HFM

artykulylista3

 

Muse – energia przemieniona w muzykę

85-87 01 2013 01Łódzki koncert Muse i niedawna premiera płyty „The 2nd Law” to świetna okazja, by przyjrzeć się twórczości jednej z najciekawszych współczesnych grup rockowych świata.

Nic dziwnego, że Matt Bellamy często wplata w swe teksty terminy związane z fizyką i astronomią. Energia muzyki Muse sprawia, że słuchając jej, ma się wrażenie obcowania z jakimś potężnym zjawiskiem czy niepowstrzymanym żywiołem. Grupa już na płytach brzmi imponująco, ale na koncertach powala rozmachem!
Z pewnością jest to niebanalna odmiana rocka, ale – o ile łatwo uchwycić jej wyjątkowość – trudniej zdefiniować jej źródła. Z braku lepszego określenia bywa oznaczana etykietą „muzyka alternatywna”. Trudno uznać ten termin za wyjaśniający cokolwiek. Jedno jest pewne: „alternatywność” nie oznacza tu niszowości. Nie jest wszak niszowym zespół, który sprzedaje miliony płyt i któremu zlecono napisanie oficjalnej piosenki Igrzysk Olimpijskich w Londynie.
Mimo dużej popularności, nie można powiedzieć o Muse, że kroczą łatwymi ścieżkami. Przełomowe albumy „Origin of Symmetry” (2001) i „Absolution” (2003) Brytyjczycy nagrali w czasie, kiedy główny nurt muzyki rockowej tworzyły zespoły działające wedle zupełnie innej filozofii. U szczytów list przebojów były wtedy młode kapele nu metalowe, łączące hip hop z oszczędnymi partiami ciężko brzmiących i nisko strojonych gitar. Mainstream dryfował w stronę mocno uproszczonych form. Nawet Metallica zrezygnowała z charakterystycznych partii solowych, aby zgodnie z dominującą tendencją „uprościć” swą twórczość. Trio Muse natomiast konsekwentnie tworzyło barokowo rozbudowany styl, pełen ozdobników i eklektycznych, a niekiedy skrajnie różnych elementów.
Z pewnością da się w tej muzyce usłyszeć hard rockowe, a nawet heavy metalowe riffy.

W siódmym niebie rewelersów

86-87 12 2012 01Pół wieku temu zakończyli działalność ostatni polscy rewelersi – Chór Czejanda. I niemal tyle czasu trzeba było czekać, aż ktoś przypomni sobie o tej wyjątkowej karcie w historii muzyki rozrywkowej. Dziś piosenki pisane przez Tuwima, Hemara czy Warsa doczekały się nowych aranżacji i wykonania godnego wielkiej przedwojennej tradycji.

Historia rewelersów zaczęła się w USA jako praktyczne rozwiązanie technicznego problemu. Tamtejsze wytwórnie płytowe chciały wzbogacić swoje katalogi o nagrania większych grup wokalnych. Próby przeprowadzone z udziałem dużych chórów okazały się jednak zupełną porażką ze względu na niedoskonałość aparatury nagrywającej. Były to jeszcze czasy nagrań akustycznych. Stopniowo zmniejszając liczbę śpiewaków, udało się w końcu osiągnąć zadowalający efekt. Tyle że w studio zostało zaledwie pięć osób. Tak zaczęła się epoka niewielkich grup wokalnych, na okładkach i plakatach na wyrost zwanych „chórami”.
Pionierem i prekursorem nowego stylu stał się amerykański zespół The Revellers, złożony z zaledwie czterech pieśniarzy. Zafascynował słuchaczy różnorodnością stylów, bogactwem repertuaru, umiejętnym opracowaniem utworów na głosy oraz zręczną aranżacją, która uwzględniała możliwości głosowe poszczególnych członków grupy. Wszystkie piosenki były podawane lekko, dowcipnie, z elementami sztuki aktorskiej i estradowej. Nie stroniono od swingu czy scata; tworzono z każdej piosenki swoisty mały teatr.

Najpiękniejsza młynarka

79-81 12 2012 01Schubert i poeci
Franz Schubert miał nie tylko rozeznanie w historii literatury i dobry gust literacki, zwłaszcza poetycki (był na przykład jednym z pierwszych kompozytorów, którzy zainteresowali się poezją Heinego), lecz również niesłychaną intuicję – w mig oceniał potencjał muzyczny danego wiersza. „Potencjał muzyczny” – to oczywiście nie zawartość odniesień do muzyki, nie onomatopeje, lecz zespół cech formy i treści, które dadzą się bezszwowo wmontować w projekt kompozytorski. Przyjaciele mówili o jego darze muzycznego „jasnowidzenia”.
Sam nie zdradzał talentu poetyckiego. Wprawdzie w wieku trzynastu lat skomponował do własnego wiersza kantatę na urodziny ojca, w późniejszych latach jeszcze kilkakrotnie umuzycznił własne płody literackie, lecz pieśni „autorskie” to zaledwie ułamek procenta całej jego spuścizny wokalnej.

Maurycy Moszkowski – Zakurzony mistrz

92-94 11 2012 01Wielu słuchających suity op. 71 Maurycego Moszkowskiego na tegorocznej edycji festiwalu Chopin i jego Europa zastanawiało się, jak autor tak znakomitego dzieła może być tak mało znany. Muzyka, leżąca na półce od prawie wieku, w końcu doczekała się należytego szacunku. Czas przywrócić także jej twórcę zbiorowej pamięci.

Maurycy Moszkowski urodził się 23 sierpnia 1854 roku w pruskim Wrocławiu, w rodzinie polskich Żydów, którzy przybyli do miasta z Pilicy niedaleko Zawiercia. W czasach gdy wielu Żydów przestawało przywiązywać wagę do swojej tradycji i obrzędowości, rodzina Moszkowskich gorliwie je pielęgnowała. Byli zamożni; stać ich było, by posłać obu synów do najlepszych nauczycieli. Po pierwszych lekcjach w domu i przeprowadzce do Drezna, Maurycy zaczął tam uczęszczać do konserwatorium. Cztery lata później, w 1865 roku, przeniósł się do Berlina, gdzie na uczelni muzycznej Juliusa Sterna kontynuował naukę w klasie fortepianu Eduarda Francka i kompozycji Friedricha Kiela. Potem przyszedł czas na Neue Akademie der Tonkunst Theodore’a Kullaka, gdzie szybko stał się prawdziwą gwiazdą. W 1871 roku założyciel szkoły osobiście zaproponował 17-letniemu młodzieńcowi posadę nauczyciela, na której ten pozostał przez kolejne dwadzieścia lat. W 1873 miał miejsce debiut Moszkowskiego w roli koncertującego pianisty, a zaraz potem wyruszył on na tournée po okolicznych miastach.

Muzyka jak biała laska

93-95 10 2012 01Kiedy któryś z ludzkich zmysłów szwankuje, pozostałe starają się zastąpić jego funkcje tak, by suma wiadomości docierających na bieżąco z rzeczywistości nie uległa drastycznemu ograniczeniu. Osoby niewidome i niedowidzące, zwłaszcza niewidome od urodzenia, mają wyostrzony słuch, dotyk, węch i smak, przy czym na słuchu spoczywa główna odpowiedzialność za zbieranie i odczytywanie bodźców płynących z zewnątrz. Jeśli niewidomy ma uzdolnienia muzyczne – słuch wysokościowy i harmoniczny, poczucie rytmu, sprawność palców, wrażliwość estetyczną – muzyka może otworzyć przed nim nowe drzwi do świata widzących. Na swój sposób może zastąpić białą laskę.

Niewidomi muzycy śpiewają, grają na instrumentach, komponują, nauczają. Tak jak w przypadku ludzi widzących, dla niewidomych muzyka jest czymś więcej niż profesją. Jako profesjonaliści często wybijają się ponad przeciętność (kariera Raya Charlesa, Stevie Wondera), choć ile ten sukces kosztuje, tylko oni wiedzą. Niekiedy, podobnie jak ich widzący koledzy, ulegają złym doradcom i zapuszczają się na grząski grunt. To

Pan Błękitne Niebo, czyli Jeff Lynne na czele ELO

90-92 10 2012 01Rzadko się zdarza, aby jeden muzyk miał wyłączny wpływ na repertuar i artystyczne oblicze zespołu. Światowa scena zna jednak takie przypadki. Jest Ian Anderson, kierujący grupą Jethro Tull. Przed nim mieliśmy Marca Bolana, stojącego na czele T. Rex. I na tym prawie koniec. Innych wszechwładnych liderów – przynajmniej w rockowej czołówce – trudno znaleźć. Ale jest jeszcze ktoś – Jeff Lynne (ur. 3.12.1947), kierujący Electric Light Orchestra.

Nie bez powodu akurat teraz warto poświęcić zespołowi z Birmingham parę słów. Niedawno ukazały się winylowe wznowienia najpopularniejszych albumów – „Eldorado” i „Out of the Blue” – a na dniach do sklepów trafi płyta „Mr. Blue Sky”, będąca zbiorem znanych hitów, na nowo zarejestrowanych przez Jeffa Lynne’a – kompozytora niemal wszystkich utworów grupy, a zarazem wokalistę, gitarzystę i producenta.
Poza nagraniem nowych wersji przebojów ELO, Lynne wyprodukował ostatnio najnowszy krążek Joe’ego Walsha („Analog Man”). Jego koledzy z zespołu też nie próżnowali. Pod szyldem The Orchestra (wyłączność na nazwę Electric Light Orchestra ma Lynne), po spłaceniu dawnego współpracownika, Beva Bevana, dotarli z koncertami do Polski. Wprawdzie bez słynnego lidera, ale za to z programem wypełnionym jego kompozycjami. „Ticket to the Moon” jest jedną z nich: