HFM

artykulylista3

 

Muzak

Piątego lutego 2013 roku znikła z rynku marka Muzak, należąca obecnie do Mood Media (Concord, Ontario). Firma Mood Media kupiła Muzaka, by zintegrować rynek produktów mających bezpośredni wpływ na zmysły: zapachy rozpylane w publicznych miejscach (nie toaletach), obrazy oraz muzykę funkcjonalną.

Z jednej strony, ma to na celu zamknięcie klienta w kokonie bodźców ułatwiających kupno nowego, modnego, wyrafinowanego, niech szlag trafi koleżankę, bez którego życie nie ma sensu, produktu. Z drugiej – to alternatywny środek motywacji pracownika, by działał bardziej wydajnie, nie czując zmęczenia lub senności, mobilizując skupienie w czasie wykonywania rutynowej pracy. By trafić na różne rynki, konieczna jest rozmaitość komercyjnych produktów dźwiękowych. Istnieją więc tapety muzyczne przeznaczone dla szpitali, hoteli, lotnisk, fabryk, restauracji, barów, biur, etc.
Muzak był firmą założoną w 1934 roku, oferującą „muzykę” odtwarzaną w windach, sklepach i centrach handlowych – tapety akustyczne rozpinane pomiędzy muzyką a ciszą. Miały one wspaniałą cechę: wchodziły jednym uchem, a wychodziły drugim.

Dziennik

W deszczowy piątek redaktor naczelny pewnego znanego pisma dla ludzi, co słyszą kable, odwiedził pewnego dystrybutora sprzętu dla niebiednych. Najpierw w ramach szorstkiej, męskiej przyjaźni wymienili uprzejmości z gatunku: „Powiedziałbym ci, że przytyłeś, ale obawiam się riposty”, a potem oglądali razem nowe Thiele CS 1.7 i cmokaniom nie było końca.

Sobotnim popołudniem redaktor naczelny pewnego pisma dla ludzi, którzy oczyszczają prąd do słuchania złotych płyt, siedział naburmuszony. Nie podobały mu się słuchawki, w których miał właśnie zamiar uciąć sobie podszytą muzycznym podkładem drzemkę po obiedzie, złożonym z placków ziemniaczanych ze śmietaną i wina kupionego w Lidlu za 14,90 zł. W końcu mruknął pod nosem: „Niech tam” i udał się do komórki lokatorskiej. Za chwilę zaczęły stamtąd dochodzić hałasy i smród nadpalonej gumy. Po dobrej godzinie zmagań redaktor zasiadł w swoim fotelu ze sztucznej skóry, włączył telewizor i siarczyście zaklął. Bo cóż z tego, że nowe słuchawki gotowe, kiedy przegapił „Familiadę” i nie będzie miał dowcipu na nadchodzący tydzień.

W maju jak w gaju

Pogoda dookoła coraz ładniejsza, więc warto założyć krótsze portki, pojechać do lasu i wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne, jakie przyjdą do głowy.

Po pierwsze: komórka. Owszem, jest możliwe, że zadzwoni ktoś znajomy w całkowicie prywatnej sprawie. Jednak czasem wystarczy jeden telefon „firmowy”, żeby zburzyć resztki psychicznej równowagi. A to jakiś bałwan, zwany dumnie dystrybutorem, unika zapłacenia faktury (kiedyś sobie obiecałem, że wydrukuję w tym miejscu listę), a to się komuś test nie spodobał, bo autor napisał, że urządzenie chińskie albo że szumi na jałowym biegu. Ta ostatnia sytuacja staje się powoli kuriozalna. Zbieranie urządzeń do testu to droga przez mękę, a raczej slalom na golasa miedzy kaktusami. Kiedyś padało „wie pan, żeby tak jakoś nie zjeżdżać, jak się nie podoba, to oddać”. Teraz test, jeżeli nie jest jednoznacznie entuzjastyczny, to nadaje się do kosza, bo nie pomaga. A ja się zapytam, tak na marginesie: a czy ja jestem Caritas i mam pomagać biednym dystrybutorom, co chleb smalcem smarują, bo ich już na mortadelę nie stać? Coraz częściej też słyszę, że coś jest napisane nie tak. I nasuwa mi się kolejne pytanie: a co panowie dystrybutorzy, robiliście doktorat z polonistyki, żeby recenzować testy? Chciałbym przeczytać teksty tych, co są zawsze pierwsi do oceny. Ciekaw jestem, czy potrafią się jako tako wysłowić na papierze „po polskiemu”, bo „po gadce” to jakoś mi nie bardzo entuzjastyczne prognozy wychodzą.

