HFM

artykulyskrot3

Marillion 1989-1999 – następna dekada

8689092016 001
Zmiana wokalisty zespołu, który odnosi sukcesy, często oznacza stylistyczną woltę, rozdział epok na „przed” i „po”. Marillion po odejściu Fisha i dołączeniu Steve’a Hogartha mocno się… sfeminizował. Nikt nie zarzuca wokaliście braku męskiego charakteru, jednak jego liryczna barwa głosu oraz filmowa uroda sprawiły, że twórczość grupy stała się bardziej czytelna dla płci pięknej.



Podkreślmy na starcie: Marillion po odejściu Fisha to nadal band z wysokiej półki. Ale ustalmy coś jeszcze: powinien zmienić nazwę. Straciłby pewnie tysiące słuchaczy, w których świadomości zakorzenił się na dobre, ale niewykluczone, że na dłuższą metę zyskałby więcej, pozbywając się kompleksu wobec epoki Dereka Williama Dicka. A tak mamy „stare i nowe”, legendę o „Fishu, który odszedł”. I dwa, a nawet trzy byty: Marillion ery dawnego wokalisty, jego solową twórczość oraz Marillion po roku 1988. W dyskusjach o zespole wiele osób wciąż używa wobec Steve’a Hogartha sformułowania „ten nowy”. To nie jest normalne, bo od roszady minęło prawie trzydzieści lat.
Dziś jednak nie o tym, tylko o studyjnych płytach Marillion z lat 1989-1999. O ile niektóre mogłyby się w ogóle nie ukazać, o tyle większość zasługuje na uwagę. A bywają i takie, które z czystym sumieniem można porównywać z kanonem gatunku.

8689092016 002
Pisanka-mozaika
„Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. I w tymże roku Marillion wypuścił pierwszą płytę z nowym wokalistą. Właściwie nie wiadomo, jak ją traktować. Wydana dość szybko po zmianach personalnych „Season’s End” to z jednej strony urocza mozaika, zawierająca niesamowite, progresywne kompozycje („The King of Sunset Town”, „The Space”); z drugiej – pastelowe i refleksyjne melodie („Season’s End”, „Berlin”); z trzeciej – zgrabne, ale dziwaczne próby ataków na listy przebojów („Hooks in You” to połączenie brzmienia i melodyki Van Halen z utworem „Incomunicado” z poprzedniej płyty); z czwartej – osobliwości jak „Easter” – pieśń o randze hymnu.
Większość kompozycji reprezentuje istotną wartość, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że zespół szuka po omacku i z mozołem próbuje ustalić azymut i zdefiniować charakter nowej drogi. Spójność ratuje rozpoznawalny styl, oparty na instrumentalnej sprawności i przestrzeni oraz piękny głos Hogartha.8689092016 002


Tekstowo jest bardzo ciekawie. Grupa odeszła od specyficznej poetyki, w jakiej pławił się Fish, ale nie przestała, w sferze lirycznej, poruszać tematów ważnych i aktualnych.
A zatem mamy tekst o masakrze na Placu Tienanmen („The King of Sunset Town”), dramatyczny głos w sprawie zaburzenia równowagi w przyrodzie („Season’s End“), odwołanie się do miłości, równości i braterstwa („The Space”), wreszcie – nawiązanie historyczne do Powstania Wielkanocnego 1916 („Easter”).
Brzmieniowo jest dziwnie. Zespół wykonał krok do tyłu względem „Clutching at Straws”. Rok 1989 to czas wielkich produkcji, głębokich basów, porażających rozgrywek planów dźwiękowych, równowagi (por. np. Tears For Fears „The Seeds of Love”, Kate Bush „Sensual World”, Chris Isaak „Heart Shaped World”), a na „Season’s End” znów można dostać frustacji od hałasu, natłoku instrumentów klawiszowych, zbyt głośnych blach, zanikającego momentami wokalu.
Płyta nie brzmi fatalnie, ale na pewno nie tak dobrze, jak powinna, biorąc pod uwagę markę zespołu oraz artystyczną wartość albumu.  8689092016 002


Wakacje w raju
Na kolejnej, wydanej w 1991 roku, jest już o wiele lepiej. „Holidays in Eden” wprawdzie nieznacznie zmniejsza rozkrok pomiędzy estetyką progresywną a radiową, ale poszukiwania i niezdecydowanie zespół przemienia w atut. Głos Hogartha już nie tylko „ładnie brzmi”, ale lepiej osadza się w strukturach dźwiękowych. W niektórych momentach robi się romantycznie, ale tak „po marillionowemu”. Nie jest to typowy cukier z list przebojów, choć wiele utworów mogłoby zawojować rankingi. Niestety, wciąż bywa chaotycznie. Brzmienie krążka zostało uśrednione. Nie brakuje przestrzeni, ale słuchacz odnosi wrażenie, że dominuje środek i górny bas, mimo przeogromnej ilości pasm sopranowych. Wyeksponowane są jednak dziwnie. Trochę tak, żeby nikogo nie skrzywdzić. Podobnie z niższymi częstotliwościami. Prawie nie słychać stopy, bo dominują werbel i blachy. A szkoda, bo Ian Mosley jest bębniarzem co najmniej bardzo dobrym. Wszyscy grają zresztą na poziomie i ten fakt się nie zmienił. Muzycy dojrzeli i po dźwiękach „Holidays in Eden” poruszają się ze swobodą, nie pozbawioną jednak młodzieńczej energii.
Tekstowo jest bardzo dobrze, choć moralitet „Party” w kontekście dzisiejszych, zdegenerowanych czasów brzmi jak staroświecka przestroga. Poza tym pojawia się satyra na powierzchowność – „Cover my Eyes” , dramatyczna trylogia zamykająca album – „This Town – The Rake’s Progress – 100 Nights” i już można dostrzec inteligentną różnorodność poruszanych tematów oraz zgrabne ich ujmowanie.8689092016 002
Wielki fan „starego Marillion”, świętej pamięci Tomasz Beksiński, zmieszał tę płytę z błotem, kończąc recenzję słowami: „Tytuł – „Wakacje w raju” – obiecuje sporo, ale jeśli tak ma wyglądać urlop, to wyjadę do Japonii, gdzie rezygnacja z wypoczynku przynosi zaszczyt. Weekend w Piekle byłby znacznie ciekawszy, bo Lucyfer to gość z klasą i na pewno nie torturowałby nikogo taką muzyką.”
Przesadził, ale miał prawo. Z perspektywy naszych czasów album brzmi lepiej. Wówczas mógł drażnić lekkością i radiowością. A szczególnie działał na nerwy fanatycznemu wielbicielowi Fisha, jakim był legendarny dziennikarz.

8689092016 002
Artystyczny nokaut
„Brave” to niebezpieczna rzecz. Podobno przekonał się do niej nawet Beksiński. Nie można jej jednak traktować jak zwykłej płyty. Powstała w myśl klasycznej idei progresywnego koncept-albumu, jednak jej zawartość jest niczym boczna gałąź ewolucji. Nie zawiera „piętnastominutowych utworów, dziesięciominutowych solówek i opowieści o smokach”. To art-rockowa suita, skrojona na miarę swoich czasów: nowoczesna, impresyjna i filmowa.
Mimo że album promowały aż trzy single, trudno rozpatrywać ten fakt w kategoriach standardowego myślenia o mediach. „The Great Escape”, „The Hollow Man”, „Alone Again in the Lap of Luxury” to świetne numery, ale leżące tak daleko od klasycznego radia, że kontekst użycia ich jako narzędzi promocyjnych brzmi jak ponury żart. Jeśli skupić się na tym, co najbardziej wpada w ucho, można się zgodzić, że właśnie te utwory. Dzieło trzeba jednak traktować jako całość. Skomponowaną i przedstawioną bez kompleksów wobec przeszłości, pozbawioną aluzji i nawiązań. Spójną i nierozerwalną koncepcję, która mimo ciężkości płynie, a Marillion jest wreszcie zespołem z krwi i kości. Ponownie wielkim i wspaniałym. Zdaniem niektórych – jak nigdy dotąd.
Brzmienie nie jest typowe, jednak niezwykła atmosfera utworów uzasadnia wszechobecny brud, kamienne pogłosy i opanowaną, choć z trudem, przestrzeń. Materiał zarejestrowano na zamku Marouatte we Francji, pomiędzy listopadem 1992 a sierpniem 1993. Tym razem nikt się nie śpieszył; pozwolono muzyce rozkwitnąć i wyszło jej to na dobre. Na pewno miejsce nagrań wywarło pozytywny wpływ nie tylko na klimat, ale i realizację dźwięku (później ten sam pomysł z naturalnymi pogłosami wykorzystała grupa Radiohead w „OK Computer”). Jedyny zarzut to przeogromne ilości kompresji bębnów. Ale widocznie tak musiało być, żeby opanować bałagan.8689092016 002
Mimo że „Brave” przypomina bardziej performance niż to, do czego słuchacze są przyzwyczajeni, utwory snują się w mrocznych dźwiękowych tunelach; płynnie wyłaniają z syntezatorowych plam. Wszystko jest mokre, ciężkie i przerażające, tak jak treść tekstów. Na przykład ten o dziewczynie, która na skutek dramatycznych przeżyć (molestowanie przez ojca, depresja, narkotyki) postradała zmysły. Podobno Hogartha zainspirowały prawdziwe wydarzenia: radiowy komunikat o dziwnej osobie odnalezionej obok mostu Severn, która nie chciała rozmawiać z policją i sprawiała wrażenie obłąkanej. Tego naprawdę trzeba posłuchać.  


Płonący horyzont
Inspiracją dla lirycznej warstwy „Afraid of Sunlight” miała być samobójcza śmierć Kurta Cobaina z Nirvany. Nawet jeśli świadome pokolenie słuchaczy nie pragnie podobnych legend do recepcji muzyki, być może rynek ich potrzebuje. Niewiele to pomogło sprzedaży płyty, chociaż jej myśl przewodnia, realizacja i wykonanie składają się na dzieło istotne i udane.
Krążek wypełniają utwory wybitne i zwyczajnie miłe dla ucha. Do drugiej kategorii zaliczyć można dwie kompozycje otwierające album. Później jest już tylko lepiej. „Beautiful” to kolejny po „Cover my Eyes” zachwyt pięknem skrytym we wnętrzu, a nie tym na pokaz. Lirycznie przekaz pokrywa się z ogólnym konceptem płyty, opowiadającej o kruchości sławy i depresji wynikającej ze splendoru. O blichtrze, pozorach, lękach i tęsknotach.
Na uwagę zasługują trzy elektryzujące kompozycje, nie tylko aspirujące do najwybitniejszych wątków w historii zespołu, ale wzbijające się na wyżyny sztuki sensu largo: „Out of This World”, „Afraid of Sunlight” i „King”. Gdyby cała płyta trzymała ten poziom, byłaby niczym „Ciemna strona Księżyca” lat 90. XX wieku, chociaż świat tych cudownych dźwięków należałoby jeszcze dopracować.

8689092016 002
Strach przed hałasem zablokował brzmienie w zastosowanych licznie kompresorach. Perkusja momentami bramkowana jest na granicy irytacji. Całość brzmi jednak przestrzennie. Czasem odnosi się wrażenie, że zespół przy realizacji kolejnych albumów myśli o nich w kategoriach kolorów i potem konsekwentnie się tego trzyma. „Afraid of Sunlight” wydaje się zrealizowany na trzech planach: najbliższym, ciepłym, przypominającym żar dogasającego ogniska, średnim chłodzie kobaltowego nieba i odległych barwach płonącego horyzontu. Mamy do czynienia nie tylko z koncepcją muzyczną, liryczną, ale i brzmieniową. Trudno jednak ścierpieć diabelne popy na wybuchowych zgłoskach Hogartha. Czy grupa naprawdę nie wiedziała, że istnieje coś takiego jak pop-up filter? A może wokalista śpiewał przez mikrofon dynamiczny, żeby uzyskać koncertowy efekt? „Hoggy” interpretuje swoje teksty wspaniale, ale ten szczegół sprawia, że miałoby się czasem ochotę założyć poduszkę na głowę. Ze wstydu.
Poza tym szczegółem to naprawdę bardzo, bardzo dobra płyta. Ostatnia nagrana dla EMI. Szkoda, bo zerwanie się z łańcucha w kierunku niezależności nie zawsze wychodzi artyście na dobre.


Oddech żywych światów
„This Strange Engine” to głęboki oddech, niosący nadzieję, że Marillion nie potrzebuje wielkiej wytwórni i poradzi sobie na gruncie niezależnym. Takie założenie słychać w muzyce: lekkiej, bezpretensjonalnej, świetnie nagranej, o idealnej proporcji instrumentów akustycznych do starannie opanowanej przestrzeni. Choć wtedy płyta wzbudzała kontrowersje, dziś słucha się jej wspaniale. Akustyczny „Man of a Thousand Faces” przyciąga zwiewnością i chwytliwością. Mógłby być radiowym hitem, gdyby ktokolwiek chciał go prezentować na antenie. A później „One Fine Day” przepięknie wyśpiewana ballada o pacyfistycznym przesłaniu. Utwór „80 Days” otwierają ogniskowe akordy, grane na akustycznej gitarze, ale później płynna narracja przestrzenna otwiera się w kierunku bogatego, choć przejrzystego brzmienia pełnego elektrycznego bandu. Do tego opowieść o ciężkim życiu muzyka w trasie i o tęsknocie za rodziną, którą cały czas czuje się gdzieś w tle.

8689092016 002
To, co dzieje się później, przekracza granice piękna. Najlepszy utwór na płycie, „Estonia”, w magiczny i poetycki sposób opowiada o tragedii promu na Morzu Bałtyckim, na którym w 1994 roku żywot zakończyły 852 osoby. Piosenka jest wzruszająca. Perfekcyjnie „morskie” brzmienie zwrotki przechodzi w energetyczny refren z gościnnym udziałem Tima Perkinsa, grającego na bałałajce. Ale zaraz, Estonia i bałałajka? Niby muzyka nie zna granic, ale Estończycy mogliby się obrazić za mylenie ich z Rosjanami.
Po tak magicznym utworze pojawia się refleksyjna ballada „Memory of Water”, rozpoczynająca się od kameralnej aranżacji: wokal plus instrumenty klawiszowe, w cwany sposób udające smyczkowe i dęte. „Stronę A” zamyka przyjemny wypełniacz „An Accidental Man”. Zbędny, ale płyta jest tak dobra, że można wybaczyć. Przemilczmy również melodyjny, ale durnowaty „Hope for the Future”, otwierający „stronę B”. Rozumiem, że Marillion chciał mieć koncertowy szlagier do klaskania, ale można było sobie darować ten wysiłek.
Album zamyka przepiękna półgodzinna suita tytułowa. Nie zapisała się i nie zapisze w kanonie największych utworów tego typu, ale jej lekkość, bezpretensjonalność i zarazem głębia pozwalają wierzyć, że zespół ma w sobie prawdziwy potencjał. Marillion z wdziękiem sięga do wątków ze swojej historii, żongluje tematami, motywami, nawiązuje do klasyki lat 70. (choćby floydowski saksofon). To nagroda za wszelkie wpadki z przeszłości i za tę wielką, która zdarzy się w postaci kolejnej płyty.


Pomyłka
Mogłoby jej właściwie nie być. Brzmi, jakby ją zarejestrowano w sali prób. Żeby chociaż została poprawnie nagrana... Nawet w takich warunkach można zrobić to dobrze, co udowodniła swoim debiutem polska Ścianka. A tu jest tragicznie. Nie wiem, jak oddanym fanem zespołu trzeba być, żeby ścierpieć to, co się dzieje na „Radiation”. Każdy świadomy realizator powie, że jeżeli chce się uzyskać brzmienie z przysłowiowej „chlewni”, trzeba zrobić to na sprzęcie najwyższej jakości i z absolutną starannością, a brudy powinny być kontrolowane w stu procentach. Tutaj nic się nie zgadza.
Jest jednak wyjątek. Na uwagę (ale wciąż w kategorii „poprawnie zarejestrowane nagranie z próby”) zasługuje klimatyczny „Born to Run”. Ze względu na bluesowy charakter wspomniana przypadkowość wszystkiego przeszkadza najmniej. Także melodia jest piękna, a tych, niestety, na płycie brakuje. Nie chodzi bowiem tylko o brzmienie. Chodzi o to, że w muzyce najważniejsza jest muzyka, a tej tu zabrakło. W Polsce rządziło wówczas AWS, przez złośliwców nazywane „Awarią Wszystkich Systemów”. Słuchając tego albumu, odnosi się wrażenie, że awaria udzieliła się także zespołowi Marillion.
Pewien znany muzyk, kiedy oddawał mi egzemplarz „Radiation” w 1998 roku, na pytanie: „No i jak?” odpowiedział krótko: „Szkoda ich”. Czułem jednak, że to tylko chwilowy kryzys.

8689092016 002
Bomba megabitowa
W kategoriach przeciętnego zespołu rockowego byłaby to udana płyta, gdy jednak chodzi o Marillion, należy do gorszego sortu. W porównaniu z poprzednią, jest i lepiej nagrana, i zawiera przynajmniej dwa świetne utwory: „Go!” oraz „Interior Lulu”, dwa bardzo dobre: „Enlightened” i „A Legacy”, a także jeden niezły – „House”. Reszta to sympatyczne wypełniacze, dobre do jazdy samochodem. Ale jeśli ktoś się spodziewa motorycznych, przestrzennych piosenek pokroju „Dry Land“ – może się zawieść.
Mniej więcej połowa płyty jest do zabrania na bezludną wyspę; drugie pół to prezent dla pięciolatka, który chce sobie poskakać z rówieśnikami na dziecięcej imprezie. Projekt sfinansowano w ramach crowdfundingu. Całe szczęście, że się nie dołożyłem. Zespół odwdzięczył się później dodatkowym dyskiem, tylko dla fundatorów. Tak zresztą czynił jeszcze nie raz w swojej historii, ale oferując więcej. Mnie wystarczyła zwykła sklepowa wersja – poniekąd bardzo ładnie wydana, choć okładkę z dziewczynką trzymającą laptop mogli sobie darować.
Mimo wszystko „marillion.com” jest o niebo lepsza od „Radiation”. Chwilowy kryzys powoli dobiegał końca i zapowiadał nadejście nowego rozdziału w historii zespołu.8689092016 002


Edycje i reedycje
Wszystkie albumy z lat EMI (1983-1995) doczekały się reedycji w roku 1998. Być może wytwórnia chciała wycisnąć zyski z zespołu, który już dla niej nie nagrywał. Jednak nie dokonała tego po linii najmniejszego oporu. Przygotowała niespodziankę w postaci podwójnych CD. O ile remastering większości nie jest do końca udany, o tyle dodatkowe dyski zawierają prawdziwe rarytasy. Do pełnowymiarowego wydania dorzucono nośnik, ukazujący rzadkie single, wersje demo, szkice oraz inne warte odnotowania „dźwiękowe sytuacje”.
Cenione są także wydania japońskie. Zarówno oryginalne, jak i późniejsze, wznowione oraz zremasterowane. „Seasons End” ukazało się w roku 1989 nakładem Toshiba EMI. W przypadku „Holidays in Eden” oryginalne japońskie wydanie ujrzało światło dzienne w roku 1991. „Brave”, prócz pierwszego tłoczenia z roku 1996, ponownie ukazało się w roku 2000, w formie pojedynczego CD. Pierwotne i jedyne japońskie wydanie „Afraid of Sunlight” pochodzi z 1995 roku. „This Strange Engine”, wydany w roku 1997 przez Pony Canyon, zawiera bonusy w postaci akustycznych wersji utworów „Beautiful” i „Made Again”. Warto także zwrócić uwagę na wydanie amerykańskie, zawierające remiks „Estonii” oraz akustyczną wersję „80 Days”.
Potraktowana powyżej napalmem płyta „Radiation” w japońskiej wersji ukazała się w roku 1998. Jej przykre brzmienie wynagrodzono koncertowymi wersjami utworów „The Space” oraz „Fake Plastic Trees”. Druga pozycja pochodzi z repertuaru Radiohead.
W 2013 roku kompozytor i producent Michael Hunter wziął na warsztat płytę „Radiation” i trochę ją uratował ponownym miksem. Niektóre utwory nabrały porządku i przestrzeni. Wokal Hogartha brzmi czyściej, bo bez bzdurnych efektów. Liczy się jednak pierwsze wrażenie. „Radiation 2013” ukazało się w wersji podwójnego CD – oryginalnego (skopanego) miksu i tego poprawionego.
Podstawowe wersje „marillion.com” to standardowa, pojedyncza jewel case, wzbogacona ciekawą okładką opcja digipack oraz bogate wydanie z podwójnym CD, zawierającym wersje demonstracyjne utworów oraz fragmenty sesji nagraniowych. Te ostatnie mają jednak wartość tylko dla zagorzałych fanów.


Płyty studyjne Marillion 1989-1999:
Season’s End (1989)
Holidays in Eden (1991)
Brave (1994)
Afraid of Sunlight (1995)
This Strange Engine (1997)
Radiation (1998)
marillion.com (1999)

 

Michał Dziadosz
Źródło: HFM 09/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF