HFM

artykulylista3

 

Wesele Figara, czyli rewolucja z płyt pilśniowych

91-92 01 2011 01Mozart był znany z pikantnych żartów, które dziś wszyscy bez problemu mu wybaczamy. Gdy jednak zaczynała brzmieć muzyka, jego twarz poważniała i górę brały wrażliwość oraz szacunek dla sztuki. Reżyser warszawskiego wystawienia „Wesela Figara” o tej przemianie zapomniał. Pozostał głuchy na muzykę, a to w operze musi przynieść katastrofę.

Przypomina mi się scena z filmu „Amadeusz” Formana. Roześmiany Wolfi, sam na sam z Konstancją w jadalni, najpierw wyciąga ją za nogi spod stołu, a potem z ochotą oddaje się grom słownym o dość ordynarnym charakterze. I wtedy z dala dobiegają dźwięki jego muzyki granej przez pałacowych wykonawców bez spóźnialskiego kompozytora. Mozart zrywa się na równe nogi, pędzi przez kolejne sale i uroczyście, ze spokojem staje przed orkiestrą, przejmując rolę dyrygenta. Nawet jeśli ta scena nigdy nie miała miejsca, to pokazuje naturę wielkiego geniusza. Będąc życiowym komediantem, potrafił pracować w powadze i absolutnym skupieniu.

Trojanie, nie trojany

73-74 02 2011 01Hector Berlioz był świetnym kompozytorem, lecz mniej świetnym librecistą. Jego utwory sceniczne naznaczone są takimi cechami, jak rozwlekłe tempo i wątła nić narracji, statyczność sekwencji, niska temperatura konfliktów między postaciami.

Berlioz kochał literaturę, długą frazę klasyki starożytnej, szekspirowskiej czy romantycznej i swoją muzyką chciał służyć pięknu słowa. Imiennik bohatera „Wojny Trojańskiej” zawsze marzył o napisaniu opery według „Eneidy”, a ukończywszy ją (1858), stwierdził: „Furda, co się z tym dalej stanie, czy to wystawią, czy nie. Najważniejsze, że moja Wergilowa i muzyczna namiętność została zaspokojona”.
Długość dzieła, rozmach obsady i inscenizacji, wymogi kondycyjne stawiane wykonawcom głównych partii sprawiły, że rzeczywiście nieczęsto jest wystawiane. Z lekkimi skrótami w partyturze, licząc dwie przerwy, warszawskie przedstawienie trwa blisko pięć godzin, ale jego autorzy starają się nie zanudzić publiczności.

Triumf opery

68 06 2011 01Dorobek niemieckiego pisarza Georga Büchnera z pierwszej połowy XIX wieku stał się inspiracją dla powstania w wieku XX dwóch oper – „Wozzecka” (1925) Albana Berga i „Jakoba Lenza” (1979) Wolfganga Rihma. Zarówno tytułowy bohater dramatu „Woyzeck”, jak i bohater noweli „Lenz” żyli naprawdę, a ich krótkie żywoty, naznaczone zaburzeniami psychicznymi i konfliktem ze społeczeństwem, przeszły do legendy.

O ile jednak Woyzeck był prostym żołnierzem, wszechstronnie wykształcony Lenz należał do największych talentów literackich epoki. Choroba przeszkodziła mu w twórczości, a z drugiej strony – stała się formą ekspresji artystycznej Lenza. Bogactwo jego wizji, nasyconych wrażeniami płynącymi ze wszystkich zmysłów, było niezapisaną treścią jego artystycznej wyobraźni. Tak zaczęto postrzegać sztukę w romantyzmie, taki też punkt widzenia przyjęła współczesna psychiatria humanistyczna. Pastorowi Oberlinowi, u którego Lenz przebywał przez kilkanaście dni, zawdzięczamy pisemną relację z zachowań 27-letniego schizofrenika. Dzięki niej powstała nowela Büchnera, a później – libretto Michaela Fröhlinga i opera Rihma.

Kiedy Robin Gibb zszedł ze sceny...

77-79 07 2011 01Na brak ciekawych koncertów melomani nie mogą ostatnio narzekać. Gdyby nie to, że ceny biletów przekraczają niekiedy 200 zł, to można by niemal codziennie oglądać na naszych scenach artystów ze światowej czołówki. Niestety, mimo tej obfitości nie było u nas grupy Bee Gees, plasującej się w pierwszej dziesiątce pod względem liczby sprzedanych płyt. I nie będzie. Po śmierci jednego z współtworzących ją braci, Maurice’a Gibba (2003), nie wystąpi już nigdy w pełnym składzie. Przyjechał do nas za to inny muzyk z tego zespołu – Robin Gibb.

 

Zanim o jego koncercie, kilka słów na temat grupy, której Robin był częścią przez ponad 50 lat. Skąd nazwa Bee Gees? Przyjęło się, że jest skrótem od „Bracia Gibb” (po angielsku – „Brothers Gibb”). Tylko że Anglik powiedziałby raczej „Gibb Brothers”, czyli pierwsze litery w liczbie mnogiej brzmiałyby „Gee Bees”. Jest też inna teoria na ten temat. Mówi ona, że nazwa pochodzi od nazwisk dwóch zupełnie innych osób, które doceniły zespół w czasie jego występów w Australii. Byli to didżej Bill Gates i promotor wyścigowy Bill Goode. Podobno to ten pierwszy wpadł na pomysł, aby ich (czyli jego i Billa Goode’a, a niektórzy twierdzą, że również Barry’ego Gibba) inicjałami nazwać angielskie trio wokalne,

Muzyka polska tu i teraz

69-73 09 2011 01Dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej rynek muzyczny w Polsce to zupełnie inny świat, niż w czasach PRL-u. Opisanie wszystkich zjawisk i dostrzeżenie problemów nie jest łatwe i aż do teraz nikt nawet nie próbował tego robić. Tym cenniejsza stała się niedawna publikacja „Raportu o stanie muzyki polskiej”.

Polski rynek muzyczny przeszedł po 1989 roku głęboką przemianę. Miejsce fonograficznych monopolistów zajęły prywatne firmy, a zamiast państwowych central zrzeszających artystów powstały niezależne agencje. Zmieniła się także sama muzyka i jej słuchacze.
Na zwołanym przez ministra kultury w 2009 roku Kongresie Kultury w Krakowie zaprezentowano obszerne raporty o systemie ochrony dziedzictwa kulturalnego, muzeach, rynku dzieł sztuki, książce, teatrze, tańcu współczesnym, edukacji kulturalnej, digitalizacji dóbr kultury i promocji polskiej kultury za granicą, a ponadto o stanie i zróżnicowaniu kultury miejskiej, kinematografii, o finansowaniu i zarządzaniu instytucjami kultury, wzornictwie i mediach audiowizualnych.

Chopiniści i chopinfeldziarze

77-79 10 2011 01Od ostatniego Konkursu Chopinowskiego minął już niemal rok. Przycichły dyskusje nad werdyktem, choć w niektórych nadal tli się żal za decyzję jury. Najlepiej jednak oceniać po faktach, nie po opiniach. Okazja nadarzyła się w czasie siódmego festiwalu Chopin i jego Europa.

Rok temu, gdy trwały chopinowskie bachanalia, nikt nie znał nazwisk laureatów jesiennego Konkursu Chopinowskiego. Teraz, gdy wszystko się wyjaśniło, można było ich wszystkich zaprosić i dać publiczności oraz krytykom okazję, by ocenili ich talent raz jeszcze.
Do Warszawy przyjechali niemal w komplecie. Zabrakło Ingolfa Wundera, którego agent, Andrzej Haluch, postawił ponoć NIFC-owi warunki wkraczające raczej na grunt fantastyki niż biznesowego realizmu. Postępy Austriaka można jednak śledzić u nas dość często, bowiem koncertuje regularnie, a niedawno ukazała się jego debiutancka płyta dla Deutsche Grammophon. Mamy więc wieści niejako z pierwszej ręki. Nie przyjechał także Litwin, Lukas Geniuszas. I jego faktycznie szkoda; organizatorzy nie podali przyczyn absencji. Co z pozostałymi? Stopniując emocje, zacznijmy od laureatów dalszych miejsc.