HFM

artykulylista3

 

Swojskie flaki kontra Irish Flake

Mogłem tego nie robić. Nie mieć problemu, nie myśleć o zdrowiu w niepokojącej perspektywie. Nie przerywać pasjonującej rozmowy w pubie (wszystko, co przerywane, jest niezdrowe) i wreszcie zaoszczędzić rocznie tyle, że by psa bydlaka uchował.
Nie zaczynałbym dnia od kasłania. Miałbym więcej czasu i byłbym nowoczesny, politycznie poprawny i milej widziany w tak zwanym eleganckim towarzystwie. Ale stało się. Palę.
Pierwszy raz wsadziłem w zęby papierosa w wieku lat 19. Późno. Niektórzy koledzy zaczynali już w podstawówce, a ja patrzyłem na nich, jak na żuli. Byłem wrogiem tytoniowego smrodu i nie rozumiałem, o co w tym chodzi. Najlepiej, jakby tak pozostało, więc jeżeli ktoś z Was nie pali, mam najlepszą radę – nie zaczynać. Później już nie ma odwrotu. Oczywiście, można rzucić, ale to tak jak z emigracją – tęsknota zostaje.

Opera Narodowa – Wspomnienie minionych czasów

81 02 2011 01Opera Narodowa w Warszawie to nie tylko największa scena operowa świata, to także najdroższa instytucja kulturalna w kraju, dysponująca budżetem liczonym w milionach złotych. Za publiczne pieniądze realizuje się premiery i tworzy repertuar dla wszystkich miłośników opery. Pytanie, czy dziś ten repertuar naprawdę jest dla wszystkich?

Niedawno, robiąc porządki w piwnicy, natknąłem się na zbiór programów operowych, które skrzętnie zbierałem jako nieopierzony meloman, chodząc regularnie do Teatru Wielkiego praktycznie na wszystko, co wtedy grano. Swoje pierwsze w życiu przedstawienie – „Cyrulika sewilskiego” – zobaczyłem 14 marca 1993 roku. W ciągu kilku lat obejrzałem potem ponad dwadzieścia oper, baletów i musicali, zrealizowanych na narodowej scenie. Były to czasy rządów Sławomira Pietrasa, zanim jeszcze trafił do Poznania. Nie wszystko pamiętam dokładnie, jakby nie patrzeć to już niemal 20 lat, ale ogólny wniosek wydaje się jasny – wtedy było ciekawiej. Nawet jeśli wystawienia nie zaskakiwały

Polacy mniej tankują

80 05 2012Korzystając z wiosny przechadzałem się po mieście, myśląc o nowym felietonie. Myśli w głowie przewalały się leniwie, błądząc gdzieś pomiędzy kupnem nowej płyty a nowej butelki whisky.

 

Życie hajfajowe ostatnio mniej mnie rozpieszczało, darząc jedynie kolejnymi przetwornikami c/a. Testowanie tego rodzaju sprzętu jest ciekawe, bo to jednak nowy dźwięk, ale zawsze więcej zabawy jest z nowym gramofonem. Duże toto, zwykle błyszczące, ma mnóstwo części i łatwo można się pomylić albo zgubić jakąś śrubkę. Człowiek ucheta się jak muł, ale zwykle coś z tego ma. Z drugiej strony, wylądowały u mnie dwa naprawdę fajne przetworniki, oba w podobnej średniej cenie i oba, zaskakująco, holenderskie. Może i nie ma w tym nic dziwnego, Holandia usiana jest inżynierami, którzy zwykle praktykowali u Philipsa, zatem cyfrowy sprzęt z tego kraju zwykle ma dużo do pokazania. Ale jakoś brakowało nastroju.

Niskie ceny

Kilka lat temu kupowałem od góralki skarpety. Pytam: czy one dobre, mocne? Dobre, dobre, tydzień można chodzić. Ale jak tydzień, to mi wystarczy jedna para; po co kilka? Na to kobieta: a to zależy, jak się chodzi. Bo jak szybko i dużo, to i w dzień się zedrą. Lekko poruszony mówię: babciu, to wy mi tutaj gówno sprzedajecie... Zachuszczona kramarka wcale się nie zdenerwowała. Ze stoickim spokojem, kiwając palcem jak na uczniaka, skwitowała: gówno, ale tanio!

Przy okazji pisania testu odtwarzacza Mark Levinson dopadła mnie myśl, z gatunku drążących zwoje przed zaśnięciem i po przebudzeniu. Jak to jest, że koncern pełną gębą nasyca rynek takimi zbytkami? Do tego Harman ma jeszcze w menu głośniki Revel, a i podstawowa część katalogu to wcale nie materiał na promocję w Lidlu. Najwyższe modele JBL-a nadal kosztują tyle co przyzwoity samochód, a i środek cennika to nie żer dla skner. Raczej propozycja dla stabilnej klasy średniej, w amerykańskim wydaniu, z dochodami pozwalającymi spokojnie patrzeć w przyszłość. Tymczasem kryzys szaleje, a banki zbiedniały tak, że aż łzy się cisną. Instytucje finansowe wyciągają rękę po jałmużnę, a wspomniana klasa średnia wymiera jak ocieplone klimatem białe niedźwiedzie.
W tym czasie Harman spokojnie produkuje drogie zabawki i jakoś nie słychać, żeby tonął.

Moje eurolęki

Nigdy się nie interesowałem piłką nożną. Na wuefie stałem na bramce i puszczałem takie szmaty, że wstyd się przyznać. Lubiłem za to biegać, pływać, a w swoim czasie także dźwigać żelastwo. Przydało się to później do „kolportażu” pisma, unoszenia ciężaru odpowiedzialności za „zniszczenie” kilku marek w Polsce i pływania między wierszami, kiedy nie wiedziałem, co mam o kolejnym cudzie techniki napisać. Tymczasem piłka znów mnie dopadła.

Powiem szczerze, że jeszcze się te mistrzostwa nie zaczęły, a już mam ich dosyć. Do tego stopnia, że postanowiłem salwować się ucieczką z Warszawy na czas, kiedy będą się odbywać najważniejsze mecze. Mam już nawet zaplanowany program spotkań. Polska – Rosja – siostra; Grecja – Szwecja – rodzice, Rodezja – Zambezja – ciocia z wujkiem. Zamierzam się tego trzymać choćby z tego powodu, że przyszło mi mieszkać w centrum wydarzeń, pięć minut z buta od Stadionu Narodowego. Kolega miał nawet pomysł, żebym wynajął mieszkanie na czas igrzysk, to zarobię na tonę chleba. Bardziej przeraziła mnie jednak tona ewentualnego gruzu zastanego na środku pokoju odsłuchowego po powrocie.

Na ryby, na grzyby, do glinianki i kukurydzianki

WstępniakWłaśnie czytam na jakimś portalu, że szykuje się podatek katastralny. Jestem świeżo po rozmowie z jednym z dystrybutorów, że teraz to już w ogóle się nic nie sprzedaje, nawet nędzny kabelek. Przyszły też dzisiaj rachunki za prąd, które powoli zaczynają mnie przekonywać do wzmacniaczy w klasie D. A na dodatek zaczyna się w TV film „Wojna polsko-ruska”. Tyle nieszczęść na raz. Jak tu się bronić? Tylko szlafmycą.

Miałem napisać coś o sprzęcie, a raczej o kleceniu recenzji za pomocą bardzo dalekoznacznych odniesień. Siedzę, siedzę i myślę, a do głowy przychodzą mi… Ech, człowiek dziecinnieje. Spróbowałem nawet metody „na Jasia Fasolę”, któremu zawsze pomagała ulubiona maskotka (Jaś lubi misia, Maciej małpkę). Już miałem zacząć stukać się w głowę kapciem, żeby ożywić przepływ myśli i wykrzesać z siebie kolejnych 5000 znaków, ale coś mi przeszkadza. Cholera, nie wiem, co.