Z głowy czyli z niczego

Właśnie zadzwonił Jacek z informacją, że potrzebny jest felieton, dzisiaj, najlepiej w godzinach pracy. Jak wiadomo, takie postawienie zadania niezwykle mobilizuje, przynajmniej niektórych. Inni natomiast, stając wobec konieczności napisania czegoś inteligentnego w pół godziny, natychmiast tracą dar wiązania słów. Mam nadzieję, że należę do pierwszej grupy, a zatem do dzieła.

O czym napisać? Można by o Świętach, które w momencie ukazania się numeru będziemy już mieli za sobą. Jeśli chodzi o mnie, to im szybciej, tym lepiej. Białe święta to piękna sprawa, ale w starym przeboju Binga Crosby nie chodziło chyba o Wielkanoc? Ktoś na górze poważnie się pomylił. Kiedy parę dni temu montowałem lampy w testowanym wzmacniaczu (wielkie monobloki na 211), musiałem odstawić całość na godzinę, bo bałem się, że po włączeniu prądu przemrożone bańki strzelą mi odłamkami po pokoju. Wiosna pełną gębą… Świat jest chyba przeciw audiofilom.

www.hfm.pl

Tym razem będzie na temat. Rzadko się zdarza, że wykorzystuję tę stronę na autoreklamę, ale jest okazja.

Nasza strona internetowa „istniała sobie” chyba z 10 lat i przez ten czas tak naprawdę nic nie zmienialiśmy. I tak – od nowoczesnej, poprzez „klasyczną” – stała się archaiczna. Jedyną napędzającą ją siłą było forum dyskusyjne, na którym wielu nowych użytkowników uzyskało cenne porady. Dzięki starym, wiernym nam przyjaciołom; ludziom doświadczonym, z wiedzą i kulturą (pyskówki już dawno przeszły do historii). Im dziękuję za wytrwałość, bezinteresowną chęć niesienia pomocy i przede wszystkim – bycie z nami przez te wszystkie lata.
Obecna strona rodziła się w bólach i trudzie, znacznie dłużej, niż przewidywaliśmy. Ciągle pojawiały się nowe pomysły. Jeszcze to, jeszcze tamto i tak zeszło dobre pół roku. Było warto, ponieważ powstała nie prosta witryna czasopisma, ale portal oferujący mnóstwo możliwości.

Niepotrzebne minimonitory

Przedstawione poniżej opinie mają charakter subiektywny. Podkreślam jednak, że całe dalsze rozumowanie opiera się na ścisłym przestrzeganiu audiofilskiej zasady o pierwszoplanowym znaczeniu jakości dźwięku.

Moim zdaniem, kształt części oferty producentów zespołów głośnikowych kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Mam na myśli aspekt techniczny, bo analiza wyników sprzedaży prawdopodobnie doprowadziłaby do innych wniosków. Chodzi o sporą popularność minimonitorów. Od dłuższego czasu sceptycznie patrzę na takie konstrukcje. Na swój użytek definiuję je jako zestawy o roboczej objętości obudowy poniżej 10 litrów. Miniaturyzacja prowadzi do zmniejszenia sprawności lub ograniczenia pasma przenoszenia, a w konsekwencji także do zmniejszenia dynamiki.
Skutki miniaturyzacji są nieuniknione. Wybór 10 litrów jako granicznej objętości nie wynika ze ściśle zdefiniowanych przesłanek technicznych. Nie chodzi też o to, by na siłę wybrać okrągłą liczbę. Ten wybór jest subiektywny i bazuje na wieloletnim doświadczeniu. Kolumny o objętościach powyżej 10 litrów z reguły są w stanie spełnić wymagania stawiane przed sprzętem audiofilskim, przy czym pomijam tu zgodność z indywidualnymi upodobaniami. O głośnikach mniejszych najczęściej tego powiedzieć nie mogę.