HFM

artykulylista3

 

www.hfm.pl

Tym razem będzie na temat. Rzadko się zdarza, że wykorzystuję tę stronę na autoreklamę, ale jest okazja.

Nasza strona internetowa „istniała sobie” chyba z 10 lat i przez ten czas tak naprawdę nic nie zmienialiśmy. I tak – od nowoczesnej, poprzez „klasyczną” – stała się archaiczna. Jedyną napędzającą ją siłą było forum dyskusyjne, na którym wielu nowych użytkowników uzyskało cenne porady. Dzięki starym, wiernym nam przyjaciołom; ludziom doświadczonym, z wiedzą i kulturą (pyskówki już dawno przeszły do historii). Im dziękuję za wytrwałość, bezinteresowną chęć niesienia pomocy i przede wszystkim – bycie z nami przez te wszystkie lata.
Obecna strona rodziła się w bólach i trudzie, znacznie dłużej, niż przewidywaliśmy. Ciągle pojawiały się nowe pomysły. Jeszcze to, jeszcze tamto i tak zeszło dobre pół roku. Było warto, ponieważ powstała nie prosta witryna czasopisma, ale portal oferujący mnóstwo możliwości.

Niepotrzebne minimonitory

Przedstawione poniżej opinie mają charakter subiektywny. Podkreślam jednak, że całe dalsze rozumowanie opiera się na ścisłym przestrzeganiu audiofilskiej zasady o pierwszoplanowym znaczeniu jakości dźwięku.

Moim zdaniem, kształt części oferty producentów zespołów głośnikowych kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Mam na myśli aspekt techniczny, bo analiza wyników sprzedaży prawdopodobnie doprowadziłaby do innych wniosków. Chodzi o sporą popularność minimonitorów. Od dłuższego czasu sceptycznie patrzę na takie konstrukcje. Na swój użytek definiuję je jako zestawy o roboczej objętości obudowy poniżej 10 litrów. Miniaturyzacja prowadzi do zmniejszenia sprawności lub ograniczenia pasma przenoszenia, a w konsekwencji także do zmniejszenia dynamiki.
Skutki miniaturyzacji są nieuniknione. Wybór 10 litrów jako granicznej objętości nie wynika ze ściśle zdefiniowanych przesłanek technicznych. Nie chodzi też o to, by na siłę wybrać okrągłą liczbę. Ten wybór jest subiektywny i bazuje na wieloletnim doświadczeniu. Kolumny o objętościach powyżej 10 litrów z reguły są w stanie spełnić wymagania stawiane przed sprzętem audiofilskim, przy czym pomijam tu zgodność z indywidualnymi upodobaniami. O głośnikach mniejszych najczęściej tego powiedzieć nie mogę.

Audiofilski meloman czy melomański audiofil?

Od wczesnego dzieciństwa wydawało mi się, że znalezienie słów, które opiszą to, co widzę czy czuję, uczyni mnie mądrym i silnym. Problem zostanie rozwiązany i zaświeci słońce w mojej duszy i głowie. Wszystkie lęki, niejasności i niepewność znikną jak ręką odjął. Jednym słowem: puff… i nie ma. Po latach wiem, jak wiele w tym było życzeniowego myślenia.

Nie mam pojęcia, gdzie się zaczyna muzyka, a kończy dźwięk. Nie wiem, czym się różni dobra muzyka klasyczna od dobrego jazzu. Wiem jedynie, co lubię i co mnie wzrusza, a co jest mi obojętne czy nawet odpychające. Zabawnym może być uzmysłowienie sobie, że definicje terminów, klasyfikacje historyczne, podziały formalne, Bachowski system tonalny i zmiany wprowadzone przez muzykę Beethovena, Chopina i innych romantyków, wzięte razem lub osobno, niewiele zmieniają. Muzyka może i powinna sponiewierać zarówno słuchacza, który niewiele wie, czym się formalnie różni wertykalna harmonia od horyzontalnej melodii, jak i wykształciucha. Nie jest moją intencją dewaluować analizy muzykologów lub być antyintelektualnym. Twierdzę jedynie, że muzyka potrafi sobie świetnie radzić bez powyższych dywagacji.

Inflacja w kosmosie

Co jakiś czas ogłasza się w mediach, że w zeszłym roku inflacja osiągnęła poziom kilku procent. To jeszcze nie powód do paniki, ale myślę, że gdyby na liczniku pojawiły się dwie cyfry, ekonomiści powyrywaliby sobie stawy od załamywania rąk, a na niebie pokazałaby się dziura wielkości Księżyca.

Tymczasem mój ulubiony serek jest droższy o prawie 30 % niż ubiegłej wiosny, prąd szybuje tak, że nie opłaca się nim pieścić i dosłownie każdy towar codziennego użytku staje się luksusem. Jeżeli cofniemy się o 10 lat, okaże się, że mamy do czynienia z ponaddwukrotnym wzrostem cen. Nie dysponuję twardymi danymi, ale pamiętam, że wydając 200 zł na zakupy, zapełniałem nimi prawie cały kosz, a teraz ledwie przykrywam dno.
Wizyta w sklepiku osiedlowym prowadzi do smutniejszych wniosków. Każdy zapewne zna to uczucie, kiedy przy kasie zostawił stówkę, a przychodząc do domu wyłożył dobra na stół i było tego tyle, co nic…

Nie mam pomysłu na tytuł

Ostatnio dziwne myśli chodzą mi po głowie. Czy to objaw nieprzystosowania, może jakiejś choroby? Nie, ja po prostu nie rozumiem, co tu się wyprawia.

Ostatnio dwie rzeczy wzbudziły społeczne zainteresowanie i falę oburzenia. Pierwszą były śmiałe wypowiedzi jednej pani poseł o urodzie i innych cechach drugiej pani poseł. Były śmiechy. Inni posłowie z kolei obiecali, że pierwszą panią poseł pozwą na pieniądze za to zachowanie. Komedia slapstikowa, ale w końcu jesteśmy narodem Kiepskich albo Zulusów, jak to zauważył bohater Gombrowicza. Bawią nas grube żarty. Dowcip jednak w tym, że zaangażowani w te wydarzenia państwo nie bawią się na własny koszt, tylko za bardzo porządną pensję, równą zarobkom ministra kultury. Dla dobra sprawy wyobraźmy sobie chwilowo, że nie wiem, na czym polegają obowiązki parlamentarzysty. Musiałbym wtedy zgadywać. No więc instynktownie zgaduję, że nie na tym, zatem pensyjka idzie w błoto. Może się nie znam, ale ja bym te pieniądze przeznaczył na co innego, na przykład na wystawienie opery. Byłoby ładniej, na pewno przyzwoiciej i przy muzyce. W dodatku w wykonaniu zawodowców, a nie przepłaconych amatorów.

Sztuka

Mam to szczęście, że zanim coś napiszę w aktualnym numerze, mogę wszystko przeczytać. Dlatego, przed lekturą tego tekstu, odsyłam na stronę 72. Stamtąd wypływają poniższe akapity. Nie będzie to polemika, ale własne wnioski. Niech będzie, że końcowe, bo ponoć pół świata przewraca kartki w odwrotną stronę.

Dlaczego kultura zanika, a jej miejsce zajmuje sport (w kwestii widowiska dla tłumu)? Bo nikt jej nie potrzebuje. A raczej osoby odczuwające jej głód z racji wieku wymierają. Młodzi nie znają tego typu aktywności. Po ilości wyświetleń na YouTubie widać, że wystarczy im Gangam Style i zespół Weekend.
Nie można ich za to winić, bo kto inny układa im programy w szkołach. Ludzie, którym ktoś chyba nalał szamba do głowy, bo jak nazwać likwidowanie lekcji historii, kasowanie wszystkiego, co wypływa z europejskiego dziedzictwa kulturalnego i tak zwanych konserwatywnych wartości? Za to każdy zwolennik postępu najchętniej zobaczyłby już w przedszkolu ćwiczenia w odnajdywaniu seksualności z koleżanką, kolegą i, obym był złym prorokiem, kotkiem lub pieskiem. Skoro rewolucja obyczajowa idzie tak szybko, to „postępowa” lewica dostrzeże i ten rodzaj miłości.