HFM

Nowe testy

czytajwszystkieaktualnosci2

 

Komu biją dzwony?

7883052017 001
Oldfieldowi zdarzają się momenty lepsze i gorsze. Jedne przynoszą wielkie radiowe hity, inne półklasyczne suity, skrojone pod gust współczesnego słuchacza. Jego unikalny styl, harmonie i fantastyczna gitara sprawiają jednak, że rozpoznamy go pod każdą szerokością geograficzną, o każdej porze dnia i nocy, niezależnie od repertuaru.

any kiedyś, skąd bierze tak niesamowite brzmienie, odpowiedział, że to tylko kwestia odpowiedniej artykulacji. „Jasne, a przester to ja mam w palcu” – skomentował złośliwe mój znajomy gitarzysta. A jednak podrobić tej gry, z jej klasą i potęgą, się nie da. Można sobie ustawić ciepłe lampowe brzmienie, zdjąć soprany, dodać pogłos, nauczyć się skal, ale nadal to nie będzie to samo. Prawdziwy geniusz jest niepodrabialny.

 

Czasy nieopierzone
Oldfield zaczął grać na gitarze w wieku wczesnego nastolęctwa. Starsza siostra pokazała mu, o co chodzi. Później, kiedy sama stanęła przed perspektywą wydania płyty i potrzebowała gitarzysty do projektu Sallyangie, młody Mike chętnie przystał na współpracę. Płyta „Children of the Sun” doczekała się pozytywnych recenzji oraz wielu wznowień.
Trzeba zaznaczyć, że stanowi wartość samą w sobie. Nie jest jedynie ciekawostką i suplementem do głównej dyskografii Oldfielda. Hipisowsko-new age’owo-pogańska estetyka okładki, a w niej lekko eksperymentalny folk z elementami world i muzyki dawnej okazały się produktem idealnym na tamte czasy.
Już w Sallyangie Oldfield dał się poznać jako multiinstrumentalista. Oczywiście bez przesady. Na wielu instrumentach gra dobrze, ale tylko na gitarze jest prawdziwym wirtuozem. Chwilę po współpracy z siostrą trochę pograł z bratem, Terrym, w zespole Barefoot, aż w końcu został zaproszony na stanowisko basisty do solowego projektu Kevina Ayersa, założyciela Soft Machine. Jakiś czas później stał się głównym gitarzystą bandu, ale to wciąż było za mało. Młody Michał chciał grać trochę inaczej…

7883052017 002

Era suit
Na początku lat siedemdziesiątych Oldfield był gotowy do solowego debiutu. Nikt jednak nie chciał potraktować poważnie jego dema z utworem „Opus One”. Wytwórnie spuszczały Mike’a na drzewo, przerażone brakiem wokalu i przydługą formą; utwór trwał 25 minut i nie przypominał potencjalnego hitu radiowego. W roku 1973 droga brytyjskiego kompozytora skrzyżowała się z drogą młodego geeka-biznesmena, szukającego nowych sposobów na zrobienie interesu. Był nim nie kto inny, jak Richard Branson. Dla Oldfielda założył małą wytwórnię Virgin. Tylko po to, aby wydać dziwaczną dwuczęściową suitę „Tubular Bells”.
Miał nosa! Płyta okazała się bestsellerem i przemieniła niewielką oficynę w koncern fonograficzny. Fragment fortepianowego motywu z początku albumu został wpleciony w ścieżkę dźwiękową słynnego horroru „Egzorcysta”.

7883052017 002

W twórczości Oldfielda nastąpiła dekada suit i rozbudowanych form. Kolejne, coraz lepsze albumy: „Hergest Ridge” (1974) i „Ommadawn” (1975) ugruntowały jego pozycję. Nie wyleczyły jednak skrytego chłopaka z nieśmiałości i potrzeby alienacji. Dopiero nowoczesne i eksperymentalne zajęcia terapeutyczne zaowocowały zmianą image’u i otwartością na udzielanie wywiadów. Przede wszystkim zaś inną niż poprzednie płytą „Incantations” (1978).
Twórczość Oldfielda ewoluowała. Zniżka formy na płytach „Platinum”(1979) oraz „QE2” (1980) sprawiła jednak, że sielanka z Virgin dobiegła końca.

7883052017 002

Dziewicze napięcia
Dodatkowo Oldfield miał spore wymagania. Branson łapał się za głowę, ale je spełniał. Z czasem z coraz większymi oporami, co Mike’a doprowadzało do frustracji. Napięcia pomiędzy kompozytorem a wytwórnią narastały. W początkach lat 80. XX wieku Oldfield wyraźnie skręcił w kierunku popu. Pozwoliło mu to trochę podreperować finanse i nieco oczyścić atmosferę między nim i Virgin. Zaczęła się era hitów radiowych. To właśnie wtedy powstały najbardziej znane i kasowe piosenki Oldfielda: „Moonlight Shadow”, „To France”, „Family Man”, „Pictures in the Dark”, „Innocent”, „Foreign Affair”, „Five Miles Out”.

 

Lata osiemdziesiąte to również czas zgrabnych albumów, m.in.: „Five Miles Out” (1982), „Crises” (1983) i „Discovery” (1984). Jednak pod koniec kolorowej dekady Oldfield wyczerpał piosenkową formułę i ostatni raz pod banderą Virgin wrócił do twórczości instrumentalnej. Ukazała się płyta „Amarok”. Naprawdę dobra, jak na stan zmęczenia współpracą z nielubianą wytwórnią. Później była jeszcze „Heaven’s Open”, ale to typowy krążek „na odwal się”. We wszystkich utworach śpiewał Mike (tutaj jako Michael), który wybitnym wokalistą nie jest. Nawet jeśli jego niby-operowe wydzieranie się bywa urocze.

7883052017 002

Tubular World
„Tubular Bells 2” (1992) wydał już Warner. Oldfield był szczęśliwy, że kontrakt z Virgin dobiegł końca. „Dzwony rurowe” w ulepszonej wersji okazały się strzałem w dziesiątkę. Krytycy zachwycali się dojrzałością i starannością formy, a wszyscy melomani świata chcieli mieć tę płytę. Jedynie Richard Branson nie był specjalnie zadowolony, bo (mimo wszystko) to on w jakimś stopniu był ojcem sukcesu oryginalnych „Tubular Bells” i to on przez kilka lat bezskutecznie namawiał Oldfielda na nagranie drugiej części.

7883052017 002

Drogi panów się rozeszły, acz bez trzaskania drzwiami i nie na zawsze. Przy okazji „Tubular Bells 3” (1998) zakopali topór wojenny, ale Oldfield nigdy do Virgin nie wrócił.
Zanim doszło do wydania „trójki”, po drodze był jeszcze spory kawałek lat 90. i bardzo dobre płyty: „The Songs of Distant Earth” (1994) i „Voyager” (1996). O ile ta druga jest przystępna i komercyjna, to pierwsza należy do najlepszych dzieł kompozytora. Przestrzenna i chilloutowa, udowadnia, że Oldfield wie, o co we współczesnych trendach chodzi.

7883052017 002

Przyszedł czas na „Tubular Bells 3”. Nie warto sobie jednak zawracać nią głowy. Jest miła, transowa, ale nie umywa się do „jedynki” ani – tym bardziej – do „dwójki”. Właściwie to taka taneczna wariacja na temat motywów i harmonii oryginału. Taneczna dlatego, że kilka lat wcześniej Oldfield mieszkał na Ibizie i nasłuchał się techno. Można ją traktować jako ciekawostkę, choć promujący ją singiel „Man in the Rain” był udany i nawiązywał do najlepszych piosenkowych momentów Oldfielda.

7883052017 002

Później pojawił się album „Guitars” (1999), na którym wszystkie dźwięki zostały wygenerowane na gitarach, nawet jeśli nie brzmią typowo gitarowo. Przypominamy o urządzeniach „tłumaczących” drgania powietrza na język midi i umiejscawiających je w dowolnym odpowiedniku harmonicznym w wyniku syntezy cyfrowej. Dzięki nim specjalnie skonfigurowany i wzbogacony o przystawki instrument może brzmieć jak perkusja, bas, fletnia pana, saksofon itp. A wszystko to jest skoncentrowane w urządzeniu, zwanym „syntezatorem gitarowym”. Gra na tym Pat Metheny; gra Robert Fripp. Jednak nie o ekscytowanie się ciekawostkami technicznymi chodzi. „Guitars” to bardzo dobry album. Do dziś słucha się go znakomicie.

7883052017 002

Przyszły lata 2000, a wraz z nimi średnio udane flirty z elektroniką na albumach „Tres Lunas” (2002) i „Light + Shade” (2005). W roku 2008 ukazała się płyta „Music of the Spheres”, zahaczająca o muzykę poważną bardziej niż jakiekolwiek wcześniejsze dzieło w dorobku Oldfielda. I naprawdę warto posłuchać tego zignorowanego i niedocenionego krążka. Z sympatii nie wspominamy o kolejnych hybrydach „Dzwonów rurowych”, które muzyk wplatał w swoją dyskografię co jakiś czas.
Nagrany w 2014 roku piosenkowy „Man on the Rocks” z młodym wokalistą Lukiem Spillerem to, niestety, pod względem świeżości i ognia poziom „Budki Suflera” z okolic „Balu wszystkich świętych” (choć sam piosenkarz dał z siebie wszystko). Dla odmiany, na początku tego roku Mike wrócił do wielkich form instrumentalnych i wydał „Return to Ommadawn”. To udane nawiązanie do świetnego albumu z lat siedemdziesiątych. Jak za starych, dobrych czasów, muzyk znów sam gra na wszystkich instrumentach, a całość zasługuje, by ją gorąco polecić.

7883052017 002

Wielonarodowa wrażliwość
Mike Oldfield to, rzecz jasna, kompozytor brytyjski. Jednak typowej brytyjskości w jego muzyce nie uświadczymy. Nie ma tu charakterystycznej dla np. Pink Floyd flegmy, świadomej ociężałości, ekspozycji myślenia klasowego. Choć trzeba przyznać, że Oldfield rzadko się uśmiechał i zwykle zgrywał nieprzystępnego pana. Początkowo wynikało to z naturalnej nieśmiałości. Później ten image przylgnął do niego i trzymał się niczym dobrze skrojony garnitur. Jednak, w gruncie rzeczy, był to raczej ludzki pan, który (szczególnie w późniejszych latach) chętnie udzielał wywiadów i był otwarty na współpracę.

7883052017 002

Był również otwarty na muzyczną wielokulturowość. Dla wielu jest bardzo francuski. Ktoś powiedział, że Oldfield wykopał tunel pod kanałem La Manche na długo przed jego rzeczywistym powstaniem. Na pewno, w przeciwieństwie do swoich niektórych krajanów, nie pielęgnuje w sobie francuskiego kompleksu. Poza tym jest trochę irlandzki, skandynawski, słowiański, transatlantycki, a wszystkie te pierwiastki zgrabnie sprowadza do unikalnego, bardzo rozpoznawalnego mianownika. Każdy świadomy meloman bezbłędnie rozpozna brzmienia, harmonię i instrumentarium Oldfielda. Niezależnie od tego, czy będzie odtwarzana jedna z jego wielkich suit, czy jeden z jego hitów.

7883052017 002

Wielki chałturnik czy wielki kompozytor?
No to twórca radiowych hitów czy kompozytor (prawie klasycznych) suit? Nie do końca wiadomo, czy Oldfielda szanować za „Dzwony rurowe” i potępiać za „Moonlight  Shadow”. Czy może całkiem go skreślić, bo przecież „splamił honor” ambitnej muzyki?
Lepiej porzucić tę dwubiegunową perspektywę. Pamiętajmy, że rockowo-progresywna wrażliwość lat 70. XX wieku sprowadziła suity na estrady, a piętnastominutowe kompozycje uczyniła utworami radiowymi. W strukturę wielkich albumów z długimi formami wplatane były zgrabne piosenki, w sam raz do odtwarzania w przestrzeni publicznej. Pierwsza płyta King Crimson –  „In the Court of the Crimson King” (1969) – jest do dziś tą najbardziej znaną, dzięki „Epitaph” i innym przystępnym utworom. „Stairway to Heaven” (1971) z czwartego albumu Led Zeppelin też było długie i wielowątkowe, a jednak stało się hymnem swoich czasów.

7883052017 002

Z drugiej strony, na „Wish You Were Here” (1975) Pink Floyd mieliśmy, obok rozbudowanego „Shine on Crazy Diamond”, bardzo krótki utwór tytułowy. „The Dark Side of the Moon” (1973), która w dużej mierze jest suitą, stanowi także zbiór zgrabnych piosenek, a „The Wall” (1979) to potężny album, złożony z ciężkawych, ale jednak prawie samych potencjalnych singli.
Niedowierzanie ortodoksyjnych słuchaczy wynika raczej z faktu, że Oldfield zaczynał od większych form, a typowe piosenki zaczął pisać później. Później, ale za to jak! Choć spod jego ręki wychodziły czasem utwory cieniutkie niczym nić babiego lata, to stworzył co najmniej dziesięć hitów odtwarzanych przez stacje radiowe do dziś. A to nie zdarza się każdemu.

7883052017 002


 
Wszystkie głosy Mike’a
Oldfield nieraz pieklił się na wokalistów. Zmieniał ich, twierdził, że są rozkapryszeni i że ogólnie nic się z nimi nie da. Czasem kooperacje łączyły się z życiem osobistym. W pewnych momentach uznawał, że w ogóle nie będzie współpracować z nikim śpiewającym, bo to same kłopoty. Później znów zmieniał zdanie. Przez lata trochę się tego nazbierało. Oto piątka najbardziej istotnych głosów, współpracujących z Wielkim Mike’em.

7883052017 002

1. Sally Oldfield (1968)
Starsza siostra kompozytora. Właściwie to ona wkręciła go w muzykę, ucząc pierwszych akordów na gitarze. Razem z nim, pod koniec lat 60. XX wieku, tworzyła zespół Sallyangie, który wydał tylko jedną płytę – „Children of the Sun” (1968). Później przewijała się przez albumy brata, przez co wiele osób (w czasach niedoborów informacyjnych) ubzdurało sobie, że każda pani śpiewająca u Oldfielda to na pewno jego siostra Sally.

7883052017 002

2. Maggie Reilly (1980-1989)
Pozornie niezbyt urodziwa, ale przecież nie o to chodzi. Jej anielski głos rekompensował niedostatki urody. Na swój sposób była zatem piękna i Oldfield postanowił to wykorzystać. W epoce, w której wizualia dopiero zaczynały przyćmiewać wspaniałość radia, najbardziej istotne było to, co słychać.
Reilly współpracowała z Oldfieldem dość długo.
W różnej intensywności pojawiała się na płytach przez prawie całe lata 80. XX wieku, z przewagą pierwszej ich połowy. W dużej mierze właśnie dzięki niej gwiazda kompozytora rozbłysła na nowo. Któż inny potrafiłby tak doskonale zinterpretować tekst utworu „Moonlight Shadow”? Inne znane hity z jej udziałem to: „To France”, „Foreign Affair” czy „Family Man”.
Po współpracy z Oldfieldem Maggie rozwinęła solową karierę. Jej szczytowym osiągnięciem był debiutancki album „Echoes” (1992). Promował go, swoją drogą bardzo oldfieldowy, singiel „Everytime We Touch” – wielki hit lat 90., nadal chętnie grany w radiu.

7883052017 002

3. Anita Hegerland (1985-1990)
Miny Norwegów zagadniętych o Anitę Hegerland są bezcenne. W pierwszej chwili zastanawiają się „skąd u licha Polak kojarzy osobę najbardziej znaną w jej rodzinnym kraju jako gwiazda dziecięca i to dawno temu?”. Zwykle trzeba im przypominać o jej wieloletnim związku i muzycznej kooperacji z Mike’em Oldfieldem.
W połowie lat 80. Mike poderwał dziewczynę z Północy: wielką, piękną blondynę o niebieskich oczach. Miał z nią dwoje dzieci i kilka bardzo dobrych utworów. Z tych najważniejszych należałoby wymienić: „North Point”, „Pictures in the Dark”, „Innocent” i „The Time Has Come”. Ten ostatni powstał z udziałem Michaela Cretu. Tak, tego słynnego Rumuna, który zrobił wielką karierę pod banderą projektu Enigma. Ścieżki uzdolnionych ludzi przeplatają się z sobą częściej, niż mogłoby się wydawać.
Prócz norweskiej popularności w czasach dziecięcych i tej piętnaście lat później, u boku Oldfielda, Anita Hegerland zajęła się wychowaniem latorośli. Po rozstaniu z brytyjskim muzykiem nagrała właściwie tylko jedną płytę – „Starfish” (2011). Obecnie mieszka na ekskluzywnej wyspie Nesøya niedaleko Oslo, gdzie wiedzie szczęśliwy żywot ze swoim nowym partnerem. Jest sąsiadką Magne Furuholmena z A-ha.

7883052017 002

4. Jon Anderson (1985)
Sam utwór „Shine” jest dość cienki, ale głos na tyle istotny dla historii muzyki, że grzechem byłoby nie wymienić go w naszej piątce.
Wokalista znany jest z bycia najważniejszym frontmanem grupy Yes, ale także ze współpracy z Vangelisem. Ze swoim macierzystym bandem nagrał m.in. słynne „Close to the Edge”, „Fragile”, „90125”, „Talk”; ze słynnym Grekiem – kultowe „The Friends of Mr. Cairo” czy przepiękne „Private Collection”. Anderson wystąpił także na płycie „Lizard” King Crimson. U Oldfielda – prócz „Shine” – zaśpiewał jeszcze m.in. na płycie „Crises” (1983).

7883052017 002

5. Bonnie Tyler (1987)
W roku 1987 Oldfield był już tak znanym i uznanym kompozytorem popowym, że mógł do współpracy zaprosić nawet taką gwiazdę jak Bonnie Tyler.
I nie ma znaczenia fakt, że od jej największego hitu „Total Eclipse of the Heart” minęły wówczas cztery lata. Bonnie była maksymalnie popularna przez długi czas, ale nie miała much w nosie i do kooperacji z wielkim kompozytorem przystąpiła z pokorą. Nagrali razem majestatyczną piosenkę „Islands”. Niestety, była to jednorazowa akcja.

7883052017 002


5 płyt Mike’a Oldfielda, które trzeba mieć:
1. „Tubular Bells 2” (1992)
Redaktor Stryjecki będzie musiał mi wybaczyć, ale to jeden z niewielu punktów, w których się kompletnie nie zgadzamy. Dla mnie liczą się tylko „Tubular Bells” w wersji poprawionej, z roku 1992, czyli „Tubular Bells 2”. Nie w oryginalnej z roku 1973.
To eleganckie misterium dźwięków, płynące przez foniczne światy, nie jest kontynuacją oryginału, a unowocześnioną i ulepszoną pod względem wykonania i realizacji wariacją na jego temat. Oldfield od dawna chciał poprawić swoje debiutanckie, nagrane w nerwach i przy użyciu przestarzałych brzmień „Dzwony rurowe”. Mówił o tym już w roku 1982. Udało się dopiero dekadę później, ale ze świetnym skutkiem. Album brzmi doskonale do dziś i jest obowiązkową pozycją na półce każdego zwolennika nieco spokojniejszej muzyki rozrywkowej.
„Tubular Bells 2” potrzebuje czasu i zaangażowania, ale później zostaje ze słuchaczem na zawsze. Oczywiście, zamykające album idiotyczne country „Moonshine” jest zbędne, podobnie jak zbędna była jego pierwotna wersja na oryginale sprzed lat. Czasem twórca musi spuścić powietrze z własnego balonika.
Tak samo było na płycie „Trilogy” tria Emerson Lake and Palmer z utworem „The Sheriff”. To wspaniale, że pozornie poważni ludzie nie są z betonu itd., ale przez takie akcje struktura albumu zostaje czasem naruszona. Po powalającym chilloutowo-ambientowym „Maya’s Gold” nagle wchodzi taki koszmarek. Jak tak można? A rylcem, w przypadku płyty CD, sprawy nie załatwimy. Pozostaje splikowanie albumu i wywalenie tego paskudztwa. Tak też zrobiłem.
1.1    Wywołany do tablicy, skreślę kilka słów o „oryginale”. Album wymyka się ocenie, bo trzeba o nim napisać zarówno to, co już dawno i sto razy napisane zostało, jak i to, co fanów Oldfielda może skłonić do dania mi po twarzy. „Tubular Bells” porwał miliony. Coś naprawdę nowego powstaje rzadko. Coś odkrywczego, wyjątkowego, trafiającego do nastoletnich panienek i do panów z brodą – jeszcze rzadziej. Co tak fascynującego jest w „Dzwonach”? Posłuchajcie. Jeżeli pierwszy raz, to zazdroszczę.
Jest i druga strona medalu: Oldfield gra na wielu instrumentach i… robi to często jak nieudolne dziecko, które dopiero zaczyna edukację muzyczną. Niedokładnie i kwadratowo, tak że niedostatki aparatu wykonawczego czuć na kilometr. Ta nieudolność ma jednak w sobie coś uroczego. Szybko przestaje przeszkadzać, bo na pierwszy plan wychodzi geniusz kompozytora. Wiem, że to mocne słowo, bo na myśl zaraz przychodzą Beethoven i Chopin, ale rockmani to i owo też po sobie zostawili dla potomności.
Czy warto poprawiać tę „amatorszczyznę”? Twórca ma do tego prawo, ale nie są to już „Dzwony rurowe”, bo te są jedyne w swoim rodzaju. Może właśnie dlatego? Jedno jest pewne: „Moonshine” nie pasuje do „profesjonalnej” wersji dojrzałego i sprawnego technicznie muzyka, za to do „amatora” z mlekiem pod nosem – jak najbardziej. Znajdziecie tu radość grania, jaką może czuć tylko dziecko, pozbawione kompleksów i ciężaru „zawodowstwa”. (MS)

7883052017 002

2. „Ommadawn” (1975)
Ta płyta wydaje się pomostem pomiędzy tym, od czego Oldfield zaczynał, a tym, co będzie robić w przyszłości. Coraz więcej przestrzeni, coraz bardziej wypolerowane brzmienia. Harmonicznie idziemy w kierunku „celtycko-oceanicznym”. Robi się nieco ludowo i baśniowo. Po dwóch monumentalnych suitach pojawia się ludowa pieśń „On Horseback”, która wieńczy album. W porównaniu z „Moonshine” jest zupełnie inaczej: kameralnie, spokojnie, lepiej. Oczywiście, w brzmieniach słychać nieco surowizny lat 70., ale jeśli przymknąć na to oko, można się z rozkoszą utopić w tej pięknej muzyce. Na początku roku 2017 wyszła kontynuacja „Ommadawn” pt. „Return to Ommadawn”.

7883052017 002

3.  „Hergest Ridge” (1974)
Po sukcesie „Dzwonów rurowych” (tych z roku 1973) Mike Oldfield, jak głosi legenda, wówczas straszny dzikus i odludek, uciekł na najgłębszą angielską wieś (taką, gdzie po mleko chodzi się jedną milę, a po coca-colę dwadzieścia) i zaczął tworzyć kolejne dzieło. Od pobliskiego wzgórza nazwał płytę „Hergest Ridge”. Mamy tu do czynienia z jeszcze bardziej konsekwentną formułą. Także z o wiele bardziej swobodnym eksperymentem (zabawy taśmami, puszczanie ścieżek od tyłu, nietypowe omikrofonowanie i takież pogłosy). Oldfield znów zagrał sam na wszystkich instrumentach. Tym razem brak wpadających w ucho motywów, ale całość sprawia wrażenie bardziej spójnej, mniej na pokaz. W przypadku debiutu odnosi się wrażenie większej grzeczności. Tutaj idziemy w kierunku nieokrzesanej przestrzeni i artystycznej ekspresji.

7883052017 002

4. „The Songs of Distant Earth” (1994)
Można się czepiać przestarzałej, komputerowej grafiki na okładce. Można zarzucać Oldfieldowi uprawianie jakiegoś taniego bajeru w tych nawiązaniach do sprawdzonej lektury „2001: Odyseja kosmiczna” (jak twierdzi we wkładce – jego ulubionej książki). Ale ta płyta jest po prostu dobra. Miękka, kosmiczna i piękna. Nie ma tej dostojności, co „Tubular Bells 2”, ale bez wątpienia należy do najbardziej udanych. Dziś lekko kłują w uszy charakterystyczne dla epoki loopy perkusyjne, ale całość jest naprawdę przyjemna, a elektronika nie drażni archaicznością.

7883052017 002

5. „Crises” (1983)
Wbrew tytułowi sugerującemu kryzys, w redakcji cenimy tę płytę. To udana synteza rozbudowanej formy i kilku fantastycznych singli. Wypadło to o wiele lepiej niż na „Platinum” (1978). Mamy suitę tytułową, na winylu wypełniającą calutką stronę A, i bardzo znane piosenki, w tym „Moonlight Shadow” i „Foreign Affair”. Mamy udział znakomitych wokalistów: Maggie Reilly, Rogera Chapmana, Jona Andersona, ale też np. grającego na perkusji Simona Phillipsa – znanego ze współpracy z Toto.
Warto wspomnieć o najważniejszym singlu, „Moonlight Shadow”, a konkretnie jego warstwie lirycznej. Większość osób myśli sobie, że to błaha pioseneczka o niczym. Tymczasem to bardzo poważny tekst o tęskniącej kobiecie. Jak przyznał kiedyś sam Oldfield, są tu mniej lub bardziej wyraźne nawiązania do żony Houdiniego, cierpiącej po śmierci męża, ale też do Yoko Ono i jej nastroju po zabójstwie Johna Lennona. Jest rozpacz, poszukiwanie, ale i nadzieja, że pewnego dnia podmiot liryczny znów spotka się z ukochanym. Maggie Reilly zinterpretowała tekst wręcz perfekcyjnie.

 

 

Michał Dziadosz
Źródło: HFM 05/2017


Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

 

 

Komentarze  

-1 #1 Vorpal 2017-08-16 15:22
"Shine" to cienki utwór? No comments...Brak wzmianki choćby o "Taurus 3" na płycie "Crises" Krytykście, a ***ście, szanowny panie Michale.
Cytować | Zgłoś administratorowi
+1 #2 Michał Dziadosz 2017-08-16 20:14
Szanowny panie Vorpalu. Oczywiście, że bym chciał napisać pięć długich artykułów o Oldfieldzie i wspomnieć o absolutnie wszystkich wątkach z jego twórczości, gdyż z pewnością sobie ona na to zasługuje. Ale nie zawsze się da. Czasem trzeba zrobić piętnastominutowy reportaż z trzydniowego wydarzenia. Czasem trzeba zmieścić się w limitach znaków. Co do "Shine", to na tle tego, co Mike Oldfield potrafi zdziałać - w istocie nie błyszczy. A Anderson to piękny człowiek. Szkoda potencjału. To chyba tyle na dziś. Pozdrawiam.
Cytować | Zgłoś administratorowi
+1 #3 Tomasz Wiązowski 2017-08-19 13:16
Znam Oldfielda od lat, zawsze był gdzieś niedaleko, choć może nie na pierwszym planie muzycznych zainteresowań. Tym chętniej przeczytałem ten artykuł – moim zdaniem świetne wprowadzenie do tematu dla niewtajemniczonych, a i nieortodoksyjnym wyznawcom pomagające uporządkować materię. Oczywiście, że subiektywne, czego autor zresztą nie kryje. Tak trzymać, Panie Michale, proszę bronić swojego prawa do suwerennej opinii ;)
Cytować | Zgłoś administratorowi
0 #4 Michał Dziadosz 2017-08-20 16:34
Dziękuję za dobre słowo, Panie Tomaszu! Pragnę zapewnić, że każdy mój artykuł jest kompromisową wypadkową pomiędzy "własnym zdaniem i własnym doświadczeniem z konkretnymi wykonawcami (częstokroć zdobywanym przez bardzo długie lata)" a "tym co może znaleźć się na łamach poważnej gazety, biorąc pod uwagę wszystkie współczynniki". Dlatego (choć każda opinia jest bardzo cenna) i tak dobrze wiem, co mi wolno, a czego nie. Dodatkowo biorę pełną odpowiedzialność za to, co piszę. Dodatkowo zdaję sobie sprawę, że tego typu dziennikarstwo jest sztuką rezygnacji. Sam bardzo żałuję, że nawet słowem nie wspomniałem o "The Lake" z płyty "Discovery", mimo że uwielbiam ten utwór od szóstego (sic!) roku życia. Jest on dla mnie ważniejszy od "Taurus 3". Ale żeby zachować pion trzeba czasem wiedzieć, kiedy odpuścić. Sam jednak jestem fanem Oldfielda, co powinno być czytelne dla każdego. Oczywiście przy odrobinie dobrej woli.
Pozdrawiam/MD
Cytować | Zgłoś administratorowi