HFM

artykulylista3

 

Maurice André - Król był tylko jeden

82-85 04 2012 01Kiedyś na zrobionej własnoręcznie drewnianej rzeźbie wyrył słowa: „Dziękujemy. Choć nie jesteś już wśród nas, poprzez swoją sztukę stałeś się nieśmiertelny. Dlatego wciąż czujemy Twoją obecność”. Figurkę wykonał ku pamięci drogiego przyjaciela, genialnego flecisty Jeana Pierre’a Rampala. Dziś obaj mogą znów razem cieszyć się muzyką. Tym razem tą niebiańską.

 

Karierę i życie Maurice’a André w kilku trafnych słowach podsumował francuski kompozytor i pianista Jan Leontsky: „Są na świecie zwykłe ludzkie życia, ale są też powołania. Kariera André należy z pewnością do tej drugiej kategorii. Stwórca dał mu do rąk dar muzyki, ojciec dał trąbkę, a kopalnia siłę i moralne wartości. Leon Barthelemy zobaczył w młodzieńcu wielki talent, Raymond Sabarich wszystkiego go nauczył, a żona Liliane wspierała dzielnie przez całe dorosłe życie. To właśnie nazywa się przeznaczeniem, drogą ku światłu. Bez niego nie może zaistnieć żaden geniusz. Praca to nie wszystko, wmieszać musi się także Stwórca”.

Zbigniew Wegehaupt - Wege

80-81 04 2012 0118 grudnia 2011 w warszawskim klubie Capitol odbył się specjalny koncert „Gramy dla Zbyszka”. Pojawiła się na nim niemal cała polska jazzowa ekstraklasa. Chętnych do zagrania było tak wielu, że dla wszystkich zabrakło czasu. Mimo to cała impreza przerodziła się w wielogodzinny maraton. Wszystko to dla Zbigniewa Wegehaupta wybitnego kontrabasisty, kompozytora, lidera i dobrego człowieka.

 

Kulminacyjny punkt koncertu stanowiła przekazywana przez głośniki rozmowa telefoniczna ze Zbyszkiem, który przebywał wówczas w szpitalu po operacji wszczepienia by-passów. Niestety, jego głos dla większości z obecnych zabrzmiał wówczas po raz ostatni.

TAAB2 - Ian Anderson powraca

70-72 05 2012 01„Jedziecie przez pola, robiąc brudne interesy, a wasi mędrcy nie wiedzą, jak to jest, czuć się głupim jak but”.

 

Tajemniczy skrót „TAAB2” to nic innego jak „Thick As A Brick 2” – tytuł drugiej części albumu Jethro Tull z 1972 roku. Niektórzy mogą upierać się, że przewyższa go młodszy o rok „Aqualung” (1971), ale nie podejmuję się rozstrzygać tej kwestii. Artystyczny poziom obu projektów jest zbliżony, choć na pewno stylistycznie się różnią i mają inną wymowę. A skoro rok temu „Aqualung” doczekał się luksusowego wznowienia, to musiała przyjść kolej na „Thick As A Brick”. Obchody 40. rocznicy urodzin krążka są szczególnie uroczyste.

George Russell

66-68 05 2012 01Uważano go za wizjonera, odkrywcę nowych przestrzeni dla jazzu, wybitnego kompozytora, czołowego teoretyka i wytrawnego pedagoga. Jednak uznanie, jakim się cieszył w swoim środowisku, nie przekładało się na popularność jego sztuki w tzw. szerokich kręgach.

 

Dziś, trzy lata po jego śmierci, sytuacja nie uległa zmianie – muzyka Russella jest prawie nieobecna w „oficjalnym” obiegu. Jego płyt nie widać w salonach muzycznych; nikt nie wykonuje jego utworów. Pozostaje zagadką, dlaczego o Russella nie upomniało się kino – jego kompozycje big-bandowe („Vertical Form VI”, „Living Time”) przewyższają oryginalnością i kunsztem partytury znanych twórców wywodzących się z jazzu – Lalo Schifrina czy Olivera Nelsona.

Gustaw Leonhardt - Spełnione posłannictwo

62-65 05 2012 01Moda na klawesyn odeszła w cień razem z epoką baroku, której stał się symbolem. Jednak dopóki ludzie będą chcieli słuchać Bacha, Vivaldiego czy Scarlattiego na oryginalnych instrumentach, potrzebni będą klawesyniści. W XX wieku największym z nich był Gustaw Leonhardt.

 

Urodził się 30 maja 1928 roku w ‘s-Graveland w północnej Holandii. Muzykę wyssał z mlekiem matki. Cała rodzina chętnie muzykowała, a ojciec był aktywnym członkiem miejscowego Towarzystwa Bachowskiego. Gdy chłopiec skończył 6 lat, otrzymał pierwsze lekcje gry na fortepianie oraz wiolonczeli. Cztery lata później w domu pojawił się klawesyn, kupiony specjalnie po to, by można było rodzinnie wykonywać repertuar barokowy. Instrument powierzono najmłodszemu członkowi rodu i, jak się później okazało, stał się on jego życiowym powołaniem. Zanim jednak chłopak mógł się poświęcić swojej pasji, musiał przetrwać wojnę. Warunki nie były łatwe. Rodzina często nie miała wody ani prądu; brakowało jedzenia. Pod koniec wojny Gustaw niemal rok się ukrywał. Spał na deskach w specjalnym schowku i nie wychodził z domu. Wszystko po to, by uniknąć wywiezienia przez Niemców do obozu pracy.

Johnny Winter - „Czarny” albinos z gitarą

68-70 06-2012 01Łódzka „Wytwórnia” nie po raz pierwszy daje okazję poznać najsłynniejszych artystów sceny. Mogliśmy tu podziwiać m.in. Daniela Lanois – producenta płyt U2, Raya Wilsona – byłego wokalistę Genesis, Ala Di Meolę – wirtuoza gitary, zespół Iron Butterfly czy „naszą” Basię Trzetrzelewską. To oczywiście nie koniec listy gości. Kolejnym był niedawno Johnny Winter, słynny bluesman-albinos o charakterystycznie zachrypniętym, przypominającym czasami warczenie psa głosie, zarazem wirtuoz gitary.

Występ rozpoczęło trzech sidemanów, współpracujących z Winterem już od kilku lat: Vito Liuzzi (perkusja), Paul Nelson (gitara) i Scott Spray (bas). Dopiero po kilku minutach na scenie pojawiła się chuda, przygarbiona postać w czarnym kowbojskim kapeluszu. Każdy, kto widział aktualne zdjęcia Wintera, nie miał wątpliwości, że to on. Artysta ma już swoje lata i to widać.