tytułowym na czele, jak i miłosne ballady, z których wyróżnia się „Versace On The Floor”. Bruno Mars pokazał, że w czasach dominacji monotonnego niekiedy hip- -hopu można porwać słuchaczy chwytliwymi melodiami. Jego nagrania sprawdzą się też do tańca, bo nie brakuje im klubowej energii. Jeżeli ktoś nie wierzy, wystarczy włożyć krążek do odtwarzacza lub wykupić streaming.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

The Rolling Stones - Blue & Lonesome

cd042017007

Promotone B.V. 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Długo się zastanawiałem, czy najwyższa nota dla „Blue & Lonesome” jest uzasadniona. Raz, że repertuar nieautorski; a dwa – ze względu na fakt, że Stonesi mają w dorobku trudne do przebicia albumy, takie jak „Sticky Fingers” czy „Exile On Main Street”. Ale niech tam! Najstarsza i chyba najlepsza, przynajmniej z obecnie aktywnych, rockowa kapela wzięła na warsztat kompozycje bluesowych mistrzów. Tym samym wraca do swoich początków, kiedy wykonywała podobne utwory, zanim jeszcze Jagger i Richards odkryli w sobie talent twórczy. Płyta powstała w ciągu kilku dni i została zarejestrowana głównie na 100 %, czyli bez większych dogrywek i poprawek. Efekt jest rewelacyjny! Jagger pokusił się o dłuższe partie na harmonijce ustnej, przypominając, że świetnie sobie radzi nie tylko w roli wokalisty. Legendą obrosły opowieści o tym, jak Eric Clapton, nagrywający w studiu obok, odwiedził Stonesów, a ci zaprosili go do współpracy. Wydawało się, że po takim szumie wokół sprawy słynny Slowhand będzie obecny w kilku nagraniach, ale słychać go tylko w jednym. Jego gra na „Blue & Lonesome” to bardziej ciekawostka niż poważny wkład w zawartość muzyczną, ale i tak miło posłuchać. Zresztą i bez niego Stonesi z historycznymi bluesami radzą sobie fantastycznie.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 04/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF