HFM

artykulylista3

 

Ravi Shankar – ten, który łączył

56-59 03 2013 01Dla świata Zachodu kultura Indii zawsze była bardzo odległa. Do dziś niewiele umiemy z niej zrozumieć. To, co już wiemy, stało się możliwe także dzięki muzyce. Dzięki sile jej ponadkulturowego oddziaływania i ludziom, którzy umieli z tej siły skutecznie korzystać, zapominając o uprzedzeniach. Najważniejszym z nich był Ravi Shankar.

Indie. Siódmy co do wielkości i drugi co do liczby mieszkańców kraj na świecie. Od północy ograniczony przez pasma górskie: Karakorum i Himalaje, od południowego zachodu otoczony wodami Morza Arabskiego, zaś od południowego wschodu – Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego. Język oficjalny to hindi w różnych dialektach, ale aż 18 % ludności mówi innymi językami. W kraju współistnieją wyznawcy wszystkich głównych religii, na czele z hinduistami i muzułmanami. Indie są podzielone na 28 stanów, 6 terytoriów związkowych i 1 terytorium stołeczne. W drugim rzędzie dzielą się na 591 dystryktów. Podstawy ustroju politycznego określa konstytucja z 1950 roku.
Te kilka zdań to podstawowe informacje, które w kilka minut można znaleźć w encyklopedii lub internecie. Mówią wiele, ale tak naprawdę nic. Wewnętrzny świat Indii to nie statystyczne procenty, ale ludzie i ich wielowiekowa kultura, która Europejczykowi często wydaje się innym światem. Dodajmy – obcym, nieprzyjaznym i dziwnym. Krążące opowieści tylko podsycają lęki i uprzedzenia. Wszak Indie otwierają światowy ranking ilości morderstw popełnionych w ciągu roku, wyprzedzając uplasowaną na drugiej pozycji Rosję. Ponad milion Hindusów jest milionerami, choć znaczna większość mieszkańców Indii zarabia mniej niż 2 dolary dziennie, a aż 35 % populacji żyje w skrajnym ubóstwie.

Domenico Dragonetti – demon kontrabasu

67-69 02 2013 07Kontrabas to instrument rzadko kojarzony z muzyczną wirtuozerią. Jego pękaty, niezbyt zgrabny kształt, grube struny, wielki smyczek i ciemne brzmienie nie przystają do szybkich temp i efektownych popisów. Znalazł jednak kontrabas swojego pogromcę, a jednocześnie wiernego wyznawcę. Domenico Dragonetti udowodnił, że smyczkowy olbrzym jest nie tylko łagodny, ale też piekielnie sprawny.

Kontrabas, podobnie jak inne współcześnie znane instrumenty smyczkowe, powstał w XVI wieku. O ile jednak skrzypce, altówka i wiolonczela mają swoich bezpośrednich protoplastów w rodzinie wiol – viola da braccio i viola da gamba, o tyle kontrabas takiego przodka nie posiada.
Początkowo prawdopodobnie był wiolonczelą o niższym stroju. Ze względu na to, że pudło było zbyt małe, by odpowiednio wzmocnić tak niskie dźwięki, zaczęto je powiększać. Pierwsza znana wzmianka o instrumencie pochodzi z pism Michaela Preatoriusa. Pisze on o tzw. „violon da gamba sub-base” o monstrualnej wysokości niemal 2,5 metra, wyposażonej w pięć strun.
W baroku kontrabasu używano sporadycznie. Jego stosowanie utrudniały ogromne rozmiary oraz problem z uzyskaniem strun, produkowanych wówczas z preparowanych jelit. Dopiero wraz z wynalezieniem nowych, srebrnych strun z oplotem kontrabas stał się funkcjonalnym instrumentem i mógł wejść do normalnego zestawu orkiestrowego. Choć brzmiał dobrze i miał potencjał wykonawczy, kompozytorzy jakoś nie chcieli go zauważyć. Musiał się pojawić ktoś, kto udowodni, że z wielkiego pudła można wydobyć znacznie więcej niż długie dźwięki basowe, wzmacniające partie wiolonczel.
Ten ktoś nazywał się Domenico Dragonetti i przyszedł na świat 7 kwietnia 1763 roku w Wenecji. Ojcem Domenica był Pietro Dragonetti. Jedne źródła podają, że był fryzjerem, inne – że gondolierem. Wszystkie jednak są zgodne, że był także amatorskim muzykiem, w którego domu znajdowały się zarówno kontrabas, jak i gitara.

Ustnik Brittena

64-66 02 2013 02W 2013 przypada setna rocznica urodzin Benjamina Brittena (1913–1976), najsłynniejszego brytyjskiego kompozytora XX wieku. Rozpisane na dwa lata kalendarium wydarzeń towarzyszących jubileuszowi koordynuje Fundacja Brittena i Pearsa (www.britten100.org).

Za życia Brittena Peter Pears był osobą najbliższą mu pod każdym względem – uczuciowym i artystycznym. Po śmierci kompozytora prowadził fundację doglądającą jego spuścizny, a po swojej śmierci wsparł nazwiskiem i spadkiem fundację Brittena. Wspaniały przykład miłości, która zrodziła sztukę i sztuki, w której miłość została uwieczniona.
Ich związek trwał czterdzieści lat. Razem mieszkali i podróżowali, występowali i nagrywali, organizowali instytucje i imprezy muzyczne. Peter, erudyta, był nieocenionym konsultantem w sprawach literackich. Tłumaczem, współtwórcą libretta opery „Sen nocy letniej”. Wspólnie przyczynili się do odrodzenia opery angielskiej – dwa i pół stulecia od śmierci nieodżałowanego Henry’ego Purcella.
W zakończeniu partytury swojej ostatniej opery, „Śmierć w Wenecji”, Benjamin Britten napisał „Sempre pp”. Dla wykonawców to po prostu oznaczenie dynamiki, tyle co: „wciąż pianissimo”. Dla znawców biografii Brittena – to jego osobisty testament: „Zawsze Peter Pears”. Britten był już zbyt chory i słaby, by uczestniczyć w premierze.

Miejsce dla Pearsa
Czternastoletni Benjamin Britten zaczął prowadzić dziennik; opublikowany w 2009 roku pod tytułem „Journeying Boy: The Diaries of the Young Benjamin Britten, 1928-1938”. W kontynuowanych przez dziesięć lat zapiskach zwierzał się z samotności, z odkrywania swojej homoseksualności, z życia towarzysko-erotycznego wśród londyńskiej przedwojennej bohemy.

Andrzej Trzaskowski - Synopsis

60-63 02 2013 01W 2013 mija 80. rocznica urodzin Andrzeja Trzaskowskiego, wybitnego muzyka jazzowego, współtwórcy polskiej szkoły jazzu nowoczesnego, oryginalnego kompozytora, pianisty, lidera, dyrygenta i publicysty.

Nazywano go „mózgiem polskiego jazzu” – od połowy lat 50. uchodził za niekwestionowany autorytet w dziedzinie „muzyki synkopowanej”. Wszechstronne wykształcenie, talent, intuicja, otwarty umysł i zdolność do przenikliwych analiz pozwoliły mu się realizować w wielu dziedzinach. Był zdeklarowanym modernistą. Wielokrotnie podkreślał, iż jest zwolennikiem bezwzględnego postępu w sztuce. Te poglądy znajdowały odbicie w jego kompozycjach, nagraniach i tekstach.

Od Bacha do „Birda”
Andrzej Trzaskowski urodził się 23 marca 1933 roku w Krakowie. Wywodził się z jednego z najstarszych polskich rodów szlacheckich, pieczętującego się herbem Trzaska. Jego dziad, Bronisław Trzaskowski, był znanym językoznawcą i pedagogiem, zaś ojciec, dr Stanisław Trzaskowski – prawnikiem i melomanem (studiował w Wiedniu prawo, fortepian i wiolonczelę).
Andrzej Trzaskowski zaczął grać na fortepianie w czwartym roku życia. Regularną naukę podjął w 1940, najpierw u Olgi Axeull-Łapickiej, a następnie u Tadeusza Ciejki (1941–50). W latach 1947––51 uczęszczał do elitarnego gimnazjum im. Jana Sobieskiego w Krakowie. To właśnie wtedy zainteresował się jazzem. Założył pierwszy zespół Rhythm Quartet, rozpoczął współpracę z krakowskimi grupami Jerzego Borowca i Józefa Szewczyka i nawiązał kontakty z ówczesnymi liderami jazzu: Kazimierzem Turewiczem, Janem Walaskiem, Jerzym Matuszkiewiczem i Witoldem Kujawskim. W 1949 grał w zespole studenckim w klubie Rotunda pod kierunkiem Tadeusza Prejznera. 

Muse – energia przemieniona w muzykę

85-87 01 2013 01Łódzki koncert Muse i niedawna premiera płyty „The 2nd Law” to świetna okazja, by przyjrzeć się twórczości jednej z najciekawszych współczesnych grup rockowych świata.

Nic dziwnego, że Matt Bellamy często wplata w swe teksty terminy związane z fizyką i astronomią. Energia muzyki Muse sprawia, że słuchając jej, ma się wrażenie obcowania z jakimś potężnym zjawiskiem czy niepowstrzymanym żywiołem. Grupa już na płytach brzmi imponująco, ale na koncertach powala rozmachem!
Z pewnością jest to niebanalna odmiana rocka, ale – o ile łatwo uchwycić jej wyjątkowość – trudniej zdefiniować jej źródła. Z braku lepszego określenia bywa oznaczana etykietą „muzyka alternatywna”. Trudno uznać ten termin za wyjaśniający cokolwiek. Jedno jest pewne: „alternatywność” nie oznacza tu niszowości. Nie jest wszak niszowym zespół, który sprzedaje miliony płyt i któremu zlecono napisanie oficjalnej piosenki Igrzysk Olimpijskich w Londynie.
Mimo dużej popularności, nie można powiedzieć o Muse, że kroczą łatwymi ścieżkami. Przełomowe albumy „Origin of Symmetry” (2001) i „Absolution” (2003) Brytyjczycy nagrali w czasie, kiedy główny nurt muzyki rockowej tworzyły zespoły działające wedle zupełnie innej filozofii. U szczytów list przebojów były wtedy młode kapele nu metalowe, łączące hip hop z oszczędnymi partiami ciężko brzmiących i nisko strojonych gitar. Mainstream dryfował w stronę mocno uproszczonych form. Nawet Metallica zrezygnowała z charakterystycznych partii solowych, aby zgodnie z dominującą tendencją „uprościć” swą twórczość. Trio Muse natomiast konsekwentnie tworzyło barokowo rozbudowany styl, pełen ozdobników i eklektycznych, a niekiedy skrajnie różnych elementów.
Z pewnością da się w tej muzyce usłyszeć hard rockowe, a nawet heavy metalowe riffy.

W siódmym niebie rewelersów

86-87 12 2012 01Pół wieku temu zakończyli działalność ostatni polscy rewelersi – Chór Czejanda. I niemal tyle czasu trzeba było czekać, aż ktoś przypomni sobie o tej wyjątkowej karcie w historii muzyki rozrywkowej. Dziś piosenki pisane przez Tuwima, Hemara czy Warsa doczekały się nowych aranżacji i wykonania godnego wielkiej przedwojennej tradycji.

Historia rewelersów zaczęła się w USA jako praktyczne rozwiązanie technicznego problemu. Tamtejsze wytwórnie płytowe chciały wzbogacić swoje katalogi o nagrania większych grup wokalnych. Próby przeprowadzone z udziałem dużych chórów okazały się jednak zupełną porażką ze względu na niedoskonałość aparatury nagrywającej. Były to jeszcze czasy nagrań akustycznych. Stopniowo zmniejszając liczbę śpiewaków, udało się w końcu osiągnąć zadowalający efekt. Tyle że w studio zostało zaledwie pięć osób. Tak zaczęła się epoka niewielkich grup wokalnych, na okładkach i plakatach na wyrost zwanych „chórami”.
Pionierem i prekursorem nowego stylu stał się amerykański zespół The Revellers, złożony z zaledwie czterech pieśniarzy. Zafascynował słuchaczy różnorodnością stylów, bogactwem repertuaru, umiejętnym opracowaniem utworów na głosy oraz zręczną aranżacją, która uwzględniała możliwości głosowe poszczególnych członków grupy. Wszystkie piosenki były podawane lekko, dowcipnie, z elementami sztuki aktorskiej i estradowej. Nie stroniono od swingu czy scata; tworzono z każdej piosenki swoisty mały teatr.