HFM

artykulylista3

 

Thomas Maintz - This Is The Color...

84-86 12 2011 thomasMaintz

Beach Farm 2010
Dystrybucja: Multikulti

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

„This Is The Color...” to debiutancki album duńskiego gitarzysty Thomasa Maintza, nagrany w towarzystwie śmietanki jazzowego środowiska z Danii. A wiadomo, że kraj Andersena słynie ze znakomitych jazzmanów. Mamy tu obdarzonego cudownym, aksamitnym tonem saksofonistę Jespera Lovdala i grającą bardzo melodycznie, a przy tym solidną rytmicznie sekcję Thomas Fonnesbaek (kontrabas) i Morten Lund (perkusja).
Dlaczego tacy muzycy zdecydowali się wesprzeć debiutanta? Głównie dla jego gry. Gitara w rękach Maintza staje się plastycznym, wielobarwnym instrumentem, który nie tylko znakomicie dialoguje z saksofonem (to rzadkość; najczęściej gitarzyści wykazują tendencję do dominowania), jak i tworzy subtelne, malowane delikatnymi odcieniami tło.
„Malowanie” to zresztą słowo-klucz do tej płyty. Muzyka jest inspirowana wielkimi malarzami (Joan Miro, Pablo Picasso i inni), a słuchając jej doświadczamy malarskiej, lekko zamglonej aury, towarzyszącej muzyce. Jest w niej coś odrealnionego, nie z tego świata. Coś, co pozwala zatopić się w tych dźwiękach.
„This Is The Color...” został nominowany do nagrody Płyty Roku w Danii – ewenement w przypadku nagrania debiutanta. Po wysłuchaniu albumu ten wybór staje się oczywisty.

Autor: Marek Romański
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Wesseltoft/Schwarz - Duo

84-86 12 2011 Wesseltoft

Jazzland 2011

Interpretacja: k2
Realizacja: k3

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy Bugge Wesseltoft jest dobrym pianistą, miałbym problem z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi. Jego umiejętności wyraźnie odstają od wyśrubowanego poziomu światowej czołówki, natomiast ceni się go jako indywidualistę, twórcę własnego stylu, który nazwał „new conception of jazz”.
Główna idea płyty „Duo” polega na zestawieniu akustycznego fortepianu z elektroniką kreowaną przez doświadczonego didżeja. Sam pomysł ciekawy, realizacja – mniej.
Utwory są do siebie podobne, mało wyraziste, jednostajne. Muzyka nie zmierza do konkretnego celu. Zaczyna się, zanika, eksponuje jakiś motyw, po czym szybko go porzuca. Wykonawcy zachowują się jak dzieci znudzone układaniem tych samych klocków. Spodziewałem się, że już samo zestawienie „skrajnych” brzmień spowoduje jakieś ciekawe napięcia. Niestety, Wesseltoft porusza się w zwietrzałej stylistyce jarrettowskiej (biegniki, ornamentyka, charakterystyczne przednutki, „stojąca” harmonia), zaś Schwarz próbuje – zbyt, jak dla mnie, nieśmiało – nadać muzyce puls i kolor.
Pamiętajmy jednak, że owa beznapięciowość, przelewanie się dźwięków i brak jasnych ram formalnych to charakterystyczne cechy „new conception”, nu jazzu i ich klonów. Album może więc przypaść do gustu tym, którzy nie lubią się angażować w dźwiękową narrację i wolą, gdy muzyka po prostu płynie.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Philip Catherine - Oscar

84-86 12 2011 philipCatherine

Igloo 2011
Dystrybucja: www.igloorecords.be

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Niedawno odwiedziłem Belgię. To bardzo ciekawa część Europy, pełna serdecznych ludzi, pięknych miast i najlepszego na świecie piwa. Można tam znaleźć także dziesiątki znakomitych muzyków. To zresztą refleksja, jaka towarzyszy mi stale w czasie wędrówek po naszym kontynencie – znacznie więcej wiemy na temat jazzmanów amerykańskich niż o tych ze scen leżących praktycznie tuż za miedzą.
Philip Catherine to gitarzysta trochę już w Polsce rozpoznany. Kilkakrotnie odwiedzał nasz kraj, ponoć nawet spędzał upojne chwile w salonach państwa Potockich. Ten muzyk to najwyższa światowa półka. Równie konkretny i skupiony co Jim Hall i eteryczny, słodki jak Pat Metheny – bez kopiowania żadnego z nich. Ma własny głos, równie hipnotyzujący jak u największych amerykańskich herosów jazzowej gitary.
Najlepszym tego dowodem jest niedawno wznowiony przez belgijską wytwórnię Igloo album „Oscar”, na którym towarzyszą mu Hein Van de Gein na kontrabasie, Dre Pallemaerts na perkusji i okazjonalnie Kevin Mulligan na klawiszach. W jednym utworze usłyszymy też słynnych gości – Joego Lovano na saksofonie i Triloka Gurtu na perkusjonaliach.
To porcja pełnokrwistego, melodyjnego, ale także – gdy trzeba – zadziornego jazzu, granego przez świadomego i oryginalnego artystę.

Autor: Marek Romański
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Grzegorz Karnas - Karnas

84-86 12 2011 grzegorzKarnas

Helvhetia 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

O ile w Polsce nie brakuje świetnych pianistów jazzowych, o tyle z wokalistami jest kłopot. Na tle tej niewielkiej grupy zdecydowanie wyróżnia się Grzegorz Karnas; jego osobowość, bezkompromisowa postawa i oryginalny styl deklasują konkurencję.
Na płycie „Karnas” znalazły się utwory lidera, wykonawców polskich (Dezerter, Dżem) i zagranicznych (The Police, Laurie Anderson, Joni Mitchell). Nie jest to przypadkowa składanka – wymienieni artyści ukształtowali Karnasa jako muzyka i są dla niego istotni także pod względem emocjonalnym.
Całość, utrzymana w klimatach jazzowo-bluesowo-popowych i eksperymentalnych, jest efektem przemyślanych przetworzeń oryginałów, czego efektem jest intrygujący muzycznie materiał o wysokich walorach artystycznych i wyjątkowym brzmieniu. Karnas stosuje rozległy katalog środków wokalnych – od czystej kantyleny, poprzez scat, efekty quasi-perkusyjne, melorecytacje i „nakładki”. Jest też świetnym aranżerem. Współtwórcami albumu są członkowie sekcji: Michał Jaros, Michał Tokaj i Sebastian Frankiewcz. Specjalną rolę improwizatora i kolorysty pełni wiolonczelista Adam Oleś.
Album wymyka się prostym kategoryzacjom. Granice między jazzem, bluesem, rockiem i eksperymentem są bardzo płynne. Muzyka brzmi klarownie i przestrzenie, co jest zasługą wirtuoza masteringu Tadeusza Mieczkowskiego. Album ukazał się na CD, teraz czekamy na jego wersję winylową.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Gregg Allman - Low Country Blues

84-86 12 2011 gregAllman

Universal 2011

Interpretacja: k4
Realizacja: k5

Gregg Allman, legenda rocka, bluesa i country, założyciel słynnej formacji The Allman Brothers Band, mimo ostrych zakrętów życiowych i zdrowotnych, wciąż pozostaje w doskonałej formie wokalnej. Od niemal 40 lat kontynuuje karierę solową, a najnowsza płyta „Low Country Blues” należy do najlepszych w całej jego dyskografii.
Album, poza dwoma wyjątkami, wypełniają standardy bluesowe, tematy m.in. takich gigantów, jak B.B. King, Otis Rush czy Muddy Waters. Soliście towarzyszy podstawowy zespół (gitara, fortepian, kontrabas, perkusja), rozszerzany czasami o dodatkowe instrumenty lub sekcję dętą. Sam lider gra na gitarze i Hammondzie B3.
Muzyka brzmi stylowo i dynamicznie. Wykonawcy to mistrzowie w swoim fachu. Ważną rolę odgrywają aranże, które w dużej mierze współtworzą klimat całości. Jednak osobą szczególną jest tutaj sam lider. Jego głos, pełen ekspresji i prawdziwie bluesowych emocji (m.in. „Just Another Rider”) robi spore wrażenie.
Album Allmana to mieszanka country i bluesa z lekką przewagą tego pierwszego. Utwór „Please Accept My Love” nie powinien więc nikogo zaskoczyć. Ważną cechą muzyki jest optymizm, który słychać szczególnie w wokalu lidera. Gregg Allman i jego ludzie potwierdzili nie tylko swą klasę, ale też pokazali, że blues to wciąż żywy gatunek o ogromnym potencjale.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Herb Alpert & Lani Hall - I Fell You

84-86 12 2011 herbAlpert

Concord 2011

Interpretacja: k3
Realizacja: k3

Herb Alpert – trębacz, kompozytor, aranżer, lider (także malarz) kojarzy się głównie z muzyką lat 60. i 70., kiedy to prowadził słynną Tijuana Brass Band, a potem rozwijał karierę solową. Dziś jego gwiazda przybladła, zatem dobrze się stało, że się przypominał słuchaczom.
Na płycie znalazły się znane tematy (autorstwa Van Morrisona, Gilberta Becaud, George’a Harrisona, Johna Lennona, Badena Powella), pochodzące z czasów świetności trębacza. Całość jest mieszanką smooth jazzu, muzyki ethnic i popu. Partie wokalne wykonuje Lani Hall (prywatnie żona Alperta), która śpiewa matowym, nieco „zmęczonym” głosem o „rozkołysanej” intonacji; szkoda, że realizatorzy nie poprawili dynamiki najniższego rejestru wokalistki.
Wszystkie utwory to duety Alperta i Hall. Oboje działają w pełnej symbiozie – Lani śpiewa piosenki, a Herb wykorzystuje każdą wolną przestrzeń, by wstrzelić się tam ze swoją solówką lub kontrapunktuje linię melodyczną. Po kolejnym utworze zasada ta staje się już manierą, zwłaszcza że wokalistka nie zaskakuje pomysłami, a Alpert gra schematycznie. Muzyka aż się prosi o odrobinę przestrzeni. Zabrakło też pomysłu na formę – po odśpiewaniu zwrotek ozdobionych trąbką utwór zostaje wyciszony. Szkoda, że nie dano pograć sekcji rytmicznej, która brzmi całkiem przyzwoicie.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 12/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF