HFM

artykulylista3

 

Lou Tavano - For You

cd042016 007

ACT Music 2016

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Delikatna wokalna muzyka jazzowa, ale z nutą pop. Do tego ciekawe improwizacje. Przyjemnie się słucha, tym bardziej że realizatorzy postarali się o dobry dźwięk. Głos bohaterki płyty, Lou Tavano, brzmi klarownie. Artystka studiowała pianistykę jazzową w Amerykańskiej Szkole Muzyki Współczesnej (filii bostońskiej Berklee School of Music). Instrumenty zgrabnie łączą się z partiami wokalnymi. Najłatwiej zauważyć to na początku utworu „Emotional Riot”, w którym głos Tavano szybuje na chmurkach ulotnego podkładu sekcji rytmicznej. Większość programu stanowią kompozycje wokalistki oraz grającego na fortepianie Alekseya Asantcheeffa. Temu ostatniemu album zawdzięcza również ciekawe aranżacje. Wyróżniają się nagrania „Quiet Enlightenment” oraz zamykający program „Through A Nightmare”. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie drażniące słuch wysokie dźwięki. Tavano ma ładny tembr głosu, ale kiedy operuje na szczycie skali, pojawia się irytujący element. Do repertuaru w języku angielskim dodano dwa utwory po francusku, które według mnie stylistycznie nie pasują do reszty krążka. Poza tym repertuar jest zgrabnie wykonany, z ciekawymi solówkami instrumentalnymi.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 04/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Nils Landgren i Janis Siegel - Some Other Time

cd032016 018

ECM 2015

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Nils Landgren, jeden z dwojga głównych wykonawców, w notce dołączonej do płyty kokieteryjnie pyta, czy szwedzki puzonista i wokalista powinien brać na warsztat genialną twórczość Leonarda Bernsteina. Uważam, że niekoniecznie. Tym bardziej, że niektóre przeboje słynnego kompozytora nie wypadły najlepiej. Landgren średnio poradził sobie wokalnie z „Somewhere”. Jego wersji daleko do genialnej interpretacji Toma Waitsa, znanej z albumu „Blue Valentine”. Może to kwestia charakteru utworu albo braku pomysłu, bo przecież śpiewać potrafi. Dowiódł tego m.in. na udanym albumie „Sentimental Journey” (2002). Na szczęście, jest przede wszystkim znakomitym puzonistą, a jego solówki instrumentalne z nawiązką wynagradzają niedostatki interpretacji wokalnej. Akompaniujące trio oraz orkiestra radzą sobie z kompozycjami Bernsteina popisowo. Poza tym Landgren przy mikrofonie zmienia się z Janis Siegel, znaną z jazzowej formacji Manhattan Transfer. I jeszcze drobna uwaga. Zamysłem producenta, a jest nim również Landgren, było utrzymanie całości w lirycznym, powolnym tempie. Wydaje mi się jednak, że czasami jest zbyt melancholijnie. Niektórym interpretacjom przydałoby się trochę ikry, tak jak się to udało choćby w „Something’s Coming”.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 03/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Ben Monder - Amorphae

cd032016 020

ECM 2015

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Ben Monder jest rozchwytywanym, wszechstronnym gitarzystą studyjnym. Uczestniczył w wielu projektach jazzowych, popowych i rockowych. Słychać go m.in. na ostatnim albumie Davida Bowie „Blackstar”. Zastanawiające jest hasło dotyczące amerykańskiego gitarzysty na Wikipedii: „Krytycy definiują styl solowych projektów Mondera jako trudny do opisania, choć chwalą jego twórczy geniusz”. Abstrahując od zabawnej nielogiczności tego zdania, faktycznie trudno opisać muzykę na „Amorphae”. Leży ona gdzieś wpół drogi pomiędzy subtelnym, czasem mrocznym ambientem, ECM-owskim pościelowym soundem, a tymi delikatniejszymi, bardziej przestrzennymi nagraniami Billa Frisella. Dominują statyczne plamy dźwięku, uzyskiwane dzięki elektronicznie przetworzonej gitarze. Dodatkową przestrzeń tworzą syntezatory Petera Rende. Weteran freejazzowej perkusji Andrew Cyrille radzi sobie zaskakująco dobrze. Gra często pojedynczymi uderzeniami, podkreślając raczej atmosferę niż wprowadzając rytmiczny puls. Jednak wystarczy posłuchać dwóch nagrań z udziałem nieodżałowanego Paula Motiana, by dostrzec różnicę. To zupełnie inna wrażliwość, empatia i wyobraźnia. „Amorphae” zawiera muzykę, która ma wpływać na nasz nastrój. Zwolennicy jasno zdefiniowanych linii melodycznych, rytmu i gry zespołowej powinni poszukać czegoś innego.

Marek Romański
Źródło: HFiM 03/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Dwiki Dharmawan - So Far So Close

cd032016 019

Audio Cave 2015

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Scena muzyczna Indonezji nie jest u nas znana. Ten stan rzeczy zmienia od pewnego czasu konsekwentnie Leonardo Pavkovic – szef wytwórni Moonjune. Ostatnio wsparła go w tym zadaniu polska firma płytowa Audio Cave. Gorąco kibicuję tej oficynie, bo nagrywa rzeczy interesujące, a w dodatku jej produkcje bardzo dobrze brzmią. Najlepszym przykładem album indonezyjskiego klawiszowca Dwiki Dharmawana. „So Far So Close” wpisuje się w tradycję jazzu fusion czy też jazz-rocka. Otwierający utwór „Arafura” budzi skojarzenia z Mahavishnu Orchestra – a to za sprawą elektrycznych skrzypiec Jerry’ego Goodmana, którego gra odcisnęła wyraźne piętno na nagraniach tej formacji. Dalej pozostajemy w klimacie epoki największej świetności jazz-rocka. Po głowie chodzą takie nazwy, jak Weather Report czy Chick Corea Elektric Band. Czyli epigonizm? Nic podobnego – Dharmawanowi udaje się wyjść z wyeksploatowanej formuły fusion akurat na tyle, żeby jego muzyka brzmiała świeżo i oryginalnie. Indonezyjsko-amerykański zespół wyraźnie czerpie radość z gry. Muzyków unosi entuzjazm i to naprawdę słychać. Jazz-rock w ich wykonaniu swobodnie przełamuje granice z rockiem progresywnym, a szczególną atmosferę podkreślają wycieczki w stronę etnicznej muzyki Indonezji. Jeśli dodamy do tego nieludzką wręcz sprawność instrumentalną wszystkich muzyków, to będziemy mieli najlepszą płytę jazzrockową od lat!

Marek Romański
Źródło: HFiM 03/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wojtczak Nyconnection - Folk Five

cd022016 010

For Tune 2014

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Najnowsza płyta saksofonisty Irka Wojtczaka wpisuje się w nurt fuzji jazzu i polskiego folkloru. Początki tej stylistyki sięgają lat 50. XX wieku. Główną inspiracją albumu stały się pieśni i tańce z okolic Sieradza i Łęczycy – regionu, z którego pochodzi lider. Warto zaznaczyć, że „Folk Five” został nagrany z muzykami amerykańskimi, którzy potraktowali materiał źródłowy bez „obciążeń kulturowo-emocjonalnych”. Całość nawiązuje do jazzu lat 60. Słychać tu zarówno klasyczny hardbop (unisonowe podawanie tematów przez saksofon i trąbkę, charakterystyczne zwroty, duża ruchliwość instrumentów), jak i silnie wpływy free (typ ekspresji, swoboda tonalna, rozluźnienie metryczne, zmiany agogiki). Już sam początek daje przedsmak tego, co będzie się działo dalej. Utwór „Ale zagrajże mi kowola” zaczyna się od amorficznego sola bębnów, po którym następuje temat, świetne solo basu oraz jednoczesna improwizacja dęciaków i fortepianu. Jednym z najlepszych numerów jest, chwilami bitonalny, „Kiej jo ide w pole”, gdzie Wojtczak sięga po klarnet basowy, grając trochę w stylu Erika Dolphy. Ta muzyka mogłaby zabrzmieć jeszcze ciekawiej, bardziej surowo, gdyby zespół zrezygnował z fortepianu. Album zamyka „Ogrywka” z szalejącym na sopranie liderem. Świetnie spisali się Amerykanie. Podobały mi się odważne jazdy trębacza Herba Robertsona i nieokrzesana gra drummera Harveya Sorgena.

Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 02/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Łukasz Borowicki Trio - People, Cats & Obstacles

cd022016 009

For Tune 2014

Muzyka: k4
Realizacja: k4

Wytwórnia For Tune stawia na młodych polskich jazzmanów, którzy śmiało wychodzą poza ramy gatunku. Jednym z nich jest gitarzysta Łukasz Borowicki, absolwent Akademii Muzycznej w Odense (Dania). Do udziału w nagraniu debiutanckiego krążka zaprosił kolegów z uczelni – basistę Łukasza Praśniewskiego i duńskiego drummera Kaspra Toma Christiansena. Powstał znakomity team, łączący odważne, awangardowe granie z maksymalną dyscypliną. Album z kompozycjami lidera okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. Dawno nie słyszałem tak świeżej, bezkompromisowej, skondensowanej formalnie i nasyconej kolorem muzyki. Artystyczną wizję Borowickiego najpełniej oddaje tytułowy „People, Cats & Obstacles” – rodzaj trzyczęściowej suity, której poszczególne odsłony zostały zgrabnie wplecione w repertuar całości. Każda z nich ukazuje nieco inne oblicze gitarzysty. W pierwszej słyszymy skomplikowany, powtórzony kilkakrotnie temat i ekspresyjną solówkę graną mocno przetworzonym dźwiękiem. Druga jest kompozycją opartą na prostym, zawieszonym w przestrzeni motywie i sonorystycznych eksploracjach. Ostatnia odbiega stylem od poprzednich i nawiązuje do bardziej konwencjonalnego jazzu, szczególnie spod znaku Johna Scofielda. Ten utwór jest też okazją do pokazania solidnego, klasycznego warsztatu jazzowego i znakomitej techniki lidera.

Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 02/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